Z kim się zadajesz, takim się stajesz

09.02.2021 (19:00) | Daniel Żuliński
uploads/images/2019/12/KoPa_KorKieSlaWro_27092019_-2_5d8e7ba60a36f_5e0003c116197.jpg

fot.: Paweł Kot

Coraz więcej krytyki spada na trenera Vitezslava Lavicke. Mimo że jestem fanem czeskiego szkoleniowca, to z przykrością muszę stwierdzić, że społeczność kibicowska we Wrocławiu ma w pewnym stopniu rację, wytykając oczywiste błędy sympatycznemu Czechowi. Mnie jednak zaczyna niepokoić pewna prawidłowość w postawie Śląska. O tym jednak później.  



 

Na samym wstępie podkreślę, że daleki jestem od zwalniania trenera na tym etapie sezonu. Składa się na to kilka powodów.

Po pierwsze, sezon jest specyficzny. Z ligi spada tylko jeden zespół, więc powrót do mrocznych czasów walki o utrzymanie nam nie grozi. Jest bezpiecznie.

Po drugie. „Fantastyczne” występy naszych zespołów w europejskich pucharach, na przestrzeni ostatnich lat, zepchnęły nas na peryferia międzynarodowego futbolu, przez co tylko jedna drużyna ma szansę na grę w Lidze Mistrzów lub Lidze Europy. Reszcie przyjdzie walczyć o okruchy z pańskiego stołu w nowo powstałych rozgrywkach UEFA Conference League.

Nie muszę chyba tłumaczyć, że wyprawy do Azerbejdżanu czy Kazachstanu, naszej drużynie nie są niezbędne. Pisząc wprost, nie ma co na siłę wpychać się do Europy, a raczej do jej głębokiego zaplecza. W szczególności, że na wczesnym etapie tych rozgrywek, aspekt gratyfikacji finansowych, nie jest czymś, dzięki czemu pół Europy śni o starcie w tej lidze dla ubogich. Może kiedyś. Na dziś warto ugruntować swoją pozycję na krajowym podwórku. 

To wszystko sprawia, że 3/4 ligi o nic nie walczy i nie ma ciśnienia na pochopne ruchy. Jest to idealny sezon na sprawdzanie nowych koncepcji, bądź udoskonalanie już wprowadzonych pomysłów. Tak samo jest w przypadku Śląska. Jesteśmy w kryzysie, to fakt, jednak nie mamy nad sobą kata z toporem. Bądź co bądź zajmujemy aktualnie czwartą lokatę w ligowej tabeli, więc jest to całkiem bezpieczna pozycja na ogarnięcie tego chaosu. Dajmy trenerowi pokazać swoje umiejętności i wyjść z marazmu, który Śląsk prezentuje na boisku. Pan Lavicka na taką szansę sobie zapracował. Na rozliczenia przyjdzie czas w maju. 

Jednak tutaj powstaje elementarne pytanie. Czy Lavicka jest typem trenera który da radę ogarnąć tę stagnację w grze Śląska? Cóż, pomimo całej sympatii do Czecha, ostatnio w mojej głowie urodziła się pewna teza. Może naiwna, może na wyrost, jednak gdy patrzę na grę naszych zawodników, oraz na ich ogólne zachowanie w trakcie meczu, to w głowie dźwięczy mi pewne polskie powiedzenie...

Mówi się, że z kim przestajesz, takim się stajesz. Przenosząc to na grunt piłkarski, postawa graczy Śląska idealnie odzwierciedla usposobienie swojego szkoleniowca.

Trener Lavicka uchodzi za człowieka niezwykle opanowanego. Nigdy nie stara się krytykować piłkarzy podczas wywiadów lub konferencji prasowych. Jego wypowiedzi są zazwyczaj stonowane oraz przewidywalne.

