Żukowski nie taki straszny? Co mówią liczby po Śląsk - Wieczysta?
24.07.2025 (14:00) | Adam Paliszek-Saładygafot.: Miłosz Ślusarenko
Ligowy pojedynek Śląska Wrocław z Wieczystą Kraków zakończył się remisem 1:1 (1:0), ale liczby pokazują znacznie więcej niż sam wynik. Przyglądamy się szczegółowym statystykom, analizujemy występy poszczególnych zawodników i zastanawiamy się, dlaczego wrocławianie po zmianach wyglądali znacznie słabiej.
GDZIE LEŻAŁ PROBLEM?
Największym mankamentem Śląska w meczu z Wieczystą była gra ofensywna, szczególnie widoczna po przerwie. Statystyki w tym aspekcie są bezlitosne. Wrocławianie wykonali zaledwie 26 podań w ostatnią tercję boiska, osiągając przy tym skuteczność na poziomie 68%. Dla porównania, goście przeprowadzili aż 60 takich podań, z czego aż 85% było celnych, co przełożyło się na znacznie większą płynność i łatwość w dochodzeniu do sytuacji podbramkowych.
Jeszcze gorzej wyglądało to w przypadku dośrodkowań. Śląsk przez całe spotkanie tylko trzykrotnie dośrodkował w pole karne, w dodatku żadna z tych prób nie była celna. Dla kontrastu, Wieczysta posyłała piłkę z bocznych sektorów aż 23 razy, z czego 9 znalazło adresata. Efektem tej różnicy było m.in. całkowite wyłączenie z gry Damiana Warchoła, który przez większość meczu był niewidoczny.
Brak wsparcia ze strony Arnaua Ortiza, który nie angażował się w defensywę, sprawił z kolei, że Marc Llinares był zmuszony częściej pozostawać z tyłu i nie miał okazji włączać się do akcji ofensywnych.
Dużo swobody mieli natomiast boczni obrońcy Wieczystej, nie tylko aktywnie uczestniczyli w atakach, ale również znajdowali się w czołówce zawodników z największą liczbą podań, operując przy tym ze skutecznością ponad 80%.
Na tle całej drużyny słabiej zaprezentował się Piotr Samiec-Talar, który, choć ambitny, w środku pola sprawiał wrażenie zawodnika zagubionego:
- wykonał 20 podań ze skutecznością zaledwie 60%,
- podjął aż 19 pojedynków na ziemi, z których wygrał tylko 4.
Mimo tych trudności, to właśnie on był jednym z nielicznych graczy Śląska, którzy potrafili stworzyć zagrożenie, jak choćby w 48 minucie, kiedy bardzo dobrze wypatrzył Tommaso Guercio i uruchomił go ekwilibrystycznym podaniem.
Zostań redaktorem Śląsknetu!
Kliknij w poniższy baner i sprawdź szczegóły
ŻUKOWSKI NIEDOCENIANY?
Według wielu opinii oglądających piątkowy mecz, występ Mateusza Żukowskiego nie był niczym szczególnym - to oczywiście tylko delikatna parafraza. Liczby mówią zupełnie co innego. Skrzydłowy Śląska:
- podjął 6 dryblingów i co najważniejsze wszystkie zakończył powodzeniem,
- był najczęściej dryblującym zawodnikiem na boisku,
- i również najczęściej faulowanym - rywale zatrzymywali go nieprzepisowo aż 5 razy, co znacząco odróżnia go od pozostałych piłkarzy (np. Patryk Sokołowski, Michał Pazdan, Kamil Dankowski – faulowani byli po 2 razy).
Żukowski podjął także 11 pojedynków na ziemi, z czego 8 wygrał, był w tym aspekcie najskuteczniejszy w całym meczu. Defensywa? Zero błędów – 4 udane interwencje, ani razu nie został przedryblowany.
Oczywiście nie można pominąć sytuacji z 33 minuty, kiedy po prostu musiał oddać piłkę koledze będącemu na lepszej pozycji, co powinno skończyć się bramką na 2:0. Postawa Żukowskiego oceniania jest przede wszystkim przez pryzmat właśnie tego zagrania. Mimo to, na tle reszty ofensywy – Ortiza, Warchoła czy zmienników (Maksymilian Dziuba, Jehor Szarabura, Przemysław Banaszak), Żukowski był najbardziej aktywny.
