Białoszewska: Wyjazd do Hiszpanii nie był strzałem w dziesiątkę (WYWIAD)

20.09.2025 (12:00) | Marcin Sapuń

fot.: Michał Stawarz

Była pierwszą piłkarką Śląska, która została wytransferowana za granicę. W kwietniu 2025 roku wróciła do gry po zerwaniu więzadeł. Katarzyna Białoszewska w najnowszym wywiadzie opowiedziała nam m.in. o swoim krótkim pobycie w Hiszpanii, kontuzji, a także róznicach między polskim a hiszpańskim futbolem. Nie zabrakło też wątków śląskowych.



 

Po pięciu kolejkach tego sezonu macie na swoim koncie sześć punktów. Jak odbieracie ten wynik? Wydaje się, że może nie być satysfakcjonujący, biorąc pod uwagę również fakt, że ostatnie dwie porażki były po 0:1. 

Na pewno apetyt punktowy był dużo większy, zwłaszcza że nie grałyśmy jeszcze z tak naprawdę z topowymi zespołami tej ligi. Ostatnie dwa mecze bardzo bolą, bo tak jak wspomniałeś, była to tylko jedna bramka różnicy, abstrahując już od tego, że mecz z Rekordem nie miał za mało wspólnego z futbole, gdy gra się 9 na 10. Zgadzam się, że tych punktów powinno być zdecydowanie więcej. Nie szukam tu jednak jakichś wymówek. Taki jest futbol i ważne, żeby wyciągnąć wnioski i zdobywać punkty w kolejnych spotkaniach. 

Ten ostatni mecz z Rekordem Bielsko-Biała też na pewno zapadnie ci w pamięci za sprawą czerwonej kartki. Jak sprawdzałem, to chyba twoja pierwsza czerwień w karierze. 

Tak, to była pierwsza czerwona kartka w życiu, chociaż z mojej perspektywy była ona taka bardziej pomarańczowa. Gdyby sędzina dała mi żółtą, też by się nic wielkiego nie stało, bo tak naprawdę nie dotknęłam rywalki. Ostatecznie żadna krzywda się jej nie stała, aczkolwiek była to jakaś sytuacja niebezpieczna z perspektywy boiska i trybun, więc biorę to na siebie. Zaryzykowałam, chcąc wejść w piłkę i zawodniczka Rekordu włożyła głowę i się stało. Natomiast nie byłam jedyną piłkarką, która w tym meczu wyleciała z boiska.

To było szalone spotkanie. 

Właśnie, moja kartka mogła być zasłużona, ale te poprzednie już nie za bardzo.

Fot.: Adriana Ficek/slaskwroclaw.pl
Fot.: Adriana Ficek/slaskwroclaw.pl

Nad czym musicie jeszcze więcej popracować w kolejnych spotkaniach, by zacząć wygrywać? 

Wydaje mi się, że po prostu strzelamy za mało bramek. Taktycznie jesteśmy dobrze poukładane, ale nie mam zbyt wiele sytuacji bramkowych, co później rzutuje na wynik spotkania. Jeśli nie tworzymy tych sytuacji, nie strzelamy, to z automatu często musimy gonić wynik. Te sytuacje są kluczowe, bo taktycznie i w obronie wyglądamy dość solidnie, przynajmniej tak mówi trener. 

W kwietniu wróciłaś do gry po groźnej kontuzji, zerwania więzadeł. Jak do tego doszło? 

To był też mecz z Rekordem. Padał deszcz, warunki były podobne do tych z zeszłej kolejki, przez co wróciły wspomnienia. To był tak naprawdę totalny pech. Poślizgnęłam się, kolano mi uciekło i zerwałam więzadła. Wydawać się mogło, że mając już tyle lat, ile mam, kolana są ze stali i nic takiego się nie wydarzy. Tu zadecydował ułamek sekundy. Powrót po kontuzji był ciężki, bo sama rehabilitacja nie jest aż tak przerażająca, jak wejście z powrotem na tryb typowo piłkarski. Trzeba było oczyścić głowę, zacząć grać, nie bać się wejść w kontakt itd. Wydaje mi się, że przeszłam to wszystko w miarę sprawnie, aczkolwiek nie oszukujmy się, kolano nie będzie już takie, jak było. Trzeba teraz jeszcze bardziej o siebie dbać, więcej się regenerować i doprowadzić mięśnie do użytku. 

Nie grałaś w piłkę przez rok. Rehabilitacja to jedno, a jak radziłaś sobie pod kątem mentalnym z tą całą sytuacją? 

Początki były ciężkie, bo przez kontuzję nie mogłam zagrać w finale Pucharu Polski. Nie ukrywam, że zawsze to było moje marzenie, by w takim wydarzeniu wziąć udział, a jak na złość rozwaliłam się przed półfinałem. Mnie wtedy nie boisku nie było i to mnie najbardziej wówczas uderzyło. Serduszko się trochę łamało, gdy dziewczyny w tym finale zagrały, ale też nie jestem osobą, która z całej takiej sytuacji się rozpłacze, czy będzie się użalać nad sobą.