Z jednej strony to duży plus szkoleniowca. Publiczne pranie brudów, oraz wskazywanie winnych, nie zawsze przynosi pozytywny efekt, a często zyskuje się tym szatnie, która jak wiemy, zazwyczaj źle reaguje na krytykę. Jednak pomyślmy, czy czasem nie przydałoby się w mocniejszy sposób uderzyć w drużynę? Dać jej impuls do udowodnienia, że trener się mylił. Niestety w Śląsku jest inaczej. Trener Lavicka zawsze szuka pozytywów. Znalazł je w Mielcu. Wystarczył tydzień, aby skarcić takie myślenie. Możliwe, że czeski szkoleniowiec chciał dać szansę do rehabilitacji tym którzy w Mielcu zawiedli, jednak bądźmy szczerzy. Lavicka po prostu nie jest skory do zmian. Pokazał to już niejednokrotnie.

I teraz wracam do mojej tezy. Czy ten wszechobecny spokój panujący na treningach oraz w szatni nie przenosi się na boisko? Śmiem twierdzić, że tak. Gra Śląska często przypomina konferencje prasowe w wykonaniu Lavicki. Doskonale znamy jej przebieg, rzadko nas zaskakują i po prostu bywają nudne. Spójrzmy na grę Trójkolorowych. Brakuje w niej elementu zaskoczenia, z góry niestety możemy wskazać słabe punkty, a sam styl konstruowania akcji ofensywnych częściej wywołuje napady ziewania niż euforii. Oczywiście, ja nie twierdzę, że charakter Czecha ma zły wpływ na zespół, jednak po prostu zauważam pewne symptomy, które mogą wskazywać na to, że brakuje tutaj odrobiny szaleństwa w postawie trenera oraz tego, że na piłkarzach nie ciąży duża presja ze strony szkoleniowca, ponieważ zawsze znajdzie on w ich grze pozytywne elementy.

Posłużę się przykładem.

Śląsk w mistrzowskim sezonie, prowadzony był przez Oresta Lenczyka. Nie był to trener, który skakał przy linii i wrzeszczał na swoich podopiecznych, jednak wiemy doskonale, że był to bardzo charakterny i bezkompromisowy człowiek. Jak trzeba było, to uderzył pięścią w stół, w swój oryginalny, acz skuteczny sposób. Śmiem nawet twierdzić, że trener Lenczyk często celowo prowokował swoich zawodników jakąś kąśliwą uwagą, wiedząc, że wyzwoli to w nich dodatkową motywację, którą przenosili na boisko. Nawet rodak Lavicki, czyli niemniej sympatyczny Stanislav Levy, był prawdziwym wulkanem przy linii i w szatni. W pewnym stopniu to działało, bo trzeba oddać Czechowi, że przez chwilę Śląsk grał naprawdę efektownie i skutecznie.

To rzecz jasna nie jest gotowy przepis na sukces z cyklu "zatrudnij wariata, a osiągniesz oczekiwany rezultat". Jednak w dzisiejszej piłce szczyt osiągają zazwyczaj trenerzy, którzy potrafią wyjść poza swoją strefę komfortu i jednym nieoczywistym ruchem pociągnąć za sobą zespół.

Oczywiście, można powiedzieć, że metody Lavicki jakoś w zeszłym sezonie działały. Jednak tutaj też trzeba spojrzeć bardziej wnikliwym okiem. Śląsk miał dobrą jesień i na tym zbudował swoją pozycję. Po pandemicznej przerwie ta gra dobrze nie wyglądała i już wtedy powinna zapalić się lampka ostrzegawcza.

Może przeczę sam sobie, bo niby nie chcę zwalniać Vitezslava Laivicke, a z drugiej strony zarzucam mu brak odwagi i szczypty szaleństwa w jego warsztacie. Jednak nie ma z tej sytuacji idealnego wyjścia. Trener Lavicka to na pewno doskonały jak na nasze warunki fachowiec, ale czy jest to szkoleniowiec, który potrafi przeskoczyć poprzeczkę, którą sam sobie zawiesił. Może to jest ten przysłowiowy szklany sufit i co najlepsze, Lavicka już z siebie wykrzesał? 

Można mieć pretensję do piłkarzy, jednak w tym wypadku chyba wszyscy widzimy, że z całym zespołem jest coś nie tak, więc problem musi leżeć gdzieś głębiej niż w braku formy pojedynczych zawodników. W klubie zachowują spokój, jednak myślę, że po sezonie będzie trzeba usiąść razem do stołu i powiedzieć pokerowe, sprawdzam

ZOBACZ też: Atak zimy: Co z piątkowym meczem?