Strona bierna. Analiza taktyczna spotkania Śląsk- Lech

13.09.2010 (18:04) | Andrzej Gomołysek | skomentuj (1)
W pierwszej połowie Śląsk prezentował się nieco lepiej niż słabo wyglądający Lech. Druga część jednak nie przyniosła poprawy jakości gry wrocławian, zaś rozsądnie grający po zmianie stron Kolejorz umiejętnie dowiózł do końca zdobyte prowadzenie. Wygrana ta daje Lechowi względny spokój w ligowej tabeli przed wyjazdem do Turynu. Porażka zaś wprowadza Śląsk na jeszcze wyższe poziomy nerwowości. Ale może i mobilizacji.


 

Mimo braku Sotirovicia Śląsk zagrał ponownie 4-4-2. Skład pozostałych formacji nie odbiegał od tradycji, zaś kontuzjowanego Serba zastąpił Tomasz Szewczuk. Co ciekawe, mimo że jeśli już gra on w ataku, to radzi sobie lepiej jako cofnięty, tym razem tę rolę przejął snajper wrocławian- Cristian Diaz. Nie było to taktyką. Po meczu, na konferencji, okazało się, że samo tak wyszło, ale zdaniem szkoleniowca wrocławian wychodziło dobrze.

Płaskie 4-4-2 sprawiało, że po raz kolejny nieomal w jednej linii operowali Mila i Kaźmierczak.



Co ciekawe Milowy często cofał się wręcz bardziej niż tegoroczny nabytek wrocławian, ciężko pracując na całej długości boiska.



Całkiem poprawnie wywiązywał się ze swoich funkcji defensywnych, jednakże fakt, że musiał do spółki z Kaźmierczakiem dbać o asekurację 600 metrów kwadratowych nie wpływał zbyt dobrze na jego aktywność w ofensywie. W dodatku przez ten niedobór liczebny w środku robiła się spora dziura.





Łataniem tej dziury dzielnie starał się zająć szkoleniowiec wrocławian, raz po raz pokrzykując do podopiecznych, żeby zajęli się środkiem. Po meczu zaś się okazało, że tak właśnie być powinno, a piąty zawodnik w pomocy nie jest potrzebny.

W wielu momentach Śląskowi brakowało ruchliwości, zwłaszcza w drugiej połowie gra była bardzo statyczna i pasywna, zdumienie wręcz ogarniało, że tak gra drużyna, która przegrywa jedną bramką, ma spory potencjał, a naprzeciwko siebie średnio dysponowanego rywala. Momentów bierności było zaskakująco dużo.

Jak w okolicach sześćdziesiątej minuty, kiedy Lech prowadził i spokojnie rozgrywał futbolówkę na własnej połowie między obrońcami, a zawodnicy z Wrocławia postanowili im w tym nie przeszkodzić. Czujnym okiem Ryszard Tarasiewicz szybko wyłapał tę taktyczną niespójność i kilkoma okrzykami przekazał informację o niej na murawę. W tym momencie słowa krytyki należą się kibicom, którzy te celne uwagi zagłuszyli chóralnymi śpiewami, efektem czego Lech spokojnie kopał dalej. Szczęśliwie dla wrocławian, niedługo potem dopadło ich znużenie.

Jak kilkanaście minut później, kiedy długim wyjściem do dośrodkowania piłkę przejął Kelemen. Załapał ją i już chciał rozpocząć szybki atak, kiedy okazało się, że nie ma do kogo dograć, bo partnerzy stoją w najbliższej okolicy bądź w otoczeniu rywali

Jak przez większość spotkania, kiedy ruszało się dwóch zawodników- posiadający piłkę i któryś z partnerów, który jeszcze nie znalazł się na pozycji na której mógłby się zatrzymać, żeby tam poczekać na podanie. Efektem były sytuacje takie jak ta:



ta:



czy ta:



Pomijając ustawienie z rywalem na plecach, który w sekundę doskoczy i utrudni/ uniemożliwi przyjęcie piłki, to sylwetki tych zawodników naprawdę nie sprawiają wrażenia, jakoby mieli oni szukać sobie pozycji na boisku. Raczej stali, czekając co z tego wszystkiego wyniknie w środku. Wyniknąć nic nie mogło. Lech grał 4-2-3-1, więc w środkowych sektorach miał piątkę zawodników. Śląsk dwóch. Ci, którzy stali bliżej bramki powinni szukać możliwości urwania się obrońcom. Tymczasem, co widać powyżej, jak i w powiększeniu poniżej, stali.



Wyszło jednak na to, że te zdjęcia są mylne. Widocznie obiektyw nie ma oka Cala Lightmana i w tych sylwetkach czegoś nie dostrzegł. Po meczu okazało się bowiem, że momentów pasywności w grze nie było.

A Lech? Słabiutko w pierwszej połowie, bez chęci do gry i pomysłu na konstruowanie akcji, oddający inicjatywę wrocławianom. W drugiej części zaprezentowali się już poprawniej, przede wszystkim mniej chaotycznie, dobrze regulując tempo i mimo braku kolejnych klarownych sytuacji, trudno mówić o tym, żeby choć przez moment ich zwycięstwo było naprawdę zagrożone. Obie drużyny raziły bezładnością w konstruowaniu akcji, ale Lech potrafił uspokoić swoją grę na tyle, żeby po uzyskaniu korzystnego rezultatu ustrzec się błędów. W tym meczu dwóch sprawiających wrażenie zmęczonych życiem drużyn wygrał zasłużenie.

Śląsk znalazł się na granicy strefy spadkowej. To jednak dopiero początek sezonu i jeszcze ze spokojem można patrzeć w przyszłość. Skład jest jak na polskie warunki bardzo silny, który polski klub nie chciałby Kelemena, Celebana, Kaźmierczaka czy Mili? Zresztą już po meczu okazało się, że gra jest dobra, a jedynym problemem jest deficyt punktowy.

KOMENTARZE
ender(2010-09-13 20:47:59)
Świetna dokładna analiza nic dodać nic ująć szkoda mi tylko Diaza bo on potrafi strzelać ale jak nikt nie potrafi mu podać piłki na 16 metr to nic dziwnego że chłop sam bierze się za rozgrywanie. Ja bym zaryzykował i wstawił za Rogera Sobote na rozgrywaniu. A i nikt w klubie nie potrafi im wytłumaczyć czym jest gra bez piłki? I dlaczego oni wiecznie wyglądają na zmęczonych?
DODAJ KOMENTARZ
Czy wiesz, że wszystkie nowo dodane komentarze muszą zostać zaakceptowane przez redakcję.

Nie chcesz czekać? Zarejestruj się na forum kibiców Śląska Wrocław a następnie podczas dodawania komentarza podaj swój login i hasło.

Koniecznie przepisz tekst z obrazka!
Nick*:
Hasło:
Adres e-mail:
Treść komentarza*:
* - pola wymagane