Chłodnym okiem: Wojna warszawsko-wrocławska

04.06.2013 (22:09) | Adam Osiński
Bitwę wygrała Legia. Wyraźnie, przez nokaut, jak ponad rok temu we Wrocławiu. Tamten wynik wskazał pewniaka do tytułu, ale nowego mistrza obwołano wówczas za wcześnie. Teraz pięć goli wpakowanych Śląskowi przypieczętowało jej sukces. I nagle futbolową Polskę ogarnęła euforia – w końcu jest zespół na miarę marzeń o Lidze Mistrzów, który krajowe rozgrywki zdominuje na lata. Nie ma co dyskutować – zespół Jana Urbana wygrał ligę zasłużenie i jest mocniejszy niż mistrz sprzed roku. Pokazuje to wyraźnie liczba punktów i stosunek bramek. Ale robienie z Legii od razu hegemona to gruba przesada. Sezon 2012/2013 się skończył i w nagrodę za dokonania cztery drużyny zagrają w pucharach. Przy furze szczęścia może wstydu się nie najedzą. Wkrótce przyjdzie jednak pora na nowe rozdanie. Historia pokazuje, że mistrz Polski w kolejnych rozgrywkach zalicza obsuwę w okolice środka tabeli. Dlatego władze Legii muszą uważać, żeby nie rozbić zespołu.


 

To rzuca też światło na wynik Śląska – brązowy medal nie jest powodem do wybrzydzania. Zresztą spójrzmy na osiągnięcia wrocławian w spotkaniach z nowym mistrzem. W trakcie całego sezonu było takich pięć i trzy z nich zakończyło się wygraną Śląska (choć jedno po rzutach karnych). Gdyby wyjąć ze statystyk baty, jakie WKS dostał rok temu u siebie, przed niedzielnym meczem można by napisać, że Legia ma kompleks Śląska. W studio Canal+ Krzysztof Przytuła mówił nawet wprost, że to wrocławianie grają obecnie piłkę lepszą od Legii – bardziej poukładaną, szybszą, wręcz po europejsku. Teraz najprościej się z tego śmiać i rozczulać nad grą drużyny z Łazienkowskiej. Warszawianie zdobyli przecież dublet, a rezultat 5:0 przegonił (póki co) wszystkie legijne demony. Od lipca piłka znów będzie jednak w grze.



Wojna warszawsko-wrocławska trwa i nie jest przesądzone, że ten okres po latach będzie wspominany jako supremacja Legii. Co prawda wmieszał się w tę walkę najpierw Ruch Chorzów, teraz Lech Poznań, lecz ostatnie dwa lata odbieram (może to tylko taka lokalna perspektywa) jako przeciąganie liny między Legią a Śląskiem – raz my ich, innym razem oni nas. Na werdykt jest jeszcze za wcześnie. Owszem, przed eliminacjami Champions League korzystniejszą sytuację ma Legia – awans (któregokolwiek) polskiego klubu do LM to zastrzyk finansowy, który umożliwi sukcesy na lata. Ale o tym wszyscy mówią od siedemnastu lat, tymczasem efektem przystąpienia kolejnych mistrzów do eliminacji jest tylko kryzys niemal każdego z nich. A próbowały już drużyny chwalone od Legii chyba nawet bardziej – Wisła i Lech. Tymczasem zamiast sukcesów wspominamy kluby pokroju Levadii Tallin – synonimy futbolowej klęski made in Poland. Jeśli nic się nie zmieni, zapomnijmy o dominacji Legii – dalej będziemy mieć ligę, w której każdy może wygrać z każdym. Nawet z mistrzem.