Fratelli d'Italia (DZIEŃ NA EURO)

07.07.2021 (09:00) | Dominik Szpik
uploads/images/2021/5/euro2020_logo_60aabb62a9719.jpg

fot.: UEFA

Dominacja Hiszpanów, zabójcze kontry Włochów i gra psychologiczna w konkursie rzutów karnych. Mecz, który mógłby być finałem, dostarczył nam wszystkiego, czego oczekujemy od takich spotkań. Dzisiaj można spokojnie odświeżyć znane powiedzenie Garry'ego Linekera: piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Włosi. Italia po bramce Federico Chiesy i wygranym konkursie rzutów karnych pokonuje Hiszpanów i melduje się w finale Euro 2020. 



 

W pierwszej połowie oglądaliśmy fenomenalny pojedynek taktyczny Mancini kontra Enrique, z którego zwycięsko wychodzili Hiszpanie. Prym wiódł zdecydowanie Dani Olmo, który, mimo iż nie wykorzystał trzech stuprocentowych okazji do zdobycia bramki, był najaktywniejszym obok Oyarzabala ofensywnym zawodnikiem swojej drużyny. Włosi cierpieli przez pierwsze 45 minut kompletnie odcięci od posiadania piłki, przez co zmuszeni byli do ryglowania szyków defensywnych. Nie przeszkodziło to jednak w wypracowaniu dwóch dogodnych sytuacji głównie za sprawą Emersona. Zastępujący Spinazzolę lewy obrońca Chelsea najpierw wykorzystał błąd Simona, który zostawił pustą bramkę i wystawił futbolówkę do Immobile. Ten jednak za długo zwlekał napierany przez obrońców z dograniem do Barelli i akcja spaliła na panewce. Drugim razem świetnie wystawił Emersonowi piłkę Insignie, a ten z ostrego kąta huknął w spojenie bramki. Emocji nie brakowało, a temperaturę spotkania podgrzewał arbiter Felix Brych swoimi opóźnionymi i nie raz kontrowersyjnymi decyzjami.

Druga połowa to już prawdziwy koncert obu ekip. Wysokie tempo rozgrywania, szaleńcza szybkość na skrzydłach Chiesy i Insignie, 100% dokładności podań Pedriego i grający swój najlepszy mecz na tym turnieju Dani Olmo. Wszystko to oczywiście pod batutą Hiszpanów, którzy mieli nie tylko optyczną przewagę, ale tez byli częściej przy piłce oraz oddawali więcej strzałów. Włosi jakby nic sobie z tego nie robili i w końcu po jednej z kontr i niedokładnym przyjęciu Immobile do piłki dopadł wspomniany wcześniej Chiesa. Zrobił on najbardziej oczywistą rzecz, jaką mógł zrobić, czyli zejście do środka i strzał po długim rogu, lecz i tak zaskoczył Laporte’a i Garcie. W 60 minucie Unai Simon skapitulował, a Chiesa wprowadził w zachwyt połowę kibiców na Wembley i cały naród włoski. Mancini po objęciu tego prowadzenia chciał go za wszelką cenę bronić, co zemściło się pod koniec spotkania. W 80. minucie klepką pograli wchodzący z ławki Morata i Olmo i choć obronę squadra azzurra po tym meczu należy chwalić, to ten jeden błąd był fatalny w skutkach. Morata przedarł się przez linię defensywy z dużą łatwością i nie dał szans Donnarummie. Wszystko prowadziło do dogrywki, która wkrótce stała się faktem. Hiszpanie już 3 raz z rzędu musieli walczyć o zwycięstwo w dodatkowym czasie i podobnie jak wcześniej sama dogrywka nie wyłoniła zwycięzcy.

Tak, te rzuty karne zasługują na osobny akapit, bo jak tu się nimi nie zachwycać? Hiszpanie skupieni, Enrique z poważną miną pokrzykuje na swoich piłkarzy, każdy ma w oczach strach i zwątpienie, Unai Simon wydaje się nie słuchać kolegów z zespołu i rozgrywa w głowie własną batalię z samym sobą, żeby w ogóle stanąć w bramce. Morata wydaje się mówić Enrique, że nie boi się i uderzy karnego, na co trener się zgadza. Wszystko w sztywnej, spiętej atmosferze przy dużym braku pewności siebie. Włosi z kolei chodzili uśmiechnięci, zmotywowani w dobrym tego słowa znaczeniu i przede wszystkim pewni siebie. Donnarumma podbródek nosił tak wysoko, jakby miał nim dotknąć księżyca, Chiellini jako kapitan przy losowaniu żartował sobie na luzie z sędziami i Jordi Albą, jak stary wujek ze swoim szwagrem na weselu przy stoliku z bimbrem domowej roboty. Kapitan Hiszpanów wydawał się mocno zdezorientowany tą sytuacją i choć nie chciał dać tego po sobie poznać, rywal wszedł mu do głowy. Bańka pewności siebie Włochów mogła pęknąć po pierwszym karnym uderzanym przez Locatellego. Zawodnik Sassuolo oddał za lekki strzał, z którym poradził sobie Simon. Następny podszedł do piłki Dani Olmo, który wnioskując po jego minie, już wyobrażał sobie zwycięstwo i odbieranie statuetki Man of the Match, jednak fatalnie przestrzelił, nie trafiając nawet w bramkę. Pozostali strzelcy poradzili sobie ze swoimi karnymi, aż w końcu trafiło na Alvaro Moratę. Faceta znanego ze słabej psychiki i nieumiejętności dźwigania presji. Gdy taki gość dostaje ostatniego, decydującego karnego to nie może się dobrze skończyć. I nie skończyło. Morata nie trafił. Później Jorginho wykorzystał swoją jedenastkę na spokoju, z totalną bezczelnością wypuścił Simona w nie ten róg co trzeba i stało się. Najpiękniejsza drużyna tego turnieju awansowała do finału.

ZOBACZ też: Pucharowe starty Śląska w XXI wieku