Trudny przypadek Bartłomieja Pawłowskiego

28.08.2021 (10:00) | Konrad Omieljaniuk
uploads/images/2020/12/KoPa_ZagleLub_SlaskWroc_11122020_-14_5fd47d50d7927_5fee367292cc4.jpg

fot.: Paweł Kot

Bartłomiej Pawłowski przychodził do Śląska Wrocław na początku września ubiegłego roku. Dyrektor sportowy Dariusz Sztylka mocno zabiegał o jego usługi, bo Śląskowi w tamtym momencie brakowało błysku na skrzydle. Nie mógł się spodziewać, że pozycja, którą obsadza lukratywnym, trzyletnim kontraktem, za parę miesięcy zostanie w Śląsku zredukowana.



 

"Bartek przychodzi do Śląska, aby wzmocnić naszą siłę ofensywną. Ma spore doświadczenie w Ekstraklasie i jest zawodnikiem, który potrafi zdobywać bramki, asystować i w pojedynkę rozstrzygnąć losy meczu. Od początku był dla nas pierwszym wyborem na tej pozycji. Wykazaliśmy się cierpliwością i cieszymy się, że Bartek do nas dołączył" -

- mówił dyrektor sportowy wrocławian Dariusz Sztylka zaraz po pozyskaniu Pawłowskiego.

Ówczesny optymizm był zrozumiały. Śląsk potrzebował wzmocnienia na pozycji skrzydłowego i ściągnął zawodnika, który dwa sezony wcześniej był w czołówce ekstraklasy, jeśli chodzi o tą pozycję. W kampanii 2018/19 Pawłowski w barwach Zagłębia Lubin zanotował 8 bramek i 9 asyst w 34 spotkaniach. Był motorem napędowym swego zespołu, co otworzyło mu drzwi do tureckiej Super Ligi. Tam w sezonie 2019/20 nie był już pierwszoplanową postacią, ale jakieś minuty łapał. Do Śląska przychodził po sezonie, w którym wystąpił w 21 meczach i strzelił jedną bramkę. Fakt, że pod koniec swojego pobytu w Turcji nie grał prawie w ogóle, więc Śląsk znów brał zawodnika do odbudowy, ale wciąż był to skrzydłowy z wyrobioną marką na polskich boiskach i wiekiem idealnym dla piłkarza.

Owocna zima

Pawłowski nie zachwycił wrocławskich kibiców w swoich pierwszych występach w barwach Śląska, ale jeszcze w grudniu pokazał, że Dariusz Sztylka miał rację, nazywając go zawodnikiem, który potrafi rozstrzygnąć losy meczu. Jego bramki z Rakowem Częstochowa oraz Wartą Poznań pozwoliły zdobyć Śląskowi bardzo ważne 6 punktów. Jeszcze wcześniej zdobył bramkę w przegranym, listopadowym meczu w Gdańsku i te 3 gole to jak do tej pory jego cały dorobek strzelecki w barwach Śląska. Gra Pawłowskiego zaczęła napawać optymizmem, ale po przerwie zimowej cała drużyna wyglądała słabo i skrzydłowy Śląska wtopił się w ogólny marazm, który zakończył się zwolnieniem trenera Lavicki.

Skrzydłowy? Nie potrzeba

Przyjście do klubu Jacka Magiery dało pozytywny impuls wielu zawodnikom, ale Bartłomieja Pawłowskiego trudno do nich zaliczyć. Zmiana taktyki sprawiła, że Śląsk nie potrzebował już klasycznych skrzydłowych. Zastąpili ich wahadłowi, a to rola była Pawłowskiemu obca. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż jest to typ skrajnie ofensywnego skrzydłowego, który obowiązki defensywne traktuje bardziej jako zło konieczne. Typ zawodnika, któremu trzeba raczej luzować lejce defensywne, by mógł puścić wodzę fantazji w ofensywie i pokazać co ma najlepsze. Tak funkcjonował w Zagłębiu, w swoim najlepszym sezonie. Może też dlatego zaliczył świetne wejście w hiszpańską La Liga, gdy na fantazji debiutanta grał bez kompleksów przeciw Barcelonie, ale gdy z czasem należało przystosować się również do taktycznych wymagań – przepadł. W pomyśle trenera Magiery nie było miejsca dla takiego zawodnika, dlatego pierwsze mecze pod wodzą nowego szkoleniowca Pawłowski zaczynał na ławce rezerwowych.

