Biliński potrafi o sobie przypomnieć

20.04.2021 (09:00) | Karol Bugajski
uploads/images/2021/4/bila_607d8c867376d.png

fot.: Joanna Wietrzyńska

Tamtego wieczora we Wrocławiu nie było kibica, który nie żałował rozstania lekką ręką z wychowanym przy Oporowskiej napastnikiem. Jedyny w karierze mecz Kamila Bilińskiego przeciwko Śląskowi to duża przestroga przed potyczką z Podbeskidziem.



 

Choć Kamil Biliński drugą przygodę ze Śląskiem zakończył już blisko trzy lata temu, do tej pory tylko raz miał okazje zagrać przeciwko swojemu macierzystemu klubowi i to nie w barwach obecnej drużyny. Kiedy zielono-biało-czerwoni jesienią wygrywali 2:0 w Bielsku-Białej Bila izolował się w domu po zakażeniu koronawirusem, a kto wie czy tylko nie dzięki temu ten mecz tak dobrze ułożył się piłkarzom Vitezslava Lavicki. Kiedy Biliński rywalizował się ze Śląskiem trzy sezony temu nie miał litości dla dawnych kolegów.

Okoliczności jedynego dotychczas spotkania, w którym wychowanek naszego klubu stanął naprzeciwko wrocławianom były nieoczywiste. Środek października 2017 roku, paskudny poniedziałkowy wieczór i konfrontacja na stadionie w Płocku nie stanowiły zbyt atrakcyjnego zaproszenia do spędzenia 90 minut z ekstraklasą, Biliński zrobił jednak wszystko, by mecz zapadł kibicom w pamięć. Zanim jednak napastnik Wisły rozpoczął swój koncert, nie popisał się Igors Tarasovs. Łotewski obrońca już w 12. minucie wyleciał z boiska po czerwonej kartce za faul w polu karnym i tak zaczęła się płocka katastrofa Śląska.

Jedenastkę pewnie wykorzystał Nico Varela, a chwilę później do głosu doszedł były snajper wrocławian. Biliński jeszcze przed upływem drugiego kwadransa przypomniał się dawnym kibicom wykańczając akcję Konrada Michalaka, a ta bramka była dopiero początkiem jego udanego wieczoru. Mecz został rozstrzygnięty jeszcze przed przerwą po trafieniu Giorgiego Merebaszwilego i nawet pomimo tego, że po godzinie gry gola dającego nadzieję osłabionemu Śląskowi strzelił jeszcze Jakub Kosecki, wszelkie szanse odebrał jednak Biliński.

Napastnik Wisły Płock na kwadrans przed końcem podszedł do rzutu karnego i chciał postawić kropkę nad i z orkiestrą, ale jego uderzenie obronił Jakub Wrąbel. Na nieszczęście wrocławian swój dzień miał Biliński, który pospieszył z dobitką, poprawił się, a w efekcie przypieczętował klęskę prowadzonych przez Jana Urbana zielono-biało-czerwonych. W rundzie rewanżowej na Stadionie Wrocław ówczesny napastnik Nafciarzy niespodziewanie przesiedział cały mecz na ławce, a to zaś sprawia, że dzisiejszy mecz będzie jego pierwszym występem na stadionie Śląska od odejścia latem 2017 roku.

Bilińskiego w ataku Podbeskidzia trzeba obawiać się nie na żarty. Abstrahując od słabych wyników beniaminka, on sam przeżywa bardzo dobry czas, w którym cieszył się już z 10 ligowych goli. Tylko o jednego więcej strzelił w ostatnim sezonie gry w barwach Śląska, a warto pamiętać, że tamte rozgrywki liczyły jeszcze o siedem kolejek więcej niż bieżące. Biliński przyjedzie dziś do Wrocławia jako trzeci najlepszy strzelec ekstraklasy i co ciekawe najlepszy Polak ex aueqo z napastnikiem Piasta Jakubem Świerczokiem. O tym, jak potrