Niedoszłe gwiazdy Śląska nadzieją Stali

30.01.2021 (16:00) | Karol Bugajski
uploads/images/2021/1/kolev_600ef44aa005c.png

fot.: stalmielec.com

Sytuacja, w której zawodnik gra przeciwko dawnemu pracodawcy nikogo nie zaskakuje. Możliwość występu dwóch piłkarzy, którzy byli o włos od podpisania kontraktu, a jednak musieli obejść się smakiem, to już rzecz niezwykła.



 

Petteri Forsell oraz Aleksandyr Kolew od niedawna są zawodnikami Stali Mielec i to na nich w rundzie wiosennej spoczywać będzie znacząca część odpowiedzialności za powodzenie w walce o utrzymanie. Obaj zawodnicy nie są postaciami nowymi w naszej lidze, po kilkudziesięciu występach i bramkach wiemy już czego można się po nich spodziewać. Co ciekawe, przed laty niewiele brakowało, by ich ekstraklasowe karty zaczęły się pisać w barwach Śląska Wrocław.

Forsell przy Oporowskiej pojawił się w styczniu 2014 roku. 23-letni Fin miał za sobą kilka lat gry w rodzimym Mariehamn, zanotował również epizod w tureckim Bursasporze. Szkoleniowcem Śląska był wtedy Stanislav Levy, a jego zespół po nieudanej pierwszej części sezonu był zdeterminowany, by znaleźć znaczące wzmocnienie ofensywy. Forsell pozował już nawet w koszulce zielono-biało-czerwonych, po tygodniowych testach musiał jednak pogodzić się z brakiem zainteresowania.

"Co prawda potrafi grać w piłkę, ale moim zdaniem nie byłby wystarczającym wzmocnieniem drużyny. Nie szukamy uzupełnień kadry, ale piłkarzy, którzy będą mieli realną szansę na wywalczenie miejsca w wyjściowym składzie. Petteri nie daje takiej gwarancji, dlatego nie zdecydowaliśmy się na podpisanie kontraktu"

- tłumaczył wtedy cytowany przez oficjalną stronę klubu trener Stanislav Levy.

Forsell wrócił do Polski dwa lata później i w ciągu półtora sezonu gry wypracował sobie dobrą markę w pierwszoligowej Miedzi Legnica. Na stadionie imienia Orła Białego występował, z półroczną przerwą, przez cztery lata, a przede wszystkim był pierwszoplanową postacią Miedzi w jedynym dotychczasowym sezonie w ekstraklasie – w 37 meczach zdobył 13 bramek.

Fin nie uratował jednak Miedzi przed spadkiem, a podobną gorzką pigułkę musiał przełknąć również w Koronie Kielce, w której występował w rundzie wiosennej sezonu 2019/2020. Po kolejnej degradacji przeniósł się do Mielca, jesienią zdobył jedną, ale zupełnie niezwykłą bramkę w Lubinie (2:2) i w nowej rundzie będzie liczył, że wreszcie przełamie niezrozumiałego pecha pod tytułem „co klub, to spadek”.

Aleksandyr Kolew również był potrzebą chwili, a na pomysł jego zatrudnienia pięć lat temu wpadł krótko pracujący przy Oporowskiej trener Romuald Szukiełowicz. Jego drużyna w rundzie jesiennej cierpiała na brak solidnego napastnika, a ówczesny szkoleniowiec zielono-biało-czerwonych wypatrzył 23-latka w bułgarskim Botewie Płowdiw.

Statystyki Kolewa w rodzimym zespole nie rzucały na kolana – w ciągu wcześniejszych osiemnastu miesięcy zdobył zaledwie… trzy ligowe bramki, a wrocławscy dziennikarze słysząc o możliwości takiego transferu przecierali oczy ze zdumienia. Ostatecznie Bułgar zatrudnienia we Wrocławiu nie znalazł, oficjalnie nie zaliczył testów medycznych, do dziś żywa jest jednak teoria, że Śląsk po prostu zrezygnował z transferu widząc jaką burzę wywołał sam pomysł.

Kolew rok później znowu pojawił się w Polsce i znalazł zatrudnienie właśnie w Stali Mielec. W piętnastu pierwszoligowych występach w rundzie wiosennej sezonu 2016/2017 zdobył siedem bramek, a jego forma została dostrzeżona przez świeżo upieczonego beniaminka ekstraklasy Sandecję Nowy Sącz. Bułgar z siedmioma trafieniami w elicie w nowych rozgrywkach był najlepszym strzelcem i najważniejszym zawodnikiem Sączersów.

Co prawda przed spadkiem ich nie uratował, ale w elicie grał aż do końca 2019 roku dopisując sobie do ekstraklasowego CV jeszcze Arkę Gdynia i Raków Częstochowa. Ostatnio grał w kazachskim Kajsarze Kyzyłorda (w 13 występach nie trafił ani razu), a teraz wraca do Mielca, a już w pierwszym występie po prawie czteroletniej przerwie będzie się chciał przypomnieć zarówno kibicom Stali, jak i niedawnemu pracodawcy z Wrocławia.

ZOBACZ też: Statystyki nie kłamią: Stal Mielec