Hetel: Mój układ z trenerem Dymkowskim nie zadziałał i nie pomógł (WYWIAD)
22.10.2025 (16:00) | Marcin Sapuńfot.: Miłosz Ślusarenko
W trakcie przerwy reprezentacyjnej porozmawialiśmy ze szkoleniowcem rezerw, Michałem Hetelem, dla którego poprzedni sezon był na pewno emocjonujący. Awans i gra w II lidze, przejęcie pierwszego zespołu Śląska w kryzysowym momencie, tarcia wewnątrz sztabu - o tym między innymi przeczytacie w naszym najnowszym wywiadzie.
Rozmowa została przeprowadzona przed spotkaniem z Sokołem Kleczew w ramach 13. kolejki II ligi.
Jesteśmy już po 1/3 sezonu. Jak oceniłby pan grę i wyniki swojego zespołu w tych spotkaniach?
Widać pewną sinusoidę w naszych meczach, w tym również w tych lepszych w naszym wykonaniu. Oczywiście nie zawsze dobra gra przekuwała się na wyniki i zwycięstwa, ale zdarzały się nam też słabsze mecze i słabsze fragmenty spotkań. II liga to wyższy poziom rozgrywkowy, więc te gorsze momenty więcej kosztują.
Czy koncentracja to ten aspekt, który musicie teraz poprawić? W dwóch ostatnich meczach traciliście gole w doliczonym czasie gry, które kosztowały was utratę punktów.
Zawsze można powiedzieć, że to koncentracja, ponieważ w ostatnich minutach nikt nie chce tracić bramek, ale też ta gra musi być dużo lepsza, bo później skutkuje to tym, że nie kontrolujemy spotkania i pozwalamy rywalowi napędzać się w ostatnim kwadransie. Podsumowując, ważna jest koncentracja, lepsza gra i większa kontrola meczu. Jeśli to poprawimy, takie sytuacje będą się rzadziej zdarzały.
Natomiast w tym sezonie nie brakowało też charakteru w pańskiej ekipie. Jeśli spojrzymy sobie na zwycięstwa, zauważymy, że za każdym razem udało się wam odwrócić losy meczu.
Tak, wcześniej to my odwracaliśmy spotkania na naszą korzyść, a w dwóch ostatnich meczach się nie udało. W rywalizacji z Podhalem był wynik remisowy i dopiero w ostatniej akcji padła bramka, a ostatnio z Unią Skierniewice to my prowadziliśmy, więc jest to inna historia. Na pewno pokazaliśmy, że pomimo niekorzystnego rezultatu, jesteśmy w stanie wygrywać. Mam nadzieję, że będziemy w stanie ustabilizować formę i bardziej kontrolować spotkania, by wynik był częściej pod naszą kontrolą.
Mówił już pan o wyższym poziomie w II lidze, ale czego spodziewał się pan po tych rozgrywkach? Jak ta liga wygląda z pana perspektywy?
Spodziewałem się, że będzie to wyższy poziom, ale możemy na nim normalnie rywalizować i punktować. Mamy dużo młodych zawodników, skład się często zmienia przez różne czynniki, takie jak urazy i "spadki" z pierwszego zespołu. Oczywiście nie każdy z tych piłkarzy jest w stanie regularnie grać bardzo dobrze na tym poziomie, więc niektórzy muszą jeszcze popracować.
Czy przedstawiono przed panem jakiś konkretny cel sportowy na ten sezon?
Nie było takiej rozmowy na temat celów zespołowych. Kluczem i najważniejszą rzeczą jest wprowadzenie zawodników do pracy z pierwszym zespołem, ale musimy być też ambitni. Uważam, że ten poziom rozgrywkowy przy dobrym i mądrym prowadzeniu zespołu, może być pomocny dla tych zdolnych zawodników, aby zrobić kolejny krok w celu obecności bliżej pierwszego zespołu i też Ekstraklasy, bo wierzę, że Śląskowi uda się ten awans uzyskać.
Jaki jest status kontuzjowanych piłkarzy? Kiedy możemy spodziewać się ich powrotu do treningów?
