Sprawiedliwość po piłkarsku. Analiza spotkania Legia - Śląsk

14.03.2011 (23:08) | Andrzej Gomołysek | skomentuj (2)
Maciej Skorża stwierdził, że tak się przegrywa wygrane mecze. Legia prowadziła, kontrolowała sytuację i miała Śląsk na widelcu. Danie główne jednak niespodziewanie uciekło z talerza, by po chwili ukąsić niedoszłego konsumenta na tyle mocno, że ten już się nie podniósł. Najciekawsze jednak w tym wszystkim jest to, że Śląsk zagrał słabiej niż kilka dni wcześniej w Białymstoku. Tym razem jednak, obok dobrej gry, dopisało szczęście, a sędziowie nie tylko nie przeszkodzili.


 

Oba zespoły postawiły na 4-2-3-1. Śląsk grał z rzadko podłączającymi się pod akcję skrajnymi defensorami, zaś odstępstwem Legii od modelowego wariantu tego ustawienia był bardzo szeroko grający Manu.



W pierwszych minutach Legia mocno przejęła inicjatywę i zepchnęła gości do głębokiej defensywy. Pierwszy gol wprawdzie padł z niczego, ale przewaga gospodarzy wskazywała na to, że na tym się nie skończy. Ofensywnej trójce Legii udawało się skutecznie absorbować uwagę Kaźmierczaka i Sztylki, praktycznie wykluczając ich z prób gry do przodu. Vrdoljak i Borysiuk zaś zupełnie wyłączyli Milę. Defensywa stołecznej ekipy przesunęła się na tyle wysoko, że Śląsk miał ogromne problemy z przekroczeniem środka boiska. Efekt? Ogromna przewaga w posiadaniu piłki i, wydawać by się mogło, komfortowe prowadzenie.

Kolejne minuty pokazały jednak, że terminów \"prowadzenie jedną bramką\" i \"komfortowe\" nie powinno się używać w jednym zdaniu. Defensywa Legii przysnęła nieco przy jednym z nielicznych wypadów wrocławian, zaś perfekcyjna wrzutka Sztylki plus bardziej niż perfekcyjny strzał Kaźmierczaka sprawiły, że mecz zaczął się od początku. Może nie dosłownie od początku - gospodarze nie byli już w stanie narzucić takiej przewagi, jaką udało im się wypracować w pierwszej fazie meczu. Śląsk się cofnął i nie kwapił nawet zbytnio z szukaniem kontrataku. Defensywa wyszła jednak trochę wyżej, przez co Legionistom było trudniej zbliżyć się pod bramkę Kelemena. Gospodarze próbowali więc dalszych przerzutów, notorycznie wyłapywanych przez golkipera gości. Sytuacji nie zmieniło nawet zejście Sztylki i pojawienie się Szewczuka w środku pola, który biegał na tyle pracowicie, że mocno utrudniało to rozegranie piłki. Mimo wszystko wydawało się jednak, że w drugiej połowie gości czekają ciężkie chwile.

I czekały. Legia przeważała przez znaczną większość meczu, ale Śląsk w defensywie ostatnio nie zawodzi. Grający bardzo dobre zawody ofensywni pomocnicy bez większego wsparcia wyprowadzili zaś gości na prowadzenie, wywalczyli też rzut karny. Piłka niezbyt często była w okolicach pola karnego Legii, ale kiedy już była, zagrożenie stawało się spore. Mila w połączeniu z tak grającym Ćwielongiem i nieco głębiej schodzącym do środka Gancarczykiem mogli pozwolić sobie na krótsze rozegrania bez straty tempa akcji. Jakkolwiek sam gol był dość szczęśliwy, tak poprzedzająca go akcja (mimo spalonego) mogła się podobać. Zaś akcja z karnym jeszcze bardziej. Widać było, że grając bliżej siebie zawodnicy Śląska, mimo przewagi liczebnej rywala, są w stanie kombinacyjną grą stworzyć sobie okazje. Bo praktycznie każdy z ofensywnych pomocników jest w stanie wygrać sytuacje jeden na jeden. Bolączką zaś największą było doprowadzanie do sytuacji, kiedy w najlepszym wypadku po podaniach z uwagi na dalekie odległości robiło się jeden na dwóch, trzech. Nadal sporo do ideału brakuje, ale w porównaniu z analogicznym okresem rok temu... nie, nie ma porównania.

Mimo wyniku, Legii trzeba oddać, że ładnie operowała piłką. Lepiej niż Śląsk, może nawet lepiej niż Jagiellonia w poprzedniej rundzie. Sporo ruchu, podań na wolne pole i różnych wariantów rozegrania akcji mogło się podobać. Tyle, że zawodzili po kolei wykonawcy. Fatalnie grali Ogbuke i Chinyama, zaś Manu sprawia wrażenie jakby miał problemy z orientacją na boisku i wygląda jakby nie pracował na rachunek drużyny, a na własny, w dodatku z marnymi efektami. Śląsk bronił się rozsądnie, zawsze czekając na rywala za dwiema liniami po czterech graczy, co nawet dla ekipy grającej dość poukładaną piłkę stanowi trudną zaporę do przebycia. Dodatkowo wszelkie próby pójścia na łatwiznę w postaci dłuższych wrzutek były bezbłędnie wyłapywane przez Kelemena. W ten oto sposób po raz kolejny (a pierwszy w tej rundzie) bunkier generała Lenczyka zapewnił piłkarzom z Oporowskiej punkty.

Wrocławianie dużo bardziej zasłużyli na zwycięstwo w Białymstoku. W Warszawie spotkały się dwie dobrze zorganizowane drużyny, Śląsk klasę lepiej w defensywie, Legia była lepsza w konstruowaniu ataku pozycyjnego. A co przesądziło o wyniku? W Legii zawiodło co najmniej kilku wykonawców tej taktyki, w Śląsku - trudno by było w tej materii mieć pretensje do kogokolwiek.

KOMENTARZE
Jedrzej_IV(2011-03-15 10:38:20)
Oj raczej póki co bunkier ;) Śląsk jest na dziś drugi w tabeli wyjazdów a przedostatni w tabeli u siebie, ale też wpływ na to mają dwie gry na wyjeździe więcej.

Pozdrawiam
AG
~kok(2011-03-15 09:43:39)
Twierdza generała Lenczyka, Twierdza Wrocław panie Andrzeju ;)

A już w sobotę profesor Przemysław Kaźmierczak pokaże jak strzelić 3cią bramkę w 3cim meczu z rzędu :)
DODAJ KOMENTARZ
Czy wiesz, że wszystkie nowo dodane komentarze muszą zostać zaakceptowane przez redakcję.

Nie chcesz czekać? Zarejestruj się na forum kibiców Śląska Wrocław a następnie podczas dodawania komentarza podaj swój login i hasło.

Koniecznie przepisz tekst z obrazka!
Nick*:
Hasło:
Adres e-mail:
Treść komentarza*:
* - pola wymagane