Krytykować czy nie krytykować - oto jest pytanie

05.02.2021 (10:15) | Kamil Warzocha
uploads/images/2020/12/lavicka_5fd490bec7238.jpg

fot.: Paweł Kot

Wiele się mówi o Śląsku i jego rundzie. Krytyki jest tyle, ile przypada na nią głosów rozsądku. Pytanie brzmi: jak należy postrzegać poczynania zespołu trenera Lavicki? Czym się sugerować? Wynikami, stylem gry, a może daleko sięgającym porównaniem do poprzednich sezonów? Cóż, klaruje nam się dyskusja, którą trudno będzie zamknąć w pojedyncze ramy. Mimo to - spróbujemy.

 



 

Fajny potencjał ludzki, bardziej doświadczony i zgrany zespół, stabilna sytuacja w klubie. To brzmi jak coś, czego w Śląsku brakowało przez wiele lat. Wrocław jako klub na mapie Ekstraklasy w ostatnich latach mocno przygasł, dopóki nie zjawił się on, Vitezslav Lavicka. Świetny fachowiec, ponoć jeszcze lepszy człowiek. Dobry w skali polskiego podwórka, wyróżniający się w historii Śląska. Bił dawno zakurzone rekordy, wzbudzał pozytywne emocje. To znaczy wciąż to robi, ale zgodnie przyznamy, że nie w takim stopniu, jak jeszcze półtora roku temu, w innej erze przed pandemią. Oj, wtedy Śląskowi przepowiadaliśmy wkroczenie w nowe, lepsze czasy, kiedy Łukasz Broź czynił cuda, a cały zespół brylował organizacją gry, płynnością w przejściu z obrony do ataku, zaangażowaniem i czasami nawet czymś ekstra (piękne gole Cholewiaka). Słowem: był polot, widzieliśmy ogień.

Szkoda, że im dalej w las, tym rzadziej widzieliśmy tę wyjątkowość Śląska, którą pokazał kibicom Lavicka. Udowodnił, że się da. Że można dotknąć drużynę w inny sposób, stworzyć dla niej wyższy sufit i nanieść zasady funkcjonowania w wyższych sfer. Jasne, może to brzmi zbyt wyniośle, ot, mówimy o Ekstraklasie i trenerze Laviczce, nie Chelsea i Thomasie Tuchelu. Nie zapominajmy jednak o kontraście, który utworzył się na naszych oczach.

Tę ekipę po prostu chciało się oglądać. Ba, na stadion przychodziło się z wypiekami na twarzy.

Cóż, może to i lepiej, że teraz kibice mogą oglądać mecze tylko w telewizji. Ktoś mógłby usłyszeć za dużo bluzgów, stworzyłyby się niepotrzebne skrajności. Nie chodzi przecież o to, że Śląsk wrócił do czasów, kiedy był w ciemnej D, dusząc się w strefie spadkowej. Rozmawiamy o tym, że, jak w każdej prosperującej firmie na świecie, płynący czas łączy się z pewnymi fazami rozwoju. Tu leży pies pogrzebany. Zasadnym było przecież stwierdzenie, że sezon 2020/2021 w wykonaniu Śląska miał być krokiem naprzód. Na papierze zgadzało się dosłownie wszystko: pojawiły się nowe, wartościowe ogniwa, a trener nie miał na sobie presji rodem z klubów walczących o mistrzostwo Polski. Kibice i dziennikarze zaczęli wymagać, od czego całe otoczenie Śląska najwyraźniej się odzwyczaiło. Żeby było jasne: krytyka nie pada w stronę wyników. To byłoby kuriozum, gdybyśmy strzelali w piłkarzy zajmujących czwarte miejsce w tabeli Ekstraklasy. Totalny nonsens.

Chodzi o wcześniej wspomniany rozwój i grę na boisku, która miała służyć za swego rodzaju papierek lakmusowy. Dowód, że praca trenera Lavicki zmierza w dobrym kierunku, a klub skupia się na drodze do celu, nie celu samym sobie. Chcieliśmy widzieć lepsze występy poszczególnych zawodników, dostrzec progres w taktyce, nie obawiać się o jakość spotkań na wyjazdach. Nie urwaliśmy się z choinki, to były realne oczekiwania, które niestety nadal pozostają w sferze oczekiwań. Nie urzeczywistniają się. Pozostałość tego Śląska, który dawał radość w sezonie 2019/2020, objawia się wyłącznie punktami w tabeli.

Mecze wyjazdowe są do zapomnienia.

W działaniach zespołu brakuje postępu.

Mocniej w oczy razi przywiązanie do nazwisk.

Vitezslav Lavicka ceni sobie znane, bezpieczne opcje – to wiemy już doskonale. Można jednak odnieść wrażenie, że z takim podejściem do projektu Śląska, który niewątpliwie nabrał większego potencjału, trudno będzie popchnąć ten zespół do przodu. Jasne, na półmetku sezonu WKS zajmuje pozycję tuż za podium. Dosłownie ta sama lokata, jeden punkt mniej. Ale powiedzmy sobie szczerze: musimy zacząć rozliczać trenera Lavickę z tego, jakie możliwości posiada Śląsk w obecnym wydaniu. 

Sufit leży wyżej.

Wiecie, to trochę taki casus Jerzego Brzęczka i reprezentacji Polski. Niby wstydu na papierze nie ma, liczby się zgadzają, ale gdy spojrzy się na ekrany telewizorów, zaczynamy czuć rozczarowanie.

Nie oczekujemy od Śląska gry na miarę Barcelony, ale przynajmniej w takim zakresie, którzy piłkarze są w stanie osiągnąć. To znaczy: strzelać celnie na bramkę beniaminka w meczu wyjazdowym, nie męczyć się w tworzeniu akcji ofensywnych w większości meczów. Wyeliminować błędy defensywy powtarzające się od poprzedniego sezonu (krycie środkowych obrońców), dodać trochę nieprzewidywalności.

W tym sezonie Śląsk czasami prezentuje się tak, jakby trener Lavicka dopiero objął tę maszynę. Nienaoliwioną, krztuszącą się na widok co drugiej akcji rywala, bezproduktywną. Dziw bierze, że to wszystko wystarcza na bycie w czołówce. To tylko potwierdza, jakimi prawami rządzi się Ekstraklasa. Wybacza bardzo wiele.

ZOBACZ też: WIDEO: Skrót meczu ze Stalą