Analiza taktyczna meczu: Śląsk - Legia

14.09.2009 (20:18) | Andrzej Gomołysek | skomentuj (1)
Po spotkaniu drużyn, które w zeszłym sezonie zajęły miejsce szóste i drugie, a w bieżących rozgrywkach mają apetyt na co najmniej wyrównanie tych osiągnięć, należy spodziewać się mnóstwa ładnych zagrań, dobrej organizacji taktycznej, precyzji w grze i niemałych umiejętności indywidualnych. Widowisko, którym nas uraczono rozczarowało jednak pod każdym względem.


 

Obie drużyny wyszły na plac gry z pięcioma zawodnikami w pomocy. Te dwadzieścia nóg powodowało niewyobrażalny chaos. Wyglądało to trochę jak rekonstrukcja antycznej bitwy, gdzie toczono długą przepychankę, zamieniająca się w rzeź, gdy jedna strona uzyska taktyczną przewagę. Ponieważ żadna jej nie uzyskała, koniec boju obwieścił gwizdek sędziego, bez potrzeby uzupełniania listy strzelców w protokole. Modne ostatnimi czasy pojecie „piłkarskie szachy” nie znajduje tu zastosowania. Ono odnosi się do sytuacji, gdy zawodnicy drużyny przeciwnej umiejętnie neutralizują działania rywala, a nie do przypadku, kiedy atakujący unicestwia się sam. Jeśli przypadkiem z impasu udawało się wybrnąć, mogliśmy oglądać najjaśniejsze punkty tego spotkania - grę obronną obu drużyn. Zarówno Ryszardowi Tarasiewiczowi jak i Janowi Urbanowi nalezą się duże brawa za poukładanie własnych defensyw. Jeśli jakaś piłka przekroczyła środkową strefę boiska, dobrze ustawieni gracze formacji obronnej zażegnywali niebezpieczeństwo. Była to jedna z przyczyn malej ilości sytuacji podbramkowych w pierwszej odsłonie. Bardziej jednak odpowiedzialny był sposób rozgrywania piłki przez obie drużyny. Pojęcie „dokładność” w relacji z meczu powinno pojawiać się tylko wraz z poprzedzającym je przeczeniem, z pomysłem na grę również było nienajlepiej.

Symptomatyczny obrazek mieliśmy w okolicach 35. minuty, kiedy Szewczuk po długim przerzucie znalazł się szybko w towarzystwie trzech Legionistów. Utrzymał się kilka sekund przy piłce, ale nikt mu nie wybiegł do rozegrania. Po kolejnych kilku po trzydziestometrowym biegu na pozycję wyszedł Łukasiewicz (jakby nikogo nie było bliżej), ale przy dograniu zabrakło po raz kolejny zabrakło dokładności. Gracze gości poczynali sobie jeszcze gorzej. Jeśli z tej bezładnej kopaniny wyłaniała się jakaś próba rozegrania, to zwykle jednak była ona podejmowana przez gospodarzy. Udało się kilka długich przerzutów na skrzydła do Gancarczyków, tym razem jednakże bez efektu, próbował Dudek, ale na cokolwiek brakowało miejsca, lepiej radził sobie Ulatowski, kilkukrotnie umiejętnie przepychając się przez gąszcz nóg.

Wszystko to jednak brało się z prób indywidualnego rozegrania akcji. Przy próbie zespołowego rozprowadzenia futbolówki mnożyło się coś, co w tenisie ładnie określa się mianem „niewymuszonych błędów”. Proste, kilkumetrowe podania są niecelne, jeśli są celne - zawiedzie przyjęcie, jeśli i to się uda - pomyłka przy kolejnym odegraniu. W przypadku obu drużyn wymiana trzech podań, które miałyby prowadzić do zdobycia terenu, kończyła się fiaskiem. To wszystko oczywiście pod dość trudnym do spełnienia warunkiem, że ktoś do tego podania się pokaże. Po środowym meczu w Mariborze można było odnieść wrażenie, że to nasza przypadłość narodowa. Ale gdyby spojrzeć na grę Wisły (pomińmy degrengoladę z Levadią) albo (a może przede wszystkim) Polonii Bytom, okazuje się jednak, że można coś osiągnąć automatyzmem poczynań, ruchliwością i odpowiednim pomysłem na grę, nie licząc tylko na to, że rywal zrobi błąd, wyjdzie genialne zagranie na wolne pole albo nasz skrzydłowy minie trzech rywali i zacentruje wprost na nabiegającego napastnika.

Humor poprawia fakt, że defensywa ponownie zagrała na swoim poziomie, choć rywal nie utrudniał zadania poprawna komunikacja i dobre czytanie gry musi cieszyć. To aktualnie bez wątpienia najmocniejsza formacja Śląska, mimo stracenia siedmiu goli w sześciu meczach. Te nie wynikają z pomyłek na poziomie organizacji gry, ale z błędów indywidualnych. Dobrze, że tym razem udało się ich uniknąć.

Do szału za to doprowadzała obustronna tendencja do pozbywania się futbolówki. Większość polskich drużyn nie szanuje piłki, zapominając o tym, że póki się ją ma, tak długo nie ma jej przeciwnik. Mimo to prawie nie notuje się przechwytów, a jedynie przerwania akcji, po których przy grze nadal jest rywal. Często stosuje się warianty, które w 90 procentach doprowadzą do straty, zamiast poszukać koncepcyjnego rozmontowania defensywy rywala. Przypomina się, gdy w połowie lat 90. podczas kolejnego pokazu bezsilności polskiej reprezentacji, Dariusz Szpakowski smutnym głosem przy prowadzeniu rywala obwieszczał: „I znowu musimy grać to, czego najbardziej nie lubimy - atak pozycyjny”. Minęło 15 lat, nie lubimy i nie potrafimy do dziś.

Można się pocieszyć, że Śląsk zremisował z wicemistrzem Polski. Można się załamać faktem, że wicemistrz Polski grał na poziomie dolnych części tabeli ligi łotewskiej. Nazwa Legia ma nadal swoją magię, ale na chwilę obecną warszawski zespół prezentuje się bardzo marnie. Jeśli Śląsk myśli o czymś więcej niż dziesiąte miejsce - takie mecze powinien wygrywać.

KOMENTARZE
Tomasz Klauz(2009-09-15 12:06:00)
W całej rozciagłości zgadzam się z autorem artykułu. A najlepsze jest ostatnie zdanie...I pomiędzy bajki włożyć można zapewnienia trenera i świetnym przygotowaniu motorycznym zawodników, o tym, że zabiegamy przeciwnika...ruchlisowści, tak potrzebnej do pokazania się na pozycjach stanowczo zabrakło.
DODAJ KOMENTARZ
Czy wiesz, że wszystkie nowo dodane komentarze muszą zostać zaakceptowane przez redakcję.

Nie chcesz czekać? Zarejestruj się na forum kibiców Śląska Wrocław a następnie podczas dodawania komentarza podaj swój login i hasło.

Koniecznie przepisz tekst z obrazka!
Nick*:
Hasło:
Adres e-mail:
Treść komentarza*:
* - pola wymagane