Plusy i minusy po meczu z Lechem
fot.: Hubert Łukaszewski
Wrocławianie sromotnie przegrali przed własną publicznością z aktualnym mistrzem Polski i wylądowali w strefie spadkowej. Jakie są plusy i minusy po starciu z Lechem?
Jedyny i największy plus - kibice.
Bez dwóch zdań na jedyne wyróżnienie zasługują fani WKS-u, którzy osiągnęli największą frekwencję od momentu powrotu do Ekstraklasy. Od początku spotkania stworzyli niesamowitą atmosferę, która była wręcz idealna do tego, by ponieść piłkarzy obu drużyn. Na nieszczęście sympatyków Śląska, poniosła tylko jeden zespół i to nie niestety Wrocławian. Pozostaje więc życzyć sobie, by kibice w takiej liczbie byli widziani na Tarczyński Arenie jak najczęściej, jednak też, żeby przy następnych okazjach, dostali od swoich ulubieńców więcej niż w starciu z aktualnym mistrzem Polski.
Całkowita utrata kontroli i różnica przynajmniej dwóch klas.
Śląsk miał niezłe otwarcie, przy wyniku 0:0 miał swoje sytuacja do zdobycia bramki, jednak ich nie wykorzystywał. Lech natomiast był bezwzględny, a jedyne trafienie przed przerwą było tylko motorem napędowym dla drużyny Nielsa Frederiksena. Po zmianie stron znów Kolejorz wypunktowywał co raz to większe błędy rywali, a Wrocławianie dali się wciągnąć w grę odpowiadającą ekipie przyjezdnej. Kapitulując po raz drugi w 50. minucie, Wojskowi musieli się „otworzyć” jeszcze bardziej, z czego bezlitośnie korzystali mistrzowie Polski. Nie można odmówić zawodnikom słoweńskiego szkoleniowca, że próbowali „ukąsić” rywala, ale goście z Poznania są zbyt doświadczonym zespołem, by oddać kontrolę w takim meczu.
Walemark ośmieszył Malca.
Znów odniesiemy się do skali trudności bramek zdobywanych przez drużynę przyjezdną. O ile w przypadku pierwszego trafienie, to była całkiem niezła akcja w wykonaniu piłkarzy Lecha, którzy ostatecznie skorzystali z błędu w kryciu defensywy Śląska, o tyle wszystkie bramki w drugiej połowie na takim poziomie jak Ekstraklasa nie powinny mieć miejsca. Najpierw rykoszet po strzale zza szesnastki, który całkowicie myli bezradnego Niemczyckiego, a potem Patrik Walemark dwukrotnie zabrał na „karuzelę” Mariusza Malca. W obu sytuacjach nie powinno dojść do momentu, w którym wspomniany stoper zostaje 1 na 1 ze Szwedem na takiej przestrzeń boiska. To się jednak wydarzyło i to na przestrzeni ledwie trzech minut. Dwie wręcz identyczne kapitulacje i całkowite „zamknięcie tematu” potencjalnej zdobyczy punktowej. Wydaje się, że po takim występie wrocławskiej obrony, pora na zmiany personalne w Lublinie.
Margines błędu? Już go nie ma.
Pisaliśmy o tym przed przerwą reprezentacyjną, że Śląsk w tabeli, stąpa po cienkim lodzie. Teraz można powiedzieć, że ten lód pękł, a Wrocławianie wpadli do strefy spadkowej. Swoje spotkania wygrała Wieczysta i Motor, a to spowodowało, że Trójkolorowi zameldowali się na przedostatnim miejscu w ligowej stawce. Wojskowi nie mają już marginesu błędu i to szczególnie teraz, gdy w dwóch najbliższych kolejkach mierzą się ze wspomnianymi wyżej zespołami. Punkty w tych meczach to niekwestionowany obowiązek, bo ich brak, będzie oznaczał krytyczną sytuację w tabeli i widmo spadku ponownie głęboko zajrzy w oczy piłkarzy i sympatyków WKS-u.
