ANALIZA: Śląsk gra lepiej, niż pokazuje tabela? Te liczby tłumaczą 6 punktów po 9 kolejkach

ANALIZA: Śląsk gra lepiej, niż pokazuje tabela? Te liczby tłumaczą 6 punktów po 9 kolejkach

fot.:

Dziewięć kolejek, jedno zwycięstwo, sześć punktów i miejsce tuż nad strefą spadkową. Tabela nie pozostawia Śląskowi Wrocław wielkiego pola do interpretacji, ale kiedy wszystkie dotychczasowe mecze rozłożymy na liczby i konkretne fazy gry, obraz staje się znacznie bardziej złożony. Wojskowi wyglądają jak drużyna, która zdecydowanie zbyt często sama odbiera sobie efekty dobrej pracy.



 

Sześć punktów to fakt

Po 9. kolejkach Śląsk ma bilans jednego zwycięstwa, trzech remisów i pięciu porażek. Zdobył 11 bramek, stracił 15 i od wygranej 2:1 z Rakowem Częstochowa w 2. kolejce nie zwyciężył już ani razu w Ekstraklasie. To siedem kolejnych spotkań bez kompletu punktów.

Tych liczb nie da się zakwestionować. Można natomiast zapytać, czy Śląsk rzeczywiście przez dwa miesiące regularnie wyglądał jak jedna z najsłabszych drużyn ligi.

I tutaj odpowiedź jest dużo mniej oczywista.

Jeżeli zsumujemy współczynnik goli oczekiwanych podawany w naszych analizach dziewięciu spotkań, otrzymujemy około 12,5 xG po stronie Śląska, czyli średnio blisko 1,4 na mecz. Wrocławianie zdobyli 11 bramek. Nie ma więc gigantycznej przepaści sugerującej katastrofalną nieskuteczność, ale jest pewna różnica między tym, ile sytuacje powinny statystycznie przynieść, a tym, co rzeczywiście znalazło się na tablicy wyników.

Znacznie ważniejsze jest jednak coś innego. Śląsk przegrał już trzy spotkania, w których stworzył sytuacje o większej łącznej wartości xG niż zwycięzca. W Zabrzu było 1,54 do 0,67, w Lubinie 1,26 do 0,89, a w Białymstoku 1,86 do 1,39. Z Górnikiem Wrocławianie stworzyli trzy duże okazje przy żadnej gospodarzy. Z Jagiellonią oddali więcej strzałów, częściej trafiali w bramkę i po przerwie ograniczyli przeciwnika do 0,05 xG. Wszystkie te mecze skończyły się jednak wynikiem 1:2.

Do tego dochodzi remis z Legią. Warszawianie oddali aż 21 strzałów przy 13 Śląska, ale xG wyniosło niemal remisowe 1,82 do 1,76. Co jeszcze ciekawsze, Legia nie stworzyła ani jednej sytuacji sklasyfikowanej jako dogodna, Śląsk miał takie trzy. Dwie z nich zmarnował.

To nie jest argument, że Śląsk powinien znajdować się wysoko w tabeli. xG nie przyznaje punktów. Pokazuje jednak coś ważnego: sześć punktów nie jest wyłącznie konsekwencją permanentnej przewagi przeciwników. Znaczna część problemu pojawia się później w tym, co Śląsk robi z wypracowaną sytuacją i jak reaguje na kilka kluczowych momentów meczu.

Po przerwie pojawia się inny Śląsk

Najbardziej wyrazista tendencja całego początku sezonu pojawia się dopiero po rozdzieleniu spotkań na połowy.

Z danych wynika, że przez pierwsze połowy dziewięciu ligowych spotkań Śląsk wypracował łącznie około 4,32 xG. Po przerwie, około 8,21 xG.

To niemal dwukrotna różnica.

W pierwszych 45 minutach Wojskowi zdobyli tylko 3 z 11 swoich bramek. Aż 8 padło po zmianie stron. W sześciu z dziewięciu spotkań Śląsk schodził do szatni bez gola.

Poszczególne mecze tylko wzmacniają ten obraz.

Z Rakowem pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0,16 xG Śląska do 1,59 rywala. Po przerwie WKS stworzył trzy dogodne sytuacje i w końcówce odwrócił wynik z 0:1 na 2:1. Z Cracovią było 0,20 xG przed przerwą i 0,54 po niej. W derbach z Zagłębiem posiadanie wzrosło po zmianie stron z 28% do 57%, a liczba wejść do strefy ataku z 13 do 37.

