REDAKCYJNY DWUGŁOS: Co jest największą bolączką Śląska Wrocław?

REDAKCYJNY DWUGŁOS: Co jest największą bolączką Śląska Wrocław?

fot.:

W najnowszej odsłonie serii głos zabrali Jan Feliszek i Adam Mokrzycki. Tematem dyskusji jest, a jakże, słaba postawa Śląska Wrocław. Postawiliśmy się w sytuacji sztabu szkoleniowego WKS-u i wyszczególniliśmy dwa elementy, które Wrocławianie koniecznie muszą poprawić, aby myśleć o pozostaniu w elicie.



 

Zanim zaczniemy, przypomnijmy, że ideą cyklu jest zestawienie dwóch wizji i sprawdzenie, do której jesteście bardziej przekonani.

Śląsk Wrocław nie może uznać początku sezonu za udany. Trójkolorowi jeszcze znajdują się poza strefą spadkową. Taki stan rzeczy zawdzięczają tylko dwóm zdobytym bramkom więcej od Motoru Lublin. Natomiast może to szybko ulec zmianie, jeśli Wieczysta Kraków wygra zaległe spotkanie z GKS-em Katowice. Trzeba jednak przyznać, że podopieczni Ante Simundzy spisują się lepiej, niż wskazują na to wyniki. Natomiast nie od dzisiaj wiemy, że ładna dla oka gra to tylko dodatek i nie jest ona dodatkowo premiowana. Co w takim razie należy poprawić w pierwszej kolejności, aby obiecujące występy przekuć w regularne punktowanie? Jan Feliszek zwraca uwagę na dziurawą defensywę, natomiast Adam Mokrzycki skupia się na braku koncentracji w końcowych fragmentach meczu. Oto ich wypowiedzi.

Jan Feliszek

Lista problemów Śląska Wrocław jest długa. Począwszy od uzależnienia się osobą Piotra Samca-Talara, aż po nienajlepszą sytuację w tabeli. Ja jednak chciałbym się skupić na defensywie, bo moim zdaniem właśnie ta formacja ma najwięcej na sumieniu.

Wojskowi zagrali tylko raz na „zero z tyłu”, przeciwko Cracovii. W każdym innym ligowym, jak i pucharowym starciu stracili przynajmniej jedną bramkę. Z kolei w 25 meczach o stawkę w 2026 roku podopieczni słoweńskiego szkoleniowca czyste konto zachowali zaledwie pięć razy. Zdecydowanie nie są to liczby, które pozwalają być spokojnym.

Trójkolorowi kapitulowali już 15 razy, co daje średnio 1,6 straconej bramki w meczu. Więcej razy piłkę z siatki wyciągała tylko Wieczysta Kraków i Raków Częstochowa, czyli kolejno przedostatni i ostatni zespół Ekstraklasy. Nie wygląda to zbyt optymistycznie, ale najbardziej bolesnym faktem jest to, że większość z tych trafień, to nie efekt wykwintnych akcji przeciwników, tylko indywidualnych błędów defensorów WKS-u. Niech Państwo sami spojrzą.

W starciu z Górnikiem Zabrze trafienie samobójcze i złe krycie przy stałym fragmencie gry. W wygranym meczu z Rakowem nieporozumienie na linii bramkarz – obrońca. Z Zagłębiem Lubin ponownie źle ustawieni zawodnicy przy rzucie rożnym i bliźniaczo podobna bramka do tej straconej w Zabrzu. O potyczce z Widzewem Łódź, chyba szczegółowo pisać nie musimy, bo tam każda kapitulacja to festiwal błędów. Trafienia Łodzian nie powinny mieć miejsca, na takim poziomie, jakim jest Ekstraklasa. Daleko kolejnych „popisów” szukać nie trzeba – wybita piłka pod nogi Mariusza Stępińskiego z Koroną Kielce czy całkowicie niepotrzebne przewinienie w ostatniej akcji spotkania z Wisłą Kraków i ponownie stały fragment, który doprowadził do straty punktu.

Będąc zupełnie szczerym, z 15 straconych bramek można wyliczyć na palcach jednej ręki, ile z nich było „popisowymi” akcjami rywali, a właściwie to indywidualnymi przebłyskami. Mam tu na myśli między innymi trafienie Ousmane Sowa z Jagiellonii Białystok czy piękną asystę Kamila Jakubczyka z Korony. Trzeba docenić kunszt napastników – Levente Szabo i Angela Rodado. Obaj strzelając Trójkolorowym, zachowali się jak rasowi strzelcy. Oczywiście, tu też można znaleźć błędy w zachowaniu Wrocławian, ale w porównaniu do wyżej opisanych, nie są one aż tak rażące.

Ilość pomyłek jest zdecydowanie za duża i patrząc na to, jak toczą się mecze Wojskowych, to właśnie one decydują o aktualnej sytuacji w tabeli. Każdy przegrany mecz Trójkolorowych kończył się wynikiem 1:2, dlatego łatwo wywnioskować, że gdyby zniwelowano przynajmniej połowę wspomnianych błędów, to miejsce Wrocławian w Ekstraklasie byłoby wyraźnie lepsze.

Adam Mokrzycki

Gracze z Wrocławia są zawodowcami w swoim fachu. Codziennie trenują, prowadzą sportowy tryb życia czy pobierają pensje, o których przeciętny człowiek mógłby pomarzyć. Dlatego ich sympatycy mogą wymagać większej koncentracji na boisku.

