Analiza taktyczna spotkania Śląsk- Jagiellonia

09.03.2010 (17:32) | Andrzej Gomołysek | skomentuj (0)
Po dwóch wiosennych kolejkach Śląsk uzbierał jeden punkt, zdobył jedną bramkę, tracąc dwie. Bilans na kolana nie rzuca, choć i tak jest lepszy niż aktualnego lidera. Widać jak cała liga równa do dołu, a gdyby posadzić człowieka niemającego bladego pojęcia o polskiej piłce na spotkaniach z typu Legia- Odra czy Wisła- Arka, miałby on problem z odróżnieniem, która drużyna jest pretendentem do mistrzostwa, a która rozpaczliwie broni się przed spadkiem. Nie wspominając, że przy podziwianiu takich widowisk, raczej nie zapałałby do polskiego futbolu miłością żarliwą i płomienną. Podobne menu zaserwowali nam niestety zawodnicy przy Oporowskiej.


 

Śląsk zaczął w tradycyjnym 4-5-1, z dwójką defensywnych pomocników. Wprawdzie co dwa, to nie jeden, ale jeden Łukasiewicz radził sobie znacznie lepiej w destrukcji niż duet Spahić- Sztylka. Na Łukasiewicza można ciskać gromy, że nie radzi sobie z rozegraniem piłki do przodu, że nie angażuje się w ofensywę, ale na chwilę obecną w destrukcji wydaje się być nie do zastąpienia. Różnicę było widać już w drugiej połowie meczu w Bytomiu, kiedy Polonia po jego zejściu poczynała sobie znacznie śmielej. Tym razem nie było go cały mecz i o podwojeniu krycia albo przesuwaniu się dla zagęszczenia pola nie było mowy. W środku boiska Jagiellonia dominowała niepodzielnie, miała mnóstwo czasu na rozegranie piłki, co owocowało groźnymi sytuacjami. Celeban i Fojut, wspomagani wąsko grającymi bocznymi obrońcami, czyścili jak mogli, ale kiedy momentami okazywało się, że obrona Śląska dysponuje niewielką przewagą liczebną nad nacierającym atakiem, bo przez strefę pomocy rywal przeszedł jak nóż przez ciepłe masło, i oni zaczynali się gubić.

Ale to nie było najgorsze. Ponieważ środek grał fatalnie, boczni obrońcy zamiast wspomagać ofensywę, zaangażowali się w asekurację. Powodowało to, że nawet jeśli Śląsk próbował się przedrzeć z atakiem, brak wsparcia ze strony defensywnych pomocników i bocznych obrońców sprawiał, że ofensywny kwartet futbolówkę szybko tracił. W efekcie nacierała kolejna akcja, z którą nie radził sobie środek, więc Wołczek i Pawelec utwierdzali się w przekonaniu o potrzebie asekuracji. A zatem po przejęciu piłki i przy konstruowaniu akcji zostawali z tyłu. Tak stworzyła się ta samonapędzająca machina, którą mieliśmy nieprzyjemność podziwiać.

Zmieniło się trochę po przerwie, kiedy odważniej zagrał Wołczek. Końcem końców 0-1 i tak nic Śląskowi nie dawało, więc chwilę po zmianie stron ruszył do przodu. Z dobrymi efektami, bo Madej wreszcie miał komu odgrywać futbolówkę. Chwilę potem nastąpił jednak kolejny zwrot, bo goście strzelili drugą bramkę. 0-2, 40 minut do końca, wąskie pole manewru. Sytuacja z gatunku tych nie do pozazdroszczenia. A skoro nie można zrobić nic, trzeba zostawić sprawy własnemu biegowi.

Dopiero wtedy zaczęło się dziać. Wołczek na dobre zaangażował się w ofensywę, choć dalej z tyłu został Pawelec. Śląsk przeszedł w niezaprogramowane 3-6-1. Początkowo korytarz, którego nie zajmował Pawelec próbował opanować Spahić, ale potem i z nim zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Gdy już zrezygnował z obsadzania niedoszłej pozycji Pawelca, zaczął być na boisku prawie wszędzie. Tym sposobem na murawie zaistniała pozycja obrotowego, chwilami można było odnieść wrażenie, że zaangażował się tak, że lada moment krzyknie do Kelemena, żeby wybiegł w pole, a do sędziego, że jest bramkarzem. Lotnym. Chaosu zrobiło się co niemiara, ale przynajmniej ktoś zaczął biegać do piłek.

I co ciekawe, wystarczyło wybiegać, żeby pojawiła się szansa nawet i na wyrównanie. Jagiellonia nie pokazała w tym meczu nic rzucającego na kolana, ot po prostu sprawne przesuwanie się po boisku (zwłaszcza w środku) i więcej biegania w przekroju całego meczu. To samo pokazała Odra w starciu z Legią, nawet i tego nie Arka z Wisłą. Wystarczyło. Nie ma drużyny, która wyraźnie odstawałaby na plus organizacją gry od innych. Już nawet Wisła i Polonia Bytom straciły zdolność do dokładnej wymiany kilku podań na małej przestrzeni. W polskiej ekstraklasie jest kryzys, podobny do tego sprzed trzech lat. Wtedy Czesław Michniewicz i Orest Lenczyk z przeciętnych zespołów poskładali solidne kolektywy, grające na równym, przyzwoitym poziomie i wyprzedzili uznane firmy. W tym roku wiele więcej nie będzie potrzebne.

KOMENTARZE
Nie skomentowano jeszcze tego newsa.
DODAJ KOMENTARZ
Czy wiesz, że wszystkie nowo dodane komentarze muszą zostać zaakceptowane przez redakcję.

Nie chcesz czekać? Zarejestruj się na forum kibiców Śląska Wrocław a następnie podczas dodawania komentarza podaj swój login i hasło.

Koniecznie przepisz tekst z obrazka!
Nick*:
Hasło:
Adres e-mail:
Treść komentarza*:
* - pola wymagane