Oskar Gerstenstein jest już powoli wprowadzany do treningu i wykonuje część ćwiczeń z piłką, ale nie jest to jeszcze trening zespołowy na pełnej intensywności. Jest też Szymon Rygiel, który nabawił się poważnej kontuzji pęknięcia żuchwy, więc nie wiem, by w tej rundzie jeszcze zagrał. Mamy też kłopot z Hubertem Muszyńskim. Jeśli chodzi o jego kontuzję, on ostatnio wrócił, ale znów poczuł ból i teraz staramy się przywrócić go do zdrowia, by mógł zagrać, gdy będzie na 100% wyleczony. Nie chcemy ryzykować, aby nie powtórzyła się sytuacja, że zaraz znowu nam wypadnie. Straciliśmy dwóch stoperów, którzy w poprzednim sezonie byli podstawowymi zawodnikami i przyczynili się do awansu. W tym momencie mają kontuzje i jest to szansa dla innych zawodników. Więcej minut grają ostatnio Ołeksandr Hawryłenko, czy Mateusz Cegliński, obserwujemy też zawodników z juniorów.
Nie będzie wam teraz brakować takich doświadczonych wiekowo graczy? Patrząc na obecną kadrę, jedynym piłkarzem powyżej 25. roku życia, jest właśnie kontuzjowany Muszyński.
Hubert Muszyński jest takim starszym zawodnikiem w naszej kadrze, ale mamy też graczy z roczników 2003 (Szymon Rygiel), 2002 (Gracjan Korytkowski), czy 2001 (Wiktor Niewiarowski). Reszta piłkarzy to już młodsze roczniki. Nie sprawdzałem tego dokładnie, ale jeśli chodzi o kadrę meczową, mieliśmy chyba najmłodszy skład w II lidze. Zespoły rezerw mają to do siebie, że grają w nich młodzi zawodnicy, wystarczy spojrzeć też na ŁKS II Łódź. Z oczywistych względów drugiego zespołu nie mamy dużo starszych piłkarzy, ale na pewno to doświadczenie jest tutaj potrzebne i zwłaszcza w trudnych momentach pomaga. Nie możemy jednak szukać wymówek i zwalać na wiek. Jeśli nasi zawodnicy chcą grać na dobrym poziomie, wyższym niż druga liga, to muszą sobie poradzić.
W pomeczowych rozmowach mówi pan dość często, że potraficie wykreować sobie sytuacje, ale problemy pojawiają się, by zamienić je na gole. Zastanawiam się, czy rezerwom nie potrzeba bramkostrzelnego napastnika. Takim dwa sezony temu był Jakub Lutostański, a jeszcze wcześniej np. Sebastian Bergier.
Jest to na pewno newralgiczna pozycja i nie ma co ukrywać, że jak masz bramkostrzelnego napastnika, jest to bardzo duża zaleta. Podał pan przykład Kuby Lutostańskiego i zgadzam się, że była to ważna różnica bramkowa jeśli chodzi o pozycję numer dziewięć. W zeszłym sezonie, który zakończył się awansem, najwięcej goli strzelił Jehor Szarabura, a za nim był Michał Milewski, Simon Schierack, czy właśnie nasz napastnik Wiktor Kamiński. Te bramki rozłożyły się po całym zespole, a bez regularnie strzelającego napastnika nie jest tak łatwo awansować. Gdybyśmy sobie przeanalizowali zespoły, które osiągały sukcesy, mieli wyrazistych snajperów i widać to nawet teraz w pierwszym zespole Śląska, gdzie Przemysław Banaszak i Damian Warchoł zamieniają swoje sytuacje na gole. Pracujemy z naszymi napastnikami i staramy się, by tych bramek było więcej i mam nadzieję, że taki też będzie efekt. Padł tu też przykład Sebastiana Bergiera i pamiętam, jak był ważnym ogniwem w rezerwach. Jeśli masz tego napastnika, jest to różnica, która często powoduje, że jesteś wyżej w tabeli.
Jak oceniłby pan letnie transfery rezerw?