Po twoim powrocie na boisko zagrałaś jeszcze dwa mecze w poprzednim sezonie i w jednym z nich zdobyłaś bramkę na wagę zwycięstwa. To był chyba dla ciebie ważny moment i bodziec do dalszej pracy. 

Tak, czuję się dobrze i ciesze się, jak mogę wejść z ławki, czy wystąpić od pierwszej minuty i mieć swój udział w wygranym spotkaniu. Mimo że jestem napastniczką, to strzelanie nie jest aż tak ważne, jak zwycięstwo. Przekładam dobro drużyny nad swoje, bo chcę po prostu wygrywać, a to, czy strzelę gola, czy zaliczę asystę, nie ma dla mnie znaczenia.

W czerwcu przedłużyłaś swój kontrakt ze Śląskiem do końca obecnego sezonu. Czy najbardziej do tej decyzji skłoniło cię to, że Wrocław jest dla ciebie najlepszym środowiskiem do odbudowy po kontuzji? 

Ja ogólnie mam też już myśli, że raczej mi już bliżej niż dalej do zakończenia kariery. Trochę się już najeździłam i moja decyzja wiązała się z tym, że Śląsk to środowisko, które dobrze znam i będzie najlepsze, by wrócić i dobrze poczuć się na boisku. Czy była ona dobra, przekonamy się w czerwcu, ale liczę na to, że tak. Mam już gdzieś w głowie, żeby powoli kończyć karierę i nie mam już sił na to, by jeździć po Polsce, nie mówiąc już o zagranicy. Ja już swoje zobaczyłam, swoje na koncie mam i skłaniam się ku temu, by gdzieś się osiedlić na stałe, mieć swoją stabilizację, więc dlatego też zostałam w Śląsku. 

Wspomniałaś o wojażach, więc chciałbym przejść do tematu twojego transferu ze Śląska do Sportingu Huelva. Jaka była twoja reakcja na ofertę z Hiszpanii? 

Zaskoczę cię, ale byłam zła. Nie była to jakaś ogromna radość, czy zaszczyt. Nie patrzyłam na to pod tym kątem, bo wiedziałam, że muszę skorzystać z tej oferty z racji tego, że to jest na pewno ostatni dzwonek na zagraniczny transfer. Dla mnie tamten okres przed wyjazdem był naprawdę dobry i dobrze czułam się w Śląsku, w którym zagrałam fajny sezon. Wiedziałam, że mogę wycisnąć siebie jeszcze więcej w tamtej drużynie, a tak naprawdę rzuciłam się na głęboką wodę z racji tego, żeby później nie pluć sobie w brodę. 

Dziś już wiemy, że ta kobieca intuicja podpowiadała mi dobrze, bo to nie był strzał w dziesiątkę. Natomiast wychodzę z założenia, że to, co zobaczyłam, to moje. Poznałam fajnych ludzi, zobaczyłam fajne miejsca. Podjęłam ryzyko, nie wystraszyłam się nowego wyzwania. Nie wyszło tak, jakbym chciała, ale to jest tak jak w życiu, tzn. loteria. Czasami lepiej żałować, że coś się zrobiło niż na odwrót. Dlatego tak się stało, jak się stało, a że wszystko w życiu dzieje się po coś, to wróciłam do Śląska.  

W Hiszpanii spędziłaś tylko pół roku i tam też nabawiłaś się urazu. 

Tak, cały fakt powrotu zaczął się od tego, że miałam uraz. Naderwałam więzadła poboczne i myślę, że teraz mogę już powiedzieć, że nie podobał mi się sposób leczenia. Odnosiłam wrażenie, że fizjoterapeuci robią mi więcej krzywdy, niż pomagają, tym bardziej że z racji wieku i doświadczenia, wiem, co się robi na pewnym etapie danej kontuzji. To był taki pierwszy bodziec do tego, żeby wrócić. Kontuzja ciągnęła się i stwierdziłam, że wracam do Polski, by doprowadzić się do porządku. Tak też się stało, a czy później drugie kolano było pokłosiem sytuacji z Hiszpanii, można gdybać.

Czujesz rozczarowanie, że ta cała przygoda w Huelvie potoczyła się tak, a nie inaczej? 

Był to krótki pobyt, ale na tyle intensywny, że bardzo dużo rzeczy mnie nauczył. Doceniłam wiele rzeczy, ludzi i to, co mam tak naprawdę. Człowiek jedzie, jest tam pozostawiony sobie w innym kraju. Po angielsku tam mówił mało kto, a ja po hiszpańsku nie potrafiłam rozmawiać. Była to dla mnie życiowa lekcja, bardziej niż piłkarska. Zobaczyłem bardzo dużo fajnych rzeczy, zagrałam z kobietami, które otrzymywały złotą piłkę, to już jest coś fajnego. Na tę chwilę cieszę się, że tak się stało, bo powtórzę, że była to dla mnie życiowa lekcja.