Jeszcze bardziej skrajny był mecz z Widzewem. Śląsk przez niemal całą pierwszą połowę grał z przewagą jednego zawodnika, miał 64% posiadania i 36 wejść do strefy ataku, ale wyprodukował zaledwie 0,22 xG i ani jednego celnego strzału. Po przerwie liczba wejść do strefy ataku… pozostała dokładnie taka sama - 36. Za to xG wzrosło do 1,60, pojawiło się sześć celnych uderzeń i cztery dogodne sytuacje.

Podobny schemat wracał później. Z Jagiellonią przed przerwą Śląsk przegrał xG 0,48:1,34, a po zmianie stron wygrał 1,38:0,05. Z Koroną pierwsza połowa przyniosła wręcz alarmujące 0,06 xG, druga już 1,23. Nawet w Krakowie, gdzie Wisła była zdecydowanie lepsza, dorobek Śląska wzrósł z dwóch strzałów i 0,22 xG przed przerwą do trzech prób i 0,53 xG po niej.

Można oczywiście uznać to za dowód umiejętności reagowania Ante Simundzy i jego sztabu. I częściowo nim jest. Zmiany ustawienia oraz zawodników regularnie poprawiały grę.

Tyle że jest też druga strona medalu.

Jeżeli zespół tak często potrzebuje przerwy, zmian personalnych albo niekorzystnego wyniku, żeby zacząć tworzyć poważne zagrożenie, pytanie musi dotyczyć również wejścia w spotkanie. Śląsk zbyt wiele minut przeznacza na dojście do właściwej wersji samego siebie.

Śląsk dochodzi pod pole karne. I tam zaczyna się problem

Być może najlepszym przykładem jest ostatni ligowy mecz z Wisłą Kraków.

Wisła zanotowała 52 wejścia do strefy ataku. Śląsk - 48. Różnica niemal żadna. Potem jednak gospodarz miał 33 kontakty z piłką w polu karnym przy ośmiu Śląska i wygrał w strzałach aż 26:5.

To niemal podręcznikowa ilustracja problemu.

Wojskowi potrafią przemieścić futbolówkę na połowę przeciwnika. Potrafią wejść do ostatniej tercji. Znacznie trudniej przychodzi im wykonanie kolejnych dwóch lub trzech czynności, które zamieniają obecność na połowie rywala w prawdziwą okazję.

Przeciwko Koronie Śląsk zanotował aż 73 wejścia do strefy ataku przy 50 gości, a jednocześnie przegrał w kontaktach z piłką w polu karnym 25:29. Wykonał 26 dośrodkowań, ale zaledwie sześć było celnych.

Z Cracovią liczba kontaktów w szesnastce była niemal identyczna - 23:22 dla Śląska. Mimo tego WKS zakończył mecz z tylko jednym celnym uderzeniem.

To dlatego sprowadzanie wszystkiego do nieskuteczności byłoby zbyt dużym uproszczeniem.

Nieskuteczność oznacza, że zespół regularnie tworzy czyste sytuacje i ich nie wykorzystuje. Śląsk rzeczywiście ma takie mecze, najlepszym przykładem Legia, ale równie często problem pojawia się jeszcze przed strzałem. Jest niedokładne ostatnie podanie, niecelne dośrodkowanie, zbyt mało zawodników w odpowiedniej strefie albo uderzenie z miejsca, z którego trudno poważnie zagrozić bramkarzowi.

Właśnie dlatego spotkanie z Widzewem jest tak pouczające. Ta sama liczba 36 wejść do strefy ataku przyniosła przed przerwą 0,22 xG, a po niej 1,60. Zmiana nie polegała na częstszym docieraniu pod bramkę. Śląsk zaczął lepiej atakować już po dotarciu w jej okolice.

Mecz trwa 90 minut. Śląsk zapłacił za to już kilka razy

Jeżeli problemy w pierwszych połowach są najbardziej regularną tendencją w ofensywie, to w defensywie szczególnie takim okresem jest ostatni kwadrans.

W Zabrzu Górnik zdobył zwycięskiego gola w 79. minucie. W Lubinie Levente Szabo trafił w 85. minucie. Legia uratowała remis w doliczonym czasie. Korona zdobyła zwycięską bramkę w 90+3. minucie. Dokładnie ten sam scenariusz powtórzyła Wisła Kraków - Alan Uryga ustalił wynik na 2:1 w 90+3. minucie.

