Śląsknet

Piłka na Śląsku: tradycje i współczesność

Piłka na Śląsku: tradycje i współczesność

Śląsk i futbol to temat, przy którym trudno zachować spokój – zwłaszcza jeśli się stąd pochodzi. Piłka nożna nie jest tu hobby ani weekendową rozrywką. Jest częścią tego, kim się jest. Rozmawia się o niej przy niedzielnym obiedzie, kłóci się o nią z sąsiadem, przekazuje dzieciom razem z nazwiskiem. Żaden inny region w Polsce nie ma z futbolem takiego stosunku.

Kopalnie, huty i boiska – jak rodził się śląski futbol

Żeby to zrozumieć, trzeba wrócić do początku XX wieku. Śląsk był wtedy przemysłowym centrum Europy – region dymiących kominów, głębokich szybów i dziesiątek tysięcy robotników, którzy po ciężkiej szychcie szukali czegoś, co pozwoli odetchnąć. Piłka była odpowiedzią oczywistą. Nie wymagała nic – kawałek wolnej ziemi, jakaś piłka, chęci. I dawała więcej emocji niż cokolwiek innego dostępnego zwykłemu człowiekowi.

Kluby wyrastały przy zakładach pracy jak naturalny element pejzażu. Ruch Chorzów, założony w 1920 roku, od początku był czymś więcej niż drużyną – stał się symbolem robotniczej dumy całego regionu. Górnik Zabrze, powołany do życia w 1948 roku, miał górnicze korzenie wpisane dosłownie w szyld. W Bytomiu, Gliwicach, Siemianowicach i Rudzie Śląskiej historia wyglądała podobnie: huta albo kopalnia, a obok niej drużyna piłkarska z kibicami, którzy przychodzili na mecz prosto z pracy.

PRL, cokolwiek by o nim mówić, był dla śląskiej piłki złotym czasem. Górnik Zabrze zdobył czternaście mistrzostw Polski i w 1970 roku dotarł do ćwierćfinału Pucharu Mistrzów – wynik, który do dziś wywołuje respekt w każdej europejskiej rozmowie o futbolu. Ruch Chorzów zebrał identyczną liczbę tytułów i przez lata toczył z Górnikiem pojedynek o miano najlepszego klubu w kraju. Piast Gliwice budował się wolniej, w cieniu wielkich rywali, ale cierpliwie i konsekwentnie.

Derby to osobny rozdział. Na meczach Górnika z Ruchem, lubianego i dziś przez posiadaczy Mostbet apk, trybuny były pełne tak, że brakuje mocniejszego słowa. Kibicowanie było tu sprawą niemal dziedziczną – ojciec brał syna, syn zabierał wnuka. Szalik w barwach klubu dostawało się razem z urodzeniem w tym konkretnym mieście i ta przynależność obowiązywała.

Kilka rzeczy odróżnia śląski futbol od tego, co dzieje się w reszcie Polski:

  • Korzenie w przemyśle ciężkim – klub wyrastał z kopalni lub huty, zakład go finansował, a robotnicy oddawali mu lojalność bez zastanowienia.

  • Lokalny patriotyzm twardszy niż wyniki – tu kibicuje się swojej dzielnicy i swojemu miastu, nie abstrakcyjnej marce.

  • Futbol dla każdego – gęsto zaludniony region, rodziny na trybunach, mecz jako zwykła niedziela, nie wydarzenie dla wybranych.

  • Własne kadry – od Ernesta Pohla i Gerarda Cieślika po Jakuba Błaszczykowskiego, Śląsk regularnie wysyłał do reprezentacji Polski najlepszych, jakich miał.

  • Derby z prawdziwą stawką – intensywność lokalnych meczów nie ma odpowiednika nigdzie indziej w kraju.

To wszystko razem zrobiło ze Śląska coś, co można bez przesady nazwać kolebką polskiego futbolu.

