Śląsk grał w dziewiątkę? Co mówią liczby po porażce ze Stalą Rzeszów
30.07.2025 (18:00) | Adam Paliszek-Saładygafot.: Paweł Kot
Mecz w Rzeszowie miał być dla Śląska okazją do wykrzesania pozytywnego impulsu po remisie z Wieczystą. Tymczasem kibice mogli odnieść wrażenie, że w ofensywie WKS grał przez całe spotkanie w dziewięciu. Statystyki nie kłamią – to nie był dzień napastników Śląska.
BEZ NAPASTNIKA ANI RUSZ
Przez pełne 90 minut trudno było zauważyć obecność Damiana Warchoła i Przemysława Banaszaka na boisku. Warchoł, który rozpoczął mecz w pierwszym składzie, tylko raz uderzył na bramkę i to już w pierwszej minucie, kiedy po nieudanym przyjęciu piłki jego strzał został zablokowany. Później znikał z każdą kolejną minutą. Nawet gdy Piotr Samiec-Talar posyłał w jego kierunku piłki, brakowało wyczucia, wyjścia na pozycję, czy choćby próby przejęcia.
Nie lepiej wyglądała zmiana – Banaszak nie oddał żadnego strzału, mimo że Arnau Ortiz parokrotnie dobrze go obsłużył. Jedyne znaczące zagranie napastnika Śląska to odegranie piłki do Jorge Yriarte w 89. minucie. Dwie mierne akcje w wykonaniu dwóch zawodników, których głównym zadaniem jest strzelać gole, to za mało, by myśleć o punktach.
Dla porównania, Jonathan ze Stali Rzeszów wygrał aż 10 z 25 pojedynków, wykonał najwięcej dryblingów w meczu (7), 3 razy był faulowany, z czego raz przeciwnik obejrzał za to czerwoną kartkę. Do tego zdobył gola. Efektywność? Nieporównywalna.
PIERWSZA POŁOWA SAMCA-TALARA, DRUGA ORTIZA
Po przesunięciu na prawą stronę, Piotr Samiec-Talar wreszcie pokazał, że może być liderem ofensywy. W pierwszej połowie był najaktywniejszym zawodnikiem Śląska – zaliczył 4 skuteczne dryblingi na 5 prób, aż 14 pojedynków na ziemi (7 wygranych) i wywalczony rzut karny w 32. minucie po indywidualnej akcji. Do tego był najczęściej faulowanym zawodnikiem na boisku, aż czterokrotnie.
Po przerwie stery ofensywy przejął Arnau Ortiz. Skrzydłowy Śląska zaliczył 3 kluczowe podania, najwięcej celnych dośrodkowań (5), 13 pojedynków (5 wygranych) i bez wątpienia był motorem napędowym zespołu w drugiej części meczu. Niestety, zabrakło wykończenia z przodu.
DIJAKOVIĆ – OD ODKUPIENIA DO DRAMATU
Marko Dijaković z pewnością chciał zatrzeć złe wrażenie po meczu z Wieczystą, gdzie w końcówce sprokurował rzut karny. W Rzeszowie rozpoczął dobrze, notując 2 udane interwencje, wygrany pojedynek powietrzny i niezłą grę w rozegraniu. Jednak w 18. minucie Jonathan wymknął mu się spod krycia, a próba ratowania sytuacji poprzez ciągnięcie za koszulkę skończyła się interwencją VAR i bezpośrednią czerwoną kartką. Trudno o gorszy scenariusz dla Austriaka na początku przygody w Śląsku.
STATYSTYKI NIEMAL NA REMIS – ALE PRZEGRALIŚMY
Paradoksalnie, mimo gry w osłabieniu, Śląsk w wielu aspektach statystycznych nie odstawał. W trzeciej tercji boiska zespół Ante Simundzy wymienił aż 70 podań z 90% skutecznością (przy 55 i 85% u gospodarzy). Miał też taki sam procent celnych dośrodkowań, dokładniejsze długie podania i więcej udanych dryblingów.
Co więc zawiodło? Przede wszystkim brak odwagi, bo Śląsk oddał tylko 2 strzały z dystansu, podczas gdy Stal próbowała aż tego aż 12 razy, z czego jeden z nich (strzał Sebastiena Thilla) zakończył się odbiciem się piłki od słupka. Śląsk kreował sytuacje przypadkowe, często po błędach przeciwnika lub rykoszetach. Stal wypracowywała akcje, które kończyły się konkretem. To różnica, która daje punkty.