W naszym zespole pojawiło się trzech nowych piłkarzy - Wiktor Niewiarowski, Kamil Rutowski i Miłosz Kurowski. Trzy wzmocnienia i trzech ciekawych graczy. Miłosz Kurowski złapał uraz na początku, więc teraz wraca do swojej dyspozycji i wierzę, że będzie mocnym wzmocnieniem, bo ostatnio wrócił do wyjściowej jedenastki i w spotkaniu z Unią Skierniewice asystował przy golu właśnie Niewiarowskiego, który ma sporo jakości i również jest bardzo dużym wzmocnieniem naszego składu. Zobaczymy, jak będą pracować i mam nadzieję, że pomogą nam w tym sezonie.
A brakuje panu w drużynie Bartosza Szywały, który odszedł latem do Slavii Praga?
Tak naprawdę dla Bartosza Szywały poprzedni sezon był pierwszym w seniorach. To był bardzo młody chłopak, więc na poziomie III ligi nie robił znaczącej różnicy, żeby to bardzo wpływało na zespół. Oczywiście, naszym celem było mu pomóc, ponieważ jest to zawodnik z możliwością dużego rozwoju, ale w poprzednich rozgrywkach to zespół więcej pomagał jemu niż na odwrót.
W tym sezonie mamy kilka przykładów graczy, którzy niedawno grali w rezerwach, a dziś są częścią pierwszego zespołu Śląska. Jednym z nich jest na przykład Jehor Szarabura. Czy z obecnej kadry drugiej drużyny widzi pan kogoś, kto w niedalekiej przyszłości mógłby trafić do "jedynki"?
Myślę, że ci zawodnicy, którzy już wcześniej pukali do drzwi pierwszego zespołu, byli na obozach, czyli np. Aleksander Wołczek, Simon Schierack, Michał Milewski, Łukasz Gerstenstein to są takie ważne postacie u nas. Teraz na treningach pierwszy raz szansę otrzymał Oskar Wojtczak. Uważam, że jest takim zawodnikiem, o którym trochę mało się mówi, a wykonuje na boisku bardzo dużą pracę. To profil bardziej defensywnego pomocnika, ale takich graczy jest teraz mało i w rezerwach odgrywa ważną rolę. Cieszę się, że dostał zaproszenie do pierwszego zespołu, aby trenerzy lepiej go poznali. Teraz w rezerwach więcej szans dostają Mateusz Cegliński z rocznika 2008, Ołeksandr Hawryłenko z rocznika 2006, z dobrej strony pokazał się Mateusz Krygowski, postępy robi Jan Chodera, wrócił Miłosz Kurowski nasz wychowanek, który w dobrej dyspozycji na pewno pokaże swoją wysoką jakość, Wiktor Niewiarowski dołączył do nas po rozpoczęciu sezonu i widzę, że wchodzi na wyższe obroty i uważam będzie bardzo ciekawą alternatywą dla pierwszego zespołu, oczywiście zawsze mocnym punktem jest Hubert Muszyński, nasz kapitan, jest sporo innych ciekawych zawodników, którzy mogą trafić na wyższy poziom ale najwięcej zależy od nich samych.
W meczach rezerw oglądamy czasami tzw. "spadki" z pierwszej drużyny. Ostatnio zagrali Jehor Macenko, czy Aleksander Dziuba. Jak wygląda współpraca na linii trener rezerw - trener "jedynki"? Czy za pana kadencji dochodziło do spotkań z Ante Simundzą, czy Jackiem Magierą, czy odbywa się to na zasadzie sztabów?
Oddelegowaną osobą do kontaktu jest trener Dziakowicz. Od niego mam informacje, którzy zawodnicy "spadają" z "jedynki" i są przewidziani na mecz rezerw lub do treningów.
Wracając jeszcze do poprzedniego pytania, czy spotykał się pan z trenerem Magierą lub Simundza, by porozmawiać, wymienić się spostrzeżeniami na temat zawodników?
Nie, nie było takich spotkań.