W końcu ciężko uwierzyć, że profesjonalni atakujący (Luka Marjanac i Przemysław Banaszak) nie potrafią w znakomitych okazjach skierować piłki do siatki. Czynnik presji mógł odbić piętno, ale jest on wkalkulowany w zawód piłkarza. Ponadto w tym samym meczu wspomniany Banaszak w ostatniej akcji wyszedł z kontratakiem i zamiast przy korzystnym wyniku zagrać pod faul lub zbiec z futbolówką do chorągiewki, postanowił oddać ją za darmo, niecelnie podając do swojego kolegi. Nieodpowiedzialne zachowanie „snajpera” WKS-u doprowadziło do akcji bramkowej Legionistów i straty dwóch punktów.

To był bardzo bolesny cios dla całej społeczności Wrocławian, ponieważ Śląsk nie wygrał w delegacji z Legią Warszawa od ponad 15 lat! Wysiłek formacji obronnej, która spisała się w tamtym boju wręcz na medal, poszedł na marne. Liczna publika z Wrocławia, która zasiadła na sektorze gości też musiała obejść się smakiem.

Na kolejny popis pana Banaszaka nie musieliśmy czekać zbyt długo. Dwie kolejki później w spotkaniu z Koroną Kielce wszedł za strzelca gola Malaly'ego Dembele. Miało to miejsce tuż po trafieniu Francuza. I teraz tak, wchodzisz na plac gry tuż po wyrównującej bramce w końcowej fazie spotkania, mając również atut własnej publiczności. Te okoliczności powinny motywować do wzmożonego wysiłku. Jak widać, nie działa to w przypadku każdego. Popularny „Bany” wyprowadzał kontratak swojego zespołu, gdzie siły liczebne były wyrównane. Napastnik, zbiegając na skrzydło, zdublował pozycję jednego ze swoich partnerów i tym samym wyłączył go z akcji. Kiedy Kielczanie zdążyli się wrócić we własne pole karne, dośrodkował w kierunku osamotnionego Ielstinsa Camoesa. To, co miał zrobić w Warszawie, zrobił przeciwko Koronie. Chwilę później, bo w doliczonym czasie formacja defensywna i linia pomocy pozwoliła Kamilowi Jakubczykowi wjechać jak w masło w pole karne i wystawić piłkę Simonowi Gustafsonowi jak na srebrnej tacy. Te dwa zdarzenia pozbawiły Trójkolorowych co najmniej oczka.

Tydzień później w meczu z Wisłą Kraków duet Mariusz Malec & Jehor Macenko podarowali gospodarzom pierwszą bramkę. Ten pierwszy opuścił swoją strefę, niepotrzebnie wybiegając poza pole karne. Skrzętnie to wykorzystał wchodzący z drugiej linii Kacper Duda, który podał do Angela Rodado. Hiszpan miał być pilnowany przez Macenkę. No właśnie, miał być, bo Ukrainiec zgubił swojego rywala z radaru, chociaż sekundy przed zagraniem Dudy skrupulatnie obserwował snajpera Wiślaków. Ten i tak zdołał się urwać spod jego „krycia”.

Skoro pierwsze trafienie Wisły było prezentem od gości, to drugie musiało już być przez nich wypracowane. No nie do końca. Świeżo wprowadzony Marjanac miał zrobić szum pod bramką przeciwnika, ale Bośniakowi chyba pomyliły się kierunki, bo szum to on faktycznie zrobił, ale na własnej połowie, faulując Raoula Gigera i dając Białej Gwieździe akcję meczową. Podopieczni Ante Simundzy nie byliby sobą, gdyby po tym rzucie wolnym nie stracili bramki i w konsekwencji punktu.

Przechodząc teraz do opiekuna Wojskowych, przestrzegam kibiców, aby wstrzymali się z opiniami o zwolnieniu Słoweńca. Przecież to nie 55-latek jest winny temu, że jego gracz ma problem z celnym podaniem, odpowiednim pozycjonowaniem czy wykończeniem. Ponadto kadra przeszła gruntowną przebudowę i ci ludzie wciąż potrzebują czasu, aby się zaaklimatyzować i nabrać zgrania oraz automatyzmów. Dotychczas zawodnicy Śląska sami sobie robili pod górkę, nie zachowując koncentracji, co prowadziło do błędnych decyzji.

Zdajemy też sobie sprawę, że to tylko wierzchołek góry lodowej spośród rzeczy, które wymagają poprawy. Sekcja komentarzy należy do Was. Tam możecie wymienić zachowania boiskowe zielono-biało-czerwonych, które delikatnie mówiąc – wyprowadzały z równowagi.

Adam Mokrzycki

Autor

Adam Mokrzycki

Wrocławianin, socjolog i kibic Liverpoolu. Miłośnik psychologii oraz szeroko pojętych relacji międzyludzkich, dlatego ceni formę wywiadu.

Piłką nożną interesuje się od najmłodszych lat. Próbował iść w ślady taty i zostać zawodowym piłkarzem, ale w miarę szybko zrezygnował z tego pomysłu na rzecz dziennikarstwa sportowego. W nim realizuje się od 2018 roku, a w Śląsknecie działa od 8 marca 2023 roku. Najczęściej udziela się przy mikrofonie podczas komentowania meczów, prowadzenia podcastów, udzielania się na konferencjach prasowych czy przeprowadzania wywiadów. W redakcji odpowiada za atmosferę.