Taktycznie: Grali prosto, czyli jak Stal przechytrzyła trenera Lavickę

04.02.2021 (06:00) | Jakub Luberda
uploads/images/2020/5/trening_5eb4151e9ba0c.jpg

fot.: Mateusz Porzucek

Pierwsze spotkanie po zimowej przerwie nie do końca poszło po myśli Śląska. Oczywiście, mając na uwadze zeszłoroczną dyspozycję wrocławian na wyjazdach oraz ostatnie wyniki Stali, można uznać jeden punkt za jakiś pozytyw. Niestety, poza oczkiem w ligowej tabeli ciężko jest doszukać się ich więcej i obiektywnie patrząc na to spotkanie, to raczej podopieczni Vitezslava Lavicki wyglądali jakby bronili się przed spadkiem, a gospodarze walczyli o europejskie puchary.



 

“W pierwszej połowie mieliśmy problemy ze stylem grania Stali. Grali prosto, dłuższą piłką, z klepki i takimi sposobami docierali do naszego pola karnego. ” - tak podsumował grę Stali Mielec Vitezslav Lavicka. Nie ukrywam, że podczas krótkiej pomeczowej konferencji z udziałem trenera Śląska, to właśnie te słowa wprawiły mnie w osłupienie. Z jakich powodów? Pierwszym z nich jest fakt, że nieco upraszczając całą filozofię budowania akcji ofensywnych, to Czech wymienił prawie wszystkie możliwe opcje na przygotowanie sytuacji bramkowej. Chcę jednak wierzyć, że ta wypowiedź wynika z emocji, które nie opadły jeszcze po spotkaniu, a nie z tego, że Śląsk nie potrafi się bronić przed właściwie każdą formą ataku ze strony rywali. Drugim powodem natomiast jest to, że po 90 minutach ciągłej konsultacji ze sztabem przy linii bocznej i pomeczowej rozmowie z piłkarzami w szatni, wskazane problemy ze stylem grania Stali są błędne.

Analizę spotkania ze Stalą rozpoczniemy od nakreślenia nowego dla Śląska ustawienia, a także przedstawienia jego głównych założeń. Wrocławianie mecz rozpoczęli w formacji 4-3-3 z jednym defensywnym pomocnikiem, w którego rolę wcielił się Maciej Pałaszewski. Mając na uwadze wysoki pressing Stali, był to całkiem dobry pomysł. Wychowanek Śląska miał być łącznikiem między linią defensywy i pomocy, wspierając aktywnie obrońców w wyprowadzaniu piłki, podczas gdy duet Sobota - Praszelik był odpowiedzialny za późniejsze fazy akcji i kreowanie zagrożenia pod bramką rywali. Boczni obrońcy mieli wspomagać skrzydłowych schodzących bliżej środka, co widzieliśmy już zresztą wiele razy w meczach rundy jesiennej. Śląsk mógł budować ataki w trzy sposoby - rozgrywając krótko piłkę i wychodząc “klepką” spod pressingu gospodarzy, posyłając długie podania na wysoko ustawionych bocznych obrońców, lub popularną w ekstraklasie “lagą” na wysuniętego napastnika.

Co w takim razie poszło nie tak? Śląsk nie był w stanie poradzić sobie z wysokim pressingiem Stali i już od pierwszych minut zrezygnował z krótkiego rozegrania, przez co poza wymianą podań w defensywie widzieliśmy głównie długie zagrania na połowę rywali. Spoglądając na statystyki gołym okiem widać, że była to taktyka nieskuteczna. Potwierdza to liczba stoczonych pojedynków w powietrzu przez ofensywnych piłkarzy, a także niski procent wygranych w takich pojedynkach, co możecie znaleźć poniżej.

  • Erik Exposito - 10 pojedynków w powietrzu, 4 wygrane
  • Bartłomiej Pawłowski - 2 pojedynki w powietrzu, 0 wygranych
  • Mateusz Praszelik - 10 pojedynków w powietrzu, 1 wygrany
  • Robert Pich - 5 pojedynków w powietrzu, 1 wygrany
  • Waldemar Sobota - 5 pojedynków w powietrzu, 2 wygrane

Sumując ze sobą te wyniki, otrzymamy zaledwie 25% procent skuteczności przy walce o piłke w powietrzu. Skoro tylko co czwarte długie podanie znajdowało cel, to skonstruowanie składnej akcji po takim zagraniu graniczyło z cudem. 

Jeśli zawodnicy ofensywni nie radzili sobie w walce o górne piłki, to trzeba było szukać innych sposobów. Co ciekawe, już w 3 minucie Śląsk taki sposób znalazł. Stal nie chciała pozwolić na krótkie rozegranie, więc na połowie Śląska aż roiło się od zawodników z Mielca. Prostym i wykorzystywanym już w tym sezonie schematem na tak grającego rywala, jest posłanie długiego podania do bocznego obrońcy, który zgrywa ją głową do nabiegającego partnera z linii pomocy, omijając tym samym założony pressing. Po takiej akcji na początku meczu wrocławianie oddali swój jedyny strzał celny, lecz z niewiadomych przyczyn, przez pozostałe 87 minut spotkania nie widzieliśmy już więcej tego typu prób. Na poniższej grafice widzimy moment, w którym Dino Stiglec zgrywa piłkę głową na dobieg do Praszelika. Pressing Stali został ominięty dwoma prostymi podaniami, a aż sześciu rywali zostaje w tyle. Niestety, jak już wspomniałem wcześniej, taki schemat zastosowano tylko ten jeden raz.

