Plusy i minusy meczu ze Stalą

17.05.2021 (17:00) | Karol Bugajski
uploads/images/2021/5/slask2_60a260f4a21f9.png

fot.: Paweł Kot

Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po wczorajszym spotkaniu ze Stalą Mielec? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym opierając się na danych z raportu InStat, podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.



 

PLUSY MECZU

Krzysztof Mączyński

Takiego kapitana potrzebujemy w najważniejszych meczach! Kapitalna bramka Krzysztofa Mączyńskiego w pierwszych minutach ustawiła Śląsk na pole position w walce o 4. miejsce, przede wszystkim jednak szybko pokazała Stali, który zespół chce narzucić swoje warunki grania. Nikogo nie trzeba przecież przekonywać, że im dłużej w takim meczu utrzymywałby się wynik bezbramkowy, tym wrocławianom byłoby trudniej. Mączyński niedługo po strzelonym golu raz jeszcze sprawdził koncentrację Rafała Strączka, a w końcowych statystykach przy jego nazwisku widnieje również największa liczba odebranych piłek i najlepsza dokładność podań graczy Śląska z pola. W efekcie kapitan wykręcił najlepszy drużynowy InStat Index, dobrze współpracował ze znacznie mniej doświadczonym Szymonem Lewkotem, a na kolejne jego dojrzałe występy czekamy już w walce o Europę.

Michał Szromnik

Bramkarz Śląska w końcówce sezonu wygrał rywalizację ze zdrowym już Matusem Putnockim, a w ostatnim meczu dołożył kolejną cegiełkę do sukcesu swojego zespołu. Szromnik, który dzień wcześniej przedłużył kontrakt do 2024 roku, czystego konta ze Stalą co prawda nie zachował, jednak odbił siedem strzałów i niewątpliwie odegrał istotną rolę w konfrontacji z beniaminkiem. Golkiper gospodarzy w pierwszej połowie musiał wykazać się umiejętnościami szczególnie wtedy, gdy dwa strzały w jednej akcji oddawali Kolew i Zjawiński, a po zmianie stron w jego polu karnym bywało jeszcze goręcej. Po godzinie gry Szromnik przecież kapitalnie odbił strzał rezerwowego Maka, zaś chwilę później dopisało mu szczęście, bo piłka dośrodkowana z rzutu rożnego zatrzymała się na słupku. Przy straconym golu bramkarz zielono-biało-czerwonych niewiele więcej mógł zrobić.

MINUSY MECZU

Brak zwycięstwa

W przedmeczowych rozważaniach kibiców Śląska częściej niż wątek rywalizacji ze Stalą przewijały się nazwy Piasta i Lechii, bo to porażki tych zespołów były nam niezbędne, by cieszyć się z europejskich pucharów. Wrocławianie oczywiście też mieli swoje zadanie do wykonania, jednak komplet punktów z beniaminkiem w obecności publiczności przyjmowaliśmy za pewnik. W poczuciu komfortu mogły nas utwierdzić również wydarzenia z pierwszej połowy – nie tylko szybko zdobyta bramka, ale i naprawdę niezła gra oraz stwarzane kolejne sytuacje. Sęk w tym, że Śląsk na drugą połowę wyszedł zdecydowanie bardziej cofnięty, oddał pole przeciwnikowi, a jego zachowawcza gra była jawnym proszeniem się o kłopoty. Katastrofa była o włos – w tej samej sekundzie, gdy Stal trafiła na 1:1, Lechia doprowadziła do wyrównania w Białymstoku. Gdyby tak się skończyło, puchary byłyby w Gdańsku, po chwili VAR anulował jednak trafienie biało-zielonych. Śląsk w niedzielę doczołgał się do pucharów, miał furę piłkarskiego szczęścia nie do końca na to zasługując. Ciesząc się z europejskiej przepustki, nie zapominajmy, że zupełnie inaczej wyobrażaliśmy sobie ten finisz.

Robert Pich

Gdyby puchary przeszły wczoraj Śląskowi koło nosa, to byłaby kompromitacja imienia Roberta Picha. Słowacki skrzydłowy tej wiosny był już w identycznej sytuacji, gdy w doliczonym czasie meczu z Pogonią także koncertowo sknocił stuprocentową okazję, ale wtedy mu się upiekło, bo wrocławianie dowieźli prowadzenie 2:1. W 30. kolejce się nie upiekło, Stal wyrwała punkt na Stadionie Miejskim, na całe szczęście pudło Picha będzie wspominane jednak góra przez kilka dni, a nie miesięcy, bo o puchary dla Śląska bardziej niż Słowak postarały się Piast i Lechia. Akcja, w której wczoraj pomylił się skrzydłowy wrocławian była jego jedynym strzałem w rywalizacji z beniaminkiem. Trener Magiera wolał trzymać go na boisku do samego końca, bo doskonale pamiętał, co zrobił w niedawnym meczu z Podbeskidziem (4:3), w tej sytuacji Pichowi dramatycznie zabrakło jednak chłodnej głowy, pełnej nogi i tak skutecznego wykończenia, jakim zaimponował wtedy w starciu z Góralami.

WYDARZENIE MECZU

Puchary we Wrocławiu!

Jakkolwiek możemy się zżymać na okoliczności, denerwować na Picha i narzekać na wyścig żółwi o 4. miejsce, fakty są niepodważalne – Śląsk po sześciu latach ponownie wywalczył prawo startu w kwalifikacjach europejskich pucharów! Nie udało się rok temu pod wodzą poukładanego, planującego trzy ruchy do przodu Vitezslava Lavicki, gdy wszyscy się tego spodziewali, udało się na wariackich papierach po zaledwie ośmiu meczach Jacka Magiery. A może tak właśnie miało być? Może zamiast spokojnego, pierwszego okienka transferowego pod wodzą nowego szkoleniowca, budowany przez niego Śląsk ma się docierać w boju w pełnym tego określenia znaczeniu, a europejska przygoda wcale nie jest skazana na całkowite niepowodzenie. Droga oczywiście będzie trudna, bo ta do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy liczy aż cztery rundy kwalifikacyjne, niespełna rok temu Lech Poznań pokazał jednak w Lidze Europy, że można. „Śląsk w Europie” to zdanie wywołujące szybsze bicie serca bez względu na styl, a o nim zresztą w lipcu już mało kto będzie pamiętał.

ZOBACZ też: Śląsk w pucharach – co trzeba wiedzieć