Latem blisko odejścia ze Śląska był Simon Schierack, pan sam o tym mówił. Ostatecznie do tego nie doszło i pozostał w klubie. Daje on dużo pańskiemu zespołowi i myślę, że można powiedzieć, że pokazał on taki profesjonalizm, zaczynając spotkania na ławce rezerwowych. Niektórzy zawodnicy obraziliby się za to, a on dawał z siebie 100%, strzelał gole, czy asystował, będąc na boisku np. zaledwie kwadrans.
Tak, na ten moment Simon został i można go scharakteryzować jako zawodnika, który jest zawsze gotowy i chętny do pracy, do rozwoju. Jest ważnym piłkarzem tego zespołu, który odpłaca się dobrymi występami. Zasługuje na to, by dobrze go traktować, tak jak on traktuje swój zawód.
Czy byli jeszcze jacyś zawodnicy, którzy mogli odejść latem, ale to się ostatecznie nie stało?
Nie, nie słyszałem nic takiego.
Na zewnątrz wydaje się pan być spokojnym człowiekiem. Jak zarządza pan szatnią, szczególnie mając w kadrze dużo młodych zawodników, którzy dopiero wkraczają w dorosłość?
Jest to ciekawe wyzwanie, staram się z nimi rozmawiać i być z nimi szczerym. Zawodnicy wiedzą, że jak chcą porozmawiać, mogą do mnie przyjść. Staramy się ich uczyć, że w piłce nic nie jest dane raz na zawsze i wszystko weryfikuje boisko. Cały czas trzeba powtarzać swoją dobrą dyspozycję i udowadniać, że się jest na dobrym poziomie.
A jak to było w pierwszym zespole? Miał pan krótki epizod w Ekstraklasie. Jak wyglądały pana relacje z zawodnikami?
Nie czułem, żebyśmy mieli jakiś problem w relacjach z zawodnikami. Naturalne było, że część piłkarzy nie była zadowolona z tego, że nie gra, ale to jest normalne w sporcie. Wydaje mi się, że wszyscy chcieli zrobić coś dobrego, przynajmniej taką mam nadzieję. Z każdym piłkarzem rozmawiałem, z jednym krócej, z drugim trochę dłużej, zależności od ich roli w drużynie. Chcieliśmy pomóc i wyzwolić możliwości tego zespołu. Niestety, nie udało się to. Zdobyliśmy za mało punktów i nie zdołaliśmy pomóc Śląskowi w utrzymaniu.
Co poszło nie tak? Początek mieliście okazały, był to remis z Jagiellonią Białystok. Później w spotkaniach z bezpośrednimi rywalami nie zdobyliście nawet punktu.
Trudno znaleźć jedną przyczynę. Ten optymizm, który pojawił się po meczu w Białymstoku, trzeba było wykorzystać przeciwko Puszczy, ponieważ uważam, że stworzyliśmy sobie wówczas dużo klarownych sytuacji. Gdybyśmy je zamienili na gole, mógłby się on inaczej potoczyć. Była nam potrzebna wiara, szczególnie że sytuacja Śląska w tamtym momencie była naprawdę trudna. To spotkanie z Puszczą było jednym z ważniejszych w układzie gier, który pozwoliłby jeszcze mocniej uwierzyć i zdobywać kolejne punkty, tym bardziej że było nas na to wtedy stać. Później przyszedł Puchar Polski, który kosztował nas bardzo dużo pod kątem fizycznym, co przełożyło się też na kolejny mecz z Lechią Gdańsk, w którym dwóch zawodników odniosło kontuzje. Te sprawy nie układały się dobrze i szwankowało u nas wykończenie akcji.
Chociażby w Gdańsku po jednej sytuacji sam na sam mieli Mateusz Żukowski oraz Sylvester Jasper. Gdyby je wykorzystali, może by to wszystko poszło w drugą stronę.