Nowe stadiony, stare emocje

Infrastruktura się zmieniła – i to radykalnie. Stadion Śląski w Chorzowie, nazywany Kotłem Czarownic, po gruntownej przebudowie mieści ponad 54 tysiące widzów. Reprezentacja Polski gra tam jak u siebie, a obiekt należy do największych w kraju.

Piast Gliwice w sezonie 2018/2019 sięgnął po pierwsze mistrzostwo Polski w swojej historii. Klub bez spektakularnego budżetu, bez galaktycznych transferów – i tytuł. Dla wielu był to dowód, że na Śląsku wciąż można budować coś wartościowego od podstaw, bez skrótów.

Ale były też momenty gorzkie. Górnik Zabrze i Ruch Chorzów przez lata zmagały się z długami i kryzysami zarządczymi. Ruch wylądował w niższych ligach – coś, co dla kibiców musiało smakować jak osobista klęska. I co? Trybuny nie opustoszały. Na mecze trzecioligowego Ruchu przychodziło więcej ludzi niż na niejedne rozgrywki ekstraklasowe w innych miastach. Trudno o lepszy argument za tym, że śląski futbol nie jest o wynikach – jest o ludziach i o wspólnocie.

Dziś region ma kilkadziesiąt akademii szkolących kolejne roczniki, GKS Katowice wrócił do Ekstraklasy i powoli odbudowuje swoją historyczną pozycję. Kluby coraz częściej angażują się w działania poza boiskiem – piłka służy integracji, pracy z młodzieżą z trudnych środowisk, budowaniu czegoś, co zostaje po ostatnim gwizdku.

Piłkarska kultura na śląsku

Dzień meczowy na Śląsku rządzi się swoimi prawami. W Zabrzu, Chorzowie czy Katowicach nie ma czegoś takiego jak „przyjście na mecz" – jest za to rytuał, który zaczyna się na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem i ma swoją ustaloną choreografię, przekazywaną z pokolenia na pokolenie.

Najpierw zbiórka. Niekoniecznie pod stadionem – często przy jakimś konkretnym barze, od lat tym samym, gdzie właściciel zna kibiców po imieniu i wie, że w sobotę po południu będzie komplet. Przy piwie rozgrywa się pierwsza część meczu: analiza składu, narzekanie na trenera, wspominanie tamtego gola sprzed dwudziestu lat, który do dziś boli albo do dziś cieszy. Potem wspólny marsz – kilkaset, czasem kilka tysięcy ludzi idących ulicą w jednym kierunku, śpiewających te same pieśni, które śpiewali ich ojcowie.

Na trybunach dzieje się to, czego nie da się zobaczyć na ekranie telewizora. Śląskie sektory kibiców to nie widownia – to instrument. Doping jest nieprzerwany, rytmiczny, prowadzony przez grupy, które traktują swoją robotę poważnie. Choreografie przygotowywane przy dużych meczach potrafią zapierać dech – tysiące kartonów składających się w jeden obraz, race, szaliki uniesione w górę w tej samej chwili. Przy Roosevelta w Chorzowie albo na Stadionie Śląskim ta atmosfera ma fizyczny wymiar – czuć ją w klatce piersiowej.

I nie chodzi tylko o Ekstraklasę. Na mecze czwartoligowego Ruchu w czasach jego największego kryzysu przychodziło więcej ludzi niż na niejedne rozgrywki pierwszoligowe w innych miastach. Kibice Górnika potrafią przyjechać na wyjazdowy mecz do Szczecina czy Białegostoku w liczbie, która robi wrażenie na gospodarzach. Ta lojalność nie jest od wyników – jest od miejsca urodzenia.

Na Śląsku mówi się, że na trybunie nie ogląda się meczu. Gra się go razem z jedenastką na boisku. I patrząc na te twarze – skupione, roześmiane, rozżalone, euforyczne – trudno się z tym nie zgodzić.

Obserwuj Śląsknet

Dołącz do kanału na WhatsAppieNajnowsze teksty prosto na telefon

Jesteśmy też na:

Zobacz także

zobacz więcej

Komentarze

Zobacz także