źródło: TVP Sport
REZERWOWI BEZ BŁYSKU – CO SIĘ STAŁO PO ZMIANACH?
W drugiej połowie obraz gry Śląska wyraźnie się pogorszył, a jedną z głównych przyczyn była jakość zmian. Zawodnicy wprowadzeni z ławki nie tylko nie poprawili sytuacji, ale wręcz osłabili rytm zespołu i rozbili jego strukturę.
Jednym z pierwszych rezerwowych był Dziuba, który pojawił się na murawie w 65 minucie. Zaliczył zaledwie dwa podania i oddał jeden strzał, niestety wysoko ponad bramką. Zanotował tylko jeden pojedynek, który w dodatku przegrał.
W tej samej minucie wszedł także Szarabura, który w ofensywie był całkowicie niewidoczny. Zaledwie pięć prób podań i aż osiem pojedynków na ziemi, z których tylko jeden zakończył się sukcesem, nie świadczą najlepiej o jego wpływie na grę.
Trzy minuty później boisko opuścił Żukowski, a jego miejsce zajął Jakub Jezierski. W jego grze widać było chęć podjęcia ryzyka, zanotował jeden udany drybling, a z 13 podań aż 10 trafiło do adresata. Choć defensywnie przydarzyły mu się dwa momenty słabości, w których został przedryblowany, to jednak starał się brać udział w grze i nie unikał pojedynków.
W końcówce meczu na placu gry pojawili się jeszcze Macenko i Banaszak, obaj w 78 minucie. Pierwszy był praktycznie niewidoczny: zaliczył dwa podania, z czego tylko jedno celne, a w jedynym pojedynku został pokonany. Banaszak zaś miał jedną interwencję w defensywie, ale popełnił też błąd, który doprowadził do groźnej sytuacji pod bramką Śląska. Co prawda wygrał dwa z czterech pojedynków powietrznych, lecz wszystkie trzy na ziemi przegrał.
Wnioski są proste: zmiennicy, może poza momentami Jezierskiego, nie wnieśli żadnej wartości dodanej. Ich gra była bierna, pełna niedokładności i bez wpływu na tempo czy intensywność. To właśnie po roszadach Śląsk zaczął tracić kontrolę nad meczem i dał się zepchnąć do defensywy.
KTO SIĘ WYRÓŻNIŁ?
Mimo przeciętnego wyniku i nie najlepszej gry zespołu w drugiej połowie, kilku zawodników Śląska może być zadowolonych ze swojego występu. Jednym z nich był Marko Dijaković, który zdominował środek defensywy:
- Wykonał aż osiem skutecznych akcji obronnych i ani razu nie dał się przedryblować, co w obecnych realiach gry z zespołem ofensywnym, jakim okazała się Wieczysta, jest wynikiem więcej niż solidnym.
- Dodatkowo zagrał 22 celne podania, w tym trzy długie, również bezbłędnie, a także wygrał wszystkie pięć pojedynków główkowych.
Niestety, jego występ nie był wolny od cienia, w końcówce spotkania piłka niefortunnie trafiła go w rękę w polu karnym, co skutkowało jedenastką dla gospodarzy i bramką wyrównującą.
Kolejnym wyróżniającym się graczem był Patryk Sokołowski, który nie tylko strzelił gola dającego ostatecznie punkt, ale był też:
- liderem pod względem liczby podań – wykonał ich aż 48, z czego 39 było celnych,
- trzykrotnie skutecznie rozrzucał grę długimi podaniami,
- w pojedynkach powietrznych był jednym z najskuteczniejszych, bo wygrał ich pięć z dziewięciu starć.
Warto również podkreślić, że jako środkowy pomocnik, operujący w newralgicznej strefie, przez cały mecz nie popełnił ani jednego faulu, co tylko potwierdza jego dobrą kontrolę i wyczucie.
Na osobne wyróżnienie zasługuje Michał Szromnik – bez wątpienia najlepszy zawodnik Śląska w tym spotkaniu. Bramkarz wrocławian był nie tylko pewnym punktem między słupkami, ale wręcz kluczową postacią, która uchroniła zespół przed porażką. Zanotował aż siedem interwencji, z czego cztery to tzw. „big saves” – sytuacje, które mogły spokojnie zakończyć się bramkami. Dzięki jego czujności i refleksowi, Śląsk zdołał walczyć o zwycięstwo do końcowego gwizdka.