W grze Śląska nie działał również atak pozycyjny. Mimo wszelkich starań i bardzo dużej aktywności Pałaszewskiego (aż 79 celnych podań), wrocławianie nie byli w stanie uwolnić się spod wysokiego pressingu gospodarzy. W grze po ziemi zabrakło przede wszystkim aktywności grającej z przodu trójki, a także dokładności. Bywały momenty, w których to Śląsk próbował zawiązać akcję kombinacyjną i kilkoma szybszymi podaniami ominąć atakujących rywali, lecz wtedy zazwyczaj kończyło się niecelnym podaniem, lub stratą od razu po przyjęciu piłki. Zabrakło również otwierających podań i przytomnego zmieniania ciężaru gry. Wspomniany wcześniej Pałaszewski, ale także defensorzy odpowiedzialni za wprowadzanie piłki często zapędzali sami siebie w kozi róg, przez co po wymianie kilku podań i tak widzieliśmy przysłowiową “lagę”. Sporym mankamentem przy ataku pozycyjnym było również ustawienie skrzydłowych. Jeśli spojrzymy na grafikę przedstawiającą średnią pozycję piłkarzy, to zobaczymy, że Pich z Pawłowskim właściwie dublowali pozycję Exposito, przez co liczba możliwości na zagranie do przodu była bardzo ograniczona. 

W tym momencie wrócimy do cytowanej na początku wypowiedzi trenera Lavicki. Śląsk największe problemy miał właśnie z konstruowaniem akcji, a wspomniane “granie prosto, długie piłki, z klepki” bardzo umniejsza świetną robotę, jaką wykonał cały zespół Stali Mielec. Pomysł trenera Ojrzyńskiego na to spotkanie był rzeczywiście całkiem prosty, ale do jego wdrożenia potrzeba niemałych umiejętności. Gospodarze imponowali zrozumieniem swoich ról na boisku, wielkim zaangażowaniem, a także agresywnością i nieustępliwością po stracie piłki. Sposobem, w jaki Stal chciała wygrać ze Śląskiem, było zmuszenie wrocławian do grania długimi podaniami za pomocą nieustannego pressingu. Ustawienie z trójką obrońców pozwoliło na całkowitą eliminację tego typu zagrożenia. W momencie, gdy Matus Putnocky wznawiał grę, lub któryś z obrońców decydował się na zagranie do Exposito, to przy Hiszpanie zawsze widzieliśmy jednego z trójki defensorów Stali, podczas gdy pozostała dwójka spokojnie go asekurowała. Jeśli adresatem długiego podania był lewy lub prawy obrońca, to wahadłowi mogli bez skrupułów wyjść wyżej i o taką piłkę walczyć, a skrajnie ustawieni stoperzy byli gotowi zażegnać zagrożenie w razie przegranego pojedynku. Śląsk nie radził sobie również z agresywnym pressingiem po stracie piłki przez gospodarzy. Za każdym razem, gdy któryś z wrocławian odzyskiwał futbolówkę, to mielczanie momentalnie doskakiwali do niego tak, aby nie był w stanie wyprowadzić kontry. Za przykład niech posłuży tutaj nieuznany gol dla Stali. Pich po niecałych trzech sekundach od przyjęcia piłki miał już obok siebie dwóch naciskających go przeciwników.

Jeśli chodzi o budowanie ataków przez Stal, to filozofia również była prosta. Mielczanie chcieli przenieść ciężar gry jak najbliżej bramki Putnockiego, gdzie w razie utraty posiadania mogli ponownie założyć swój agresywny pressing, licząc na błąd któregoś z zawodników Śląska. Czy było to skuteczne? Patrząc na suche liczby, to w pojedynkach w powietrzu górowali środkowi obrońcy z Wrocławia (8/10 wygranych miał Puerto, 6/7 wygranych miał Tamas), a w rubryce o nazwie gole przy herbie Stali możemy zobaczyć okrągłe zero. Nie oznacza to jednak, że mielczanie nie sprawiali kłopotów Śląskowi. U wrocławian widać było problemy z asekuracją, a także płynną zmianą pozycji w defensywie. Tutaj za przykład posłuży strzał Koleva z 25 minuty. Na poniższym nagraniu widzimy podążającego za napastnikiem Puerto, który przegrywa pojedynek główkowy, a to, co później robi wrocławska defensywa, woła o pomstę do nieba. Najpierw widzimy spóźnionego Janasika, który łatwo daje się minąć rywalowi. Później jednak nie jest lepiej, bo po kilku sekundach formacja nadal nie była odbudowana, przez co anemiczne podanie w pole karne i tak znalazło swój cel, a Kolev doszedł do dogodnej sytuacji na zdobycie gola.

Podsumowując, problemem Śląska w meczu ze Stalą nie były ani długie podania, ani gra z klepki. Gospodarze zaskoczyli wrocławian wysokim pressingiem i szybkim doskokiem po stracie piłki, z czym podopieczni trenera Lavicki zupełnie nie potrafili sobie poradzić. Po takim spotkaniu trzeba tylko docenić wywieziony z Mielca punkt i wyciągnąć odpowiednie wnioski.

ZOBACZ też: LIVE: Piast Gliwice - Śląsk (NA ŻYWO)