Urban Legends: Rok we Wrocławiu

01.12.2021 (16:00) | Kacper Rudzik
uploads/images/2021/11/Nowy projekt (3)_61a65530121aa.png

fot.: Mateusz Kuźniak

Piątkowy pojedynek Śląska Wrocław z Górnikiem Zabrze będzie pierwszą okazją do zmierzenia się z byłym trenerem WKS-u, czyli Janem Urbanem. Jest to dobra okazja, aby przypomnieć sobie czas współpracy z tym szkoleniowcem, dla którego praca we Wrocławiu była ostatnią przed objęciem czternastokrotnego mistrza Polski.



 

Uznany na krajowym podwórku trener we Wrocławiu pojawił się 7 stycznia 2017 roku, kiedy to dostał za zadanie zmienić oblicze Śląska po ciężkich miesiącach pod dowództwem Mariusza Rumaka. Urban prowadził wcześniej choćby Lecha Poznań czy Osasunę, jego nazwisko kojarzyło się z naciskiem na atrakcyjny styl gry oraz wprowadzanie młodzieży. To było okraszone dobrą atmosferą, o którą były reprezentant Polski także potrafił zadbać. Każdy z tych aspektów miał być zweryfikowany w mieście stu mostów.

POCZUCIE TYMCZASOWOŚCI

Trzeba przyznać jedno, od początku Jan Urban trafiał do niełatwego w funkcjonowaniu środowiska. Klub dopiero rozwijał się po latach odchudzania i wręcz anorektycznego funkcjonowania. Od początku nowy szkoleniowiec musiał odnosić się do krótkich kontraktów, jakimi zobowiązana była duża część kadry wrocławian, która też zresztą nie była zbyt szeroka:

Pierwszy raz spotykam się z taką sytuacją. Jak wielu potrzebujemy nowych zawodników nie jestem w stanie tego teraz powiedzieć, bo nie wiem kto zostanie, a kto już odejdzie zimą. Życzyłbym sobie, abym jak najszybciej miał kadrę, z którą zacznę pierwsze spotkanie.

Będący na 11. miejscu Śląsk musiał zostać szybko dźwignięty, a pomoc w tym mieli sprowadzeni zimą Robert Pich, Łukasz Zwoliński czy Aleksandar Kovacević. Wejście w rozgrywki ligowe nie było jednak zbyt porywające, bo WKS zremisował 1:1 z będącą na 11 pozycji Wisłą Płock, następnie wygrał 1:0 z krakowską Wisła, a potem przegrał kolejno z Ruchem, Jagiellonią i Piastem. Bolesne były zwłaszcza porażki ze śląskimi drużynami, bo byli to bezpośredni sąsiedzi w okolicy strefy spadkowej.

Śląsk nie potrafił seryjnie punktować, ponosił wiele porażek i jego sytuacja po rundzie zasadniczej się nie poprawiła. Gorąco zaczęło się robić zwłaszcza po rozpoczęciu zmagań w grupie spadkowej, kiedy to po porażkach z Górnikiem Łęczna oraz kolejnej z Piastem znalazł się tuż nad kreską. Ostatecznie jednak wysokie zwycięstwa nad Ruchem (6:0), Arką (4:1), Cracovią (2:0) oraz Wisłą Płock (3:0) pozwoliły powrócić na 11 pozycję i zabezpieczyć byt na najwyższym poziomie.

MISTRZOSTWA POLSKI NADSZEDŁ CZAS

Pamiętam ten moment jakby wydarzył się wczoraj. W tle problemów sportowych budziły się ogromne nadzieje, kiedy to trwał proces sprzedaży klubu. Kolokwialnie mówiąc pewniakiem do wygranej w przetargu był Grzegorz Ślak, na meczach sparingowych pojawiał się nawet w towarzystwie Tomasza Kłosa, który miał zastąpić Adama Matyska jako właściciel. Do tego szumne transfery w postaci Jakuba Koseckiego, Djordje Cotry, Bobana Jovicia czy Arkadiusza Piecha miały umożliwić walkę o najwyższe cele.

Na ostatni moment, w trakcie prezentacji ogłoszono także zakontraktowanie Michała Maka. Atmosfera kibicom udzieliła się na tyle, że po trybunie Oporowskiej poniosła się wspomniana przyśpiewka. Cóż, marzenia i plany swoje, a życie brutalnie zweryfikowało plany. W pierwszych 6 meczach Śląsk odniósł tylko jedno zwycięstwo, na dzień dobry przegrał z Arką Gdynia oraz Zagłębiem Lubin, dodatkowo w Pucharze Polski w Trójmieście poczuł gorycz porażki z tym samym przeciwnikiem co na inaugurację.

Potem jednak Urban doświadczył najlepszych tygodni we Wrocławiu, kiedy to pokonał w krótkim odstępie czasu m.in. Legię Warszawa (po czym zwolniony został Jacek Magiera) i Lecha Poznań - zdawać się mogło, że skomponowany latem zespół zaczyna grać na miarę swojego potencjału i piąć się w tabeli.

ZMARNOWANA OKAZJA NA POPRAWĘ

Cykl życia trenera Śląska musiał się jednak dokonać. Po chwilowych nadziejach znów odezwały się demony, tym razem z tymi wspólnymi dla Jana Urbana. Znakiem szczególnym jego pracy w każdym kolejnym klubie były liczne kontuzje, podobnie było w Śląsku. To też była okazja dla zmienników i młodzieżowców, swoje minuty mogli łapać Maciej Pałaszewski, Adrian Łyszczarz, Sebastian Bergier, Mathieu Scalet czy Konrad Poprawa. Symboliczna była zwłaszcza sytuacja tego ostatniego, który dostał szansę debiutu, zaprezentował się solidnie z Zagłębiem Lubin i Lechią Gdańsk po czym został schowany na długie miesiące do szafy.

Po derbowej wygranej Śląsk pod wodzą Urbana wystąpił jeszcze 6-krotnie, pokonał tylko Jagiellonię, poza tym raz zremisował i 4 razy schodził z boiska pokonany. Tak fatalna końcówka spowodowała, że Śląsk wrócił do punktu wyjścia. Bez pieniędzy od Ślaka, bez wyników w lidze, bez skompromitowanego duetu Bobowiec-Matysek. Zimą oczyszczano struktury klubu, a po dwóch kolejkach rundy wiosennej pożegnano i sympatycznego szkoleniowca.

Przygoda Urbana we Wrocławiu była rozczarowaniem, której winny był trochę sam szkoleniowiec (liczne kontuzje nie były przypadkiem o czym wspomniałem wcześniej), a trochę warunki, w jakich musiał pracować. Trafił do klubu, gdzie za sznurki bez większego planu pociągał pośrednio Rafał Dutkiewicz, nowy właściciel okazał się fatamorganą, a letni zaciąg solidnych ligowców zaciągnął tylko kredyt rozczarowania. Z drugiej strony spłata tego długu ze straconych nadziei pozwoliła wejść w nowy etap, zacząć budować nowe podstawy, których efekty widzimy dziś.

ZOBACZ też: FUTSAL: Remis w Pyskowicach