Bez taryfy ulgowej 

Z czasem stało się jasne, że jeśli były zawodnik Zagłębia chce wrócić do pierwszej jedenastki Śląska, musi nauczyć się gry na nowej dla siebie pozycji. Przekwalifikowanie się ze skrzydłowego na wahadłowego wiąże się ze znalezieniem równowagi między atakiem a obroną. Wobec przedstawionej wcześniej charakterystyki gry Pawłowskiego, można było mieć wątpliwości, czy będzie w spełnić wymagania trenera Magiery wobec nowej pozycji. Po domowym meczu z Lechią Gdańsk zapytałem trenera na pomeczowej konferencji, czy jest zadowolony z procesu adaptacji Pawłowskiego do roli wahadłowego i czy w jego taktyce jest rozważany do gry również na innej pozycji. Odpowiedź trenera Śląska była dość ogólna:

Jest to trudne pytanie, bo wiadomo, że na tej pozycji wymagamy zarówno odbioru piłki, jak i dośrodkowań, gry w obronie oraz w ataku. Bartek wcześniej grał w innym systemie, nie grał jako wahadłowy i można powiedzieć, że tej pozycji dopiero się uczy. Natomiast jest to doświadczony zawodnik, który był tu sprowadzany by pełnić rolę jednego z liderów i na boisku to pokazywał. Ma pracować, cały czas mu się przyglądamy, ale w ostatnim czasie rywalizację na pozycji prawego wahadłowego wygrywa Patryk Janasik, z którego jestem zadowolony. Oni mają ze sobą rywalizować, każdy mecz, każda decyzja i dobre zagranie jest na korzyść zawodnika, jeśli zrobi to dobrze.

Dwie istotne kwestie zostały tu jednak zawarte – Pawłowski został sprowadzony by pełnić rolę lidera i podpisał kontrakt adekwatny do tej roli. Jeśli okaże się, że na pozycji wahadłowego nie jest w stanie owej roli spełniać, Śląsk zostanie z zawodnikiem, któremu płaci sporo, a nie ma dla niego miejsca na boisku (kontrakt Pawłowskiego obowiązuje do 2023 roku). Trener Magiera wspomniał o rywalizacji z Janasikiem – tę Pawłowski przegrywał, ale wobec kontuzji rywala w walce o skład i sprzedaży Lubambo Musondy jest w tym momencie pierwszą opcją do gry na nowej dla siebie pozycji. Sytuacja ułożyła się więc dla niego o tyle korzystnie, że szlify w nowej roli może zbierać bezpośrednio na placu boju.

Zbalansować wahadło

W tym sezonie ekstraklasy Bartłomiej Pawłowski wystąpił do tej pory we wszystkich spotkaniach – 3 razy od pierwszej minuty, dwa razy wchodząc z ławki. W obu tych przypadkach dał dobre zmiany – z Wartą asystował przy golu Picha, z Górnikiem Łęczna bardzo ożywił prawą flankę w ofensywie i asystował przy niesłusznie nieuznanym golu Piaseckiego.

Obserwując pozostałe mecze, w których grał 90 minut, również nie sposób odmówić mu zaangażowania i chęci. Widzi to trener Magiera, który stara się budować go w nowej roli i choćby przed meczem z Piastem, przeprowadził z Bartłomiejem indywidualną odprawę taktyczną na temat gry defensywnej. To zdało egzamin, bo w Gliwicach Pawłowski wywiązywał się z zadań defensywnych rzetelnie, a to właśnie z efektywną grą do przodu miał problem.

Znamienne są raporty statystyczne jeżeli chodzi o trzy mecze, które Pawłowski rozegrał w całości (z Cracovią, Lechią oraz Piastem). Przeciwko Piastowi i Cracovii był zawodnikiem, który przebiegł w drużynie Śląska najwięcej kilometrów, w każdym z tych spotkań był w pierwszej trójce, jeśli chodzi o liczbę sprintów i maksymalną prędkość. Pawłowski na boisku ciężko pracuje, niestety wiąże się to u niego ze spadkiem jakości piłkarskiej, a przecież właśnie umiejętności techniczne wyróżniały go na tle reszty ligowców.

We wszystkich przywołanych trzech spotkaniach Pawłowski miał zdecydowanie najniższy procent celnych podań spośród graczy pierwszej jedenastki (kolejno 58%, 68%, 63%). Widać też u niego problemy z decyzyjnością, często decyduje się na dryblingi i dośrodkowania w złych momentach, a jego strzały są niecelne – w omawianych trzech meczach na osiem prób ani razu nie trafił w bramkę.

Statystyki te uważam jednak za budujące, bo pokazują, że Pawłowski ma chęć przezwyciężenia ograniczeń, jakie napotkał na pozycji wahadłowego – pracuje w defensywie, biega dużo i szybko. Zadaniem z gatunku fizycznie sprzecznych jest to wahadło nieco ustabilizować. Jeśli nasz świeżo upieczony wahadłowy odnajdzie złoty środek między defensywą a ofensywą, Patryk Janasik wcale nie musi z miejsca wrócić do pierwszej jedenastki. Kibiców na pewno niezmiernie by ucieszyło, gdyby Pawłowski próbkę swoich prawdziwych umiejętności pokazał na swoich starych śmieciach. Udowodniał już, że grać tam potrafi.

Początek niedzielnych derbów Dolnego Śląska w Lubinie zaplanowano na godzinę 15:00, nasze relacje znajdziecie TUTAJ.

ZOBACZ też: Dekada niemocy w Lubinie