To pięć z dziewięciu ligowych spotkań, w których trafienie przeciwnika od 79. minuty wzwyż bezpośrednio zmieniało podział punktów na niekorzyść Śląska.

Gdyby zatrzymać wynik dokładnie przed tymi pięcioma bramkami, WKS miałby o sześć punktów więcej. Nie jest to oczywiście alternatywna tabela ani argument, że te punkty Śląskowi się należały. Pokazuje jedynie skalę kosztu kilku końcowych minut.

Jeszcze bardziej wymowna jest inna statystyka. Śląsk trzy razy zdobywał w tym sezonie pierwszą bramkę, przeciwko Górnikowi, Zagłębiu i Legii. Nie wygrał żadnego z tych spotkań. Dwa przegrał, jedno zremisował. Z możliwych dziewięciu punktów po objęciu prowadzenia zostało mu zaledwie jedno.

To już trudno traktować jako przypadek.

Zespół potrafi więc wypracować korzystną sytuację, ale ma problem z zarządzaniem nią. Czasami cofa się zbyt głęboko, innym razem nie zabezpiecza odpowiednio drugiej fazy stałego fragmentu, jeszcze innym pozwala przeciwnikowi wykorzystać pojedynczy moment jakości.

I w tabeli wszystkie te zdarzenia ważą dokładnie tyle samo co pół godziny dobrej gry.

Najgorzej wyglądają momenty, w których znika struktura

Trudno znaleźć jeden mechanizm odpowiadający za wszystkie 15 straconych bramek. Da się jednak wskazać sytuacje, które wracają podejrzanie często.

W Zabrzu decydujący gol padł po dalszej fazie rzutu rożnego. W Lubinie oba trafienia Zagłębia zaczęły się od wznowień, rzutu rożnego i autu. W Białymstoku Śląsk stracił gola po kontrze rozpoczętej po własnym rzucie rożnym. W Krakowie punkt zabrał mu rzut wolny i niedomknięta druga faza akcji.

Do tego dochodzi spotkanie z Widzewem, gdzie rywal nie potrzebował długich ataków pozycyjnych. Jedna niedokładność w rozegraniu otworzyła drogę do pierwszego gola, kolejne trafienia były następstwem szybkich przejść i niezabezpieczonej przestrzeni. Mimo gry w dziesiątkę łodzianie stworzyli trzy dogodne okazje i wykorzystali wszystkie.

Śląsk nie traci wszystkich bramek dlatego, że przez 90 minut nie potrafi bronić. Często wręcz długo ogranicza przeciwnika. Problem polega na tym, że pojedyncza sytuacja bez pełnej struktury zespołu, strata, druga piłka, niedomknięty stały fragment, źle zabezpieczony własny atak, niezwykle często kończy się dla WKS-u maksymalną karą.

Stąd tylko jedno czyste konto w dziewięciu kolejkach.

I stąd wrażenie, że rywalom nierzadko potrzeba mniej, aby zdobyć bramkę.

Znakomicie było to widać w Białymstoku. Śląsk oddał pięć celnych strzałów o łącznym xGOT 2,16 i zdobył jednego gola. Jagiellonia trafiła w światło bramki tylko dwa razy, przy 0,26 xGOT, oba uderzenia znalazły się w siatce.

Takie różnice częściowo wynikają z jakości wykonania, częściowo z bramkarzy, a częściowo ze zwykłej wariancji. Kiedy jednak podobny motyw wraca w kolejnych spotkaniach, trzeba szukać również elementów, na które drużyna ma bezpośredni wpływ.

Są też powody, żeby nie patrzeć w przyszłość wyłącznie pesymistycznie

Gdyby dziewięć pierwszych kolejek pokazywało drużynę, która nie potrafi tworzyć sytuacji, regularnie przegrywa xG ogromną różnicą i nie reaguje na wydarzenia boiskowe, perspektywa byłaby znacznie bardziej niepokojąca.

Tak jednak nie jest.

Śląsk pokazał już, że potrafi grać bardzo skutecznie z przejścia. W Zabrzu stworzył trzy dogodne okazje mimo mniejszego posiadania. Przy Łazienkowskiej, mając zaledwie 38% piłki, zanotował więcej kontaktów w polu karnym Legii i trzy najlepsze okazje całego spotkania. Z Rakowem potrafił całkowicie odmienić przebieg meczu w końcówce.