Możemy sobie teraz gdybać, ale na pewno te bramki są bardzo ważne. To jest też to, o czym już rozmawialiśmy, czyli pozycja napastnika. W drugiej rundzie pojawienie się Al Hamlawiego spowodowało, że Śląsk częściej trafiał do siatki i ta wiara w utrzymanie wróciła. Teraz podobnie jest z Damianem Warchołem i Przemkiem Banaszakiem, te gole robią różnice. Dlatego też sądzę, że liczba zmarnowanych przez nas sytuacji miała wpływ na końcowe rezultaty i tak naprawdę w tamtym momencie wiele rzeczy poszło już nie tak i wyglądało to bardzo słabo, jak na przykład w meczu z Radomiakiem.
Podczas pana kadencji dużo mówiło się o duecie Hetel-Dymkowski. Widać było na konferencjach prasowych odmienność zdań, dlatego też powstawały pytania o to, czy panowie nie są ze sobą w jakimś konflikcie. Na przykład po meczu z Piastem trener Dymkowski stwierdził, że jeśli Śląsk nie zdobędzie co najmniej czterech punktów w kolejnych dwóch meczach, to Śląsk spadnie. Po czym kilka dni później przychodzi pan na konferencję i mówi, że nie zgadza się z tymi słowami. Z perspektywy kibica, dziennikarza cała ta sytuacja wyglądała naprawdę dziwnie.
Tak, nie ma co ukrywać, że wyglądało to dziwnie. Mogę wziąć odpowiedzialność za wyniki przez ten miesiąc pracy, ale już nie za to, co było wcześniej, bo wówczas byłem trenerem w rezerwach, nie w pierwszej drużynie. Jedną z rzeczy, którą potrzebowaliśmy w tamtym czasie, był optymizm i wiara zawodników i chcieliśmy im w tym pomóc. Potrzebowaliśmy tego i taki przekaz chciałem dawać zawodnikom, aby wiedzieli, że jesteśmy w stanie wyjść z tego trudnego momentu. Trener Marcin Dymkowski miał inną opinię i zdanie. Na pewno to nie była łatwa i komfortowa sytuacja, która też nie pomagała. Żałuję, że się tak to wszystko potoczyło, bo wierzyłem, że wspólnymi siłami zażegnamy kryzys.
Z trenerem Dymkowskim sprzeczaliście się nie tylko na konferencjach prasowych, ale również w codziennej pracy?
Zdarzało się, że mieliśmy inne zdania. To akurat normalne, że członkowie sztabu spierają się między sobą za zamkniętymi drzwiami. Jest to konstruktywne, ponieważ każdy może wyrazić swoją opinię, a celem tego jest, by dojść do właściwych wniosków. Nie widzę w tym nic złego, ale przekaz na zewnątrz może być tylko jeden. Nie wierzę, że narzekanie i marudzenie coś zmieni.
Mówi pan, że odbiór medialny nie pomógł. Chciałbym dopytać, jak duży wpływ on miał na funkcjonowanie zespołu w tamtym momencie?
Na pewno miał wpływ i tutaj nie da się tego ukryć. Ta sytuacja zadziałała na minus na nasz zespół.
Z perspektywy czasu, gdybyśmy się teraz cofnęli do listopada 2024 roku, ponownie przyjąłby pan ofertę poprowadzenia pierwszej drużyny?
Tak, nie odmówiłbym pomocy. Jeśli ktoś składa ci taką propozycję, jest to duże wyróżnienie i duma. Natomiast warto byłoby przeanalizować formułę, w której miałoby to wszystko funkcjonować w zespole i mówię tu o układzie z trenerem Dymkowskim, ponieważ to po prostu wtedy nie zadziałało i nie pomogło mi jako trenerowi, ale przede wszystkim Śląskowi.
A co z pana licencją UEFA PRO? W zeszłym sezonie w papierach trenerem pierwszego zespołu Śląska pan być nie mógł, bo nie miał właśnie ukończonego tego kursu.
Chciałbym się rozwijać. Jeśli będę miał możliwość zrobić kurs UEFA PRO, będę do tego dążył.
Czyli teraz nie jest pan w trakcie żadnego kursu?
Nie, bo on zaczął się kilkanaście miesięcy temu.
