Plusy i minusy po meczu z Rakowem

04.12.2025 (16:00) | Jan Feliszek

fot.: Jan Kurgan

Wrocławianie po niezłym meczu musieli uznać wyższość przedstawiciela Ekstraklasy i odpadli z rozgrywek Pucharu Polski. Jakie są plusy i minusy po środowym starciu?



 

Zagrali jak równy, z równym.

Tak jak zdążyliśmy wspomnieć, to naprawdę był niezły mecz Śląska. Jeden z lepszych w ostatnim czasie. Raków musiał się mocno „napocić”, by awansować do ćwierćfinału Pucharu Polski. Oprócz twardych warunków Trójkolorowi zagrali bardzo miłą dla oka piłkę. Potrafili się przy niej utrzymać, a czasami nawet zepchnąć wicemistrzów Polski do głębokiej defensywy. Tworzenie sytuacji też nie było problemem, a wręcz przeciwnie udało się ich wykreować całkiem sporo, brakowało jednak lepszej decyzyjności, bądź wykończenia. Nie mniej jednak, na tle czwartego aktualnie w tabeli Rakowa, spadkowicz z najwyżej klasy rozgrywkowej wypadł bardzo dobrze. Sam trener Simundza na pomeczowej konferencji podkreślał, że jest zadowolony ze swoich piłkarzy.

Świetny występ wychowanka.

Nie wypada przejść obojętnie, obok spotkania, jakie rozegrał Krzysztof Kurowski. Wychowanek WKS-u w środowy wieczór przeszedł prawdziwy sprawdzian, bo jego bezpośrednim rywalem był Michael Ameyaw. Reprezentant Polski nie miał łatwego życia z młodzieżowcem Śląska, a co więcej piłkarz Trójkolorowych na przestrzeni całego spotkania zaprezentował się lepiej od byłego gracza Piasta Gliwice. Warto też podkreślić, że zawodnik częściej występujący w rezerwach radził sobie lepiej, niż bardziej ograny w pierwszym zespole Michał Rosiak. Idealnym spuentowaniem dobrego występu były pochwały, jakie pod jego adresem kierował na pomeczowej konferencji Słoweński szkoleniowiec.

Jestem bardzo zadowolony z postawy Krzysztofa Kurowskiego, który dał nam dużo pozytywnej energii w obronie.

- Ante Simundza po meczu z Rakowem.

Dwie bramki, w dwóch dogodnych sytuacjach.

Mimo iż obrona Śląska na tle bardzo mocnego ataku Rakowa wypadła przyzwoicie, to i tak zachowania defensywne poszczególnych piłkarzy Trójkolorowych prowadziły do utraty bramek. Najpierw za krótko wybijał Dijakowić, ale kluczowe okazało się to, że nikt nie był w pobliżu świetnego Brunesa. Przy stracie drugiego gola Austriak też był zamieszany, bo zgubili razem z Serafinem Szotą z radaru Patryka Makucha, który miał zdecydowanie za dużo miejsca w polu karnym. Jednak wszystko, co złe, przy zwycięskim trafieniu gości, zaczęło się od Jehora Macenki, bo ten całkowicie nie upilnował świetnie wbiegającego w pole karne Tomasza Pieńki.

Nie idą za ciosem…

Nie pierwszy raz w tym sezonie, Śląsk po zdobyciu bramki, chwilę później musi wyciągać piłkę z własnej siatki. Tak było i tym razem, co dla losów środowego meczu okazało się kluczowe. Wiemy, że defensywa wrocławian w ostatnich tygodniach nie jest w najlepszej dyspozycji, ale kwestia koncentracji po strzeleniu gola też wychodzi na pierwszy plan. Doskonale pamiętamy, że w starciach, których Wojskowi szli za ciosem, to w większości kończyli je zwycięsko. W ostatnim czasie doskonale widać, że jest to element, którego wyraźnie brakuje w grze podopiecznych Słoweńskiego trenera.

Środowy, zimny wieczór? Dla nich to żadna przeszkoda!

Za wydarzenie meczu przyjmujemy imponującą frekwencję jak na dzień i porę rozegrania meczu z Rakowem. Dokładnie rok wcześniej w spotkaniu Pucharu Polski z Piastem na trybunach zasiadło ledwie 4459 widzów. W środkowy wieczór dopingować Śląska przyszło 12 103 kibiców, to pokazuje, że fani WKS-u są z nim bez względu na formę i miejsce, w jakim klub znajduje się w ostatnim czasie. Głośny doping, oprawa i naprawdę nie najgorsza postawa piłkarzy, spowodowały, że stadion można było opuszczać z uśmiechem na twarzy, który mieszał się z lekkim niedosytem.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet na kanale WhatsApp. Odwiedź nas także na Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.