A co wywarło na tobie największe wrażenie w hiszpańskim futbolu? 

Na pewno szybkość gry i ta hiszpańska tiki-taka. Nie mówię, że wszystkie drużyny tak grają, ale kobiety są tam dobrze wyszkolone technicznie i powiedziałabym, że nie ma tam takich przestojów w grze jak w Polsce. Dziewczyny są bardzo wytrzymałe, ale to chyba też z racji tego, że ich organizmy są przyzwyczajone do takich dość ekstremalnych warunków. Sam pobyt na początku był dla mnie koszmarem ze względu na wysokie temperatury. Nie mogłam jeść, spać, ponieważ był to jednak duży szok dla organizmu. Wychodziliśmy na trening o 11:00 przy 30-40 stopniach na dworze i to jeszcze na sztucznej murawie, po których stopy były po prostu odparzone. Tamtejsze dziewczyny były zahartowane i dla nich gra przy takim upale to coś normalnego, a dla nas to tak trochę walka o życie powiedziałabym.

A jak postrzeganie kobiecego futbolu przez kibiców w Hiszpanii różni się od tego w Polsce? 

Sportingowi Huelva kibicowało całe miasto i było to dla mnie nawet miejscami uciążliwe. Wychodząc na ulicę, czy do sklepu, zaczepiali mnie kibice i chcieli porozmawiać lub zrobić sobie zdjęcie. Było to dla mnie uciążliwe, bo zdecydowanie wolę pozostać osobą anonimową i nie lubię, jak ktoś na mnie patrzy i nie mogę w spokoju np. zjeść czegoś w restauracji. Natomiast jest to też niesamowite, jak ludzie tym futbolem tam żyją. To ogromna przepaść w stosunku do Polski i dzięki temu wydaje mi się, że piłka jest tam na tak wysokim poziomie - są kibice, pieniądze oraz rozwój. My w Polsce niestety wciąż raczkujemy. Jest nieco lepiej, ale też nie ma co mydlić oczu, jesteśmy jeszcze daleko pod względem poziomu ligi. 

A jak zmieniła się organizacja kobiecej piłki w Śląsku Wrocław od 2022 roku, kiedy to po raz pierwszy dołączyłaś do WKS-u? 

Na pewno we Wrocławiu inwestuje się w kobiety i nie boi się tego robić. Są założenia budżet i tu stawia się na tę piłkę kobiecą. Rozmawiam z dziewczynami z innych klubów i tu w Śląsku jest naprawdę dobrze pod kątem organizacji. Mamy dostępne normalnie odnowę, posiłki pomeczowe, koszulki itd. Jest to na wysokim poziomie, ale jak wszędzie, zawsze można się jeszcze bardziej rozwinąć i na pewno panowie, którzy się tym zajmują, mają tego świadomość i wiem, że w przyszłości na pewno będzie lepiej.

Były jakieś obawy u was w zespole, że spadek pierwszej drużyny męskiej z Ekstraklasy odbije się jakoś na was? 

Tak, myślałyśmy, że dużo bardziej się to na nas odbije, ale ja na przykład ze swojej perspektywy nie odczułam tego za bardzo. 

Podczas naszej rozmowy wspominałaś kilka razy, że jest już coraz bliżej zawieszenia przez ciebie butów na kołku. Masz już wykreowany plan na siebie po zakończeniu kariery? 

Mam pewne plany, ale na razie nie chcę ich zdradzać. Zawsze jest też ten plan B, bo nigdy nie wiadomo, jak się nasze życie potoczy. Jest dużo do myślenia i aspektów do poruszenia, żeby się ten plan ziścił.

A myślałaś może o trenerce? 

Wychodzę z założenia, że nie każdy piłkarz, nie każda piłkarka ma dryg do bycia trenerem/trenerką. Ludzie, którzy mnie szkolili na różnych kursach, mówili, że ja to niby mam, ale mnie to osobiście męczy. Mogłabym poprowadzić jedną drużynę, na przykład dziecięcą, bo to byłby dla mnie fun. Natomiast nie chciałabym się angażować w to aż tak bardzo profesjonalnie, by prowadzić drużynę np. w Ekstralidze. To nie jest dla mnie i tego jestem pewna. 

Na zakończenie, jakie masz indywidualne cele na ten sezon? 

Moim indywidualnym celem jest to, że chcę grać jak najwięcej, ponieważ tego potrzebuję. Przez kontuzję było tego bardzo mało w ostatnim czasie. Wierzę, że jeśli będę łapać coraz więcej minut, to wejdę na swój topowy poziom, w którym będę strzelać i będę przydatna drużynie.

Fot.: Adriana Ficek/slaskwroclaw.pl
Fot.: Adriana Ficek/slaskwroclaw.pl








Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet na kanale WhatsApp. Odwiedź nas także na Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.