Wracając do rezerw, czy czuł po awansie do II ligi czuł pan podwójną satysfakcję? Sezon wcześniej to Śląsk II Wrocław zdobył najwięcej punktów na boisku, ale awansował Rekord Bielsko-Biała dzięki walkowerowi w jednym ze spotkań.
Tak, na pewno była satysfakcja, ponieważ ten zespół też się zmienił i nie jest to łatwe, poskładać puzzle od nowa i stworzyć taką grupę graczy, którzy podłączą się znów o awans. To też widać po pierwszej drużynie, jak ona zmieniła się od wicemistrzostwa Polski. U nas odeszli wtedy Kuba Lutostański, Miłosz Kurowski, czy Mateusz Stawny, którzy pełnili ważną rolę w zespole. Trzeba było to wszystko od nowa poukładać, więc ta satysfakcja jest duża, tym bardziej że pewnie niewielu się spodziewało, że po raz drugi z rzędu podejmiemy walkę o awans i zakończy się jeszcze dla nas zwycięsko. Wracając jeszcze do sezonu 2023/24, końcówka nie była łatwa. Przez rok pracowaliśmy i na miesiąc przed końcem rozgrywek byliśmy na pierwszym miejscu, po czym przychodzi wiadomość o walkowerze dla Rekordu. Wygraliśmy ostatnie cztery mecze do końca, ale i tak nie awansowaliśmy.
Kończąc już naszą rozmowę, czy zauważył pan jak bardzo zmieniła się sympatia kibiców do pańskiej osoby na przestrzeni ostatnich dwóch lat? Po sezonie 2022/23, gdy był pan szefem skautingu, kibice wymieniali pana jako jedną z osób, która powinna odejść z klubu, ale teraz obronił się pan swoją pracą w rezerwach. Pamiętam, że po ostatnim spotkaniu zeszłego sezonu pana nazwisko było skandowane z trybun. Czuje pan, że pańska pozycja w Śląsku wzmocniła się?
Ciężko mi powiedzieć. Skandowanie mojego nazwiska przez kibiców jest oczywiście miłe, ale podchodzę do tego na spokojnie. Jeśli chodzi o skauting, rozumiem niezadowolenie z tych nieudanych transferów, ale powtórzę, że były również te dobre. Przychodziłem do działu skautingu, gdy dyrektorem sportowym Śląska zostawał Dariusz Sztylka. Sądzę, że sprowadziliśmy wielu dobrych graczy, którzy później zostali sprzedani za rekordowe wartości, np. Przemysław Płacheta, Mateusz Praszelik, Nahuel, czy John Yeboah.
Z wicemistrzowskiej kadry większość zawodników została pozyskana przez nas. Biorę też odpowiedzialność za te nieudane nazwiska, nie uciekam od tego. Nie będę tutaj zakłamywał rzeczywistości, ale myślę, że dużo dobrego działo się tutaj w tamtym okresie, więc traktuje wiele rzeczy na plus. Rozumiem frustrację kibiców walką o utrzymanie, bo też nie chcieliśmy do tego dopuścić. Ciągłe przebudowy skutkowały tym, że Śląsk falował od europejskich pucharów do walki o utrzymanie. Podsumowując, chciałbym się skupić na swojej pracy i wiem, że piłka jest bardzo zmienna. Raz wszyscy mówią, że jesteś najlepszy, mija miesiąc, pojawia się krytyka i już jesteś ten najgorszy. Oczywiście, szanuję dobre zdanie i ciepłe słowo, ale zawsze mam z tyłu głowy to, że futbol jest nieprzewidywalny i ma wiele czynników, na które czasami ty nie masz wpływu, ale jesteś z tego rozliczany. Dlatego też staram się skupić na pracy.
A w której roli czuje się pan lepiej? Za biurkiem, czy jednak na boisku?
Każda z tych prac ma swoją specyfikę. Pracuję zawsze tam, gdzie mnie chcą, więc tak do tego podchodzę. Zaczynałem jako trener i to zawsze było moim celem. Czuję, że jestem potrzebny i to jest głównym moim wyznacznikiem.