Potrafi też zmieniać sposób gry w trakcie spotkania. Przejście z pięcioosobowej defensywy do 4-2-3-1 przeciwko Widzewowi kompletnie odmieniło jakość ataku. Po przerwie Śląsk zaczął lepiej wypełniać pole karne, wygrał 12 z 14 pojedynków powietrznych i wykorzystał dośrodkowania jako realną broń, a nie jedynie sposób na pozbycie się piłki z bocznego sektora.

Ważna jest również ławka.

Michał Mokrzycki wszedł przeciwko Rakowowi i zanotował asystę przy zwycięskim golu. Przeciwko Widzewowi Przemysław Banaszak i Eniss Shabani zdobyli bramki po wejściu z ławki. Z Koroną Dorian Markowski pomógł uspokoić rozegranie, a Adam Ciućka potrzebował kilkunastu minut, żeby stworzyć gola Malaly'emu Dembelemu. Tydzień później w Krakowie Ciućka sam wszedł jako rezerwowy i zdobył bramkę na 1:1.

Szczególnie w przypadku Ciućki oraz Markowskiego pokazują, że Simundza dostał kolejne rozwiązania w momencie, gdy kontuzja Piotra Samca-Talara zabrała mu najważniejszą dotychczas postać ofensywy. Kapitan jeszcze przed urazem został wybrany najlepszym zawodnikiem Ekstraklasy w sierpniu po miesiącu zakończonym trzema golami i dwiema asystami.

Samiec-Talar był kimś więcej niż zdobywcą bramek. Z Rakowem zanotował cztery kluczowe podania i zdobył zwycięskiego gola. Z Widzewem miał udział przy wszystkich trzech trafieniach. Na Łazienkowskiej oprócz gola dwukrotnie wyprowadzał partnerów w sytuacje, które mogły zamknąć spotkanie. Jego powrót powinien zwiększyć liczbę rozwiązań w ostatniej tercji, ale rozwój Ciućki, Markowskiego czy obecność Shabaniego sprawiają, że ofensywa nie musi być już całkowicie uzależniona od jednego piłkarza.

Śląsk nie potrzebuje rewolucji

Śląsk to drużyna, która potrafi stworzyć lepsze sytuacje od rywala, a mimo tego przegrać. Potrafi wejść do ostatniej tercji kilkadziesiąt razy, ale zatrzymać się przed polem karnym. Potrafi fatalnie wyglądać przez pierwszych 45 minut, a po przerwie wygenerować ponad 1 xG. Potrafi prowadzić na trudnym wyjeździe, lecz nie dowieźć przewagi. Potrafi wyrównać w końcówce, a kilka minut później stracić wszystko.

Największym problemem Śląska nie wydaje się więc brak jednego konkretnego elementu. Jest nim brak ciągłości.

Dobra organizacja defensywna przerywana jest jednym źle zabezpieczonym momentem. Dobre wejście w ostatnią tercję nie zostaje zakończone właściwym podaniem. Bardzo dobra druga połowa próbuje naprawić słabą pierwszą. Wypracowane prowadzenie nie jest zamieniane na punkty.

I właśnie w tym można znaleźć jednocześnie największe zagrożenie oraz największą nadzieję.

Zagrożenie, bo po dziewięciu kolejkach przestajemy mówić o pojedynczych przypadkach. Powtarzające się problemy zaczynają być tendencjami.

Nadzieję, bo Śląsk nie musi nauczyć się od zera dochodzić pod bramkę, tworzyć sytuacji czy reagować na wydarzenia. Te elementy już w jego grze występują. Musi sprawić, żeby pojawiały się wcześniej, trwały dłużej i nie były niszczone przez kilka błędów.

Ten zespół ma z czego budować, ale musi wreszcie przestać płacić pełną cenę za każdy słabszy moment.

Adam Paliszek-Saładyga

Autor

Adam Paliszek-Saładyga

Pochodzę z Oleśnicy. Na co dzień zajmuję się optymalizacją oraz analizą danych, w tym również danych piłkarskich. Poza analizami, które możecie przeczytać na Śląsknecie, jestem związany z piłką kobiecą w strukturach Śląska Wrocław. Ze Śląsknetem współpracuję od lipca 2025 roku, a samemu Śląskowi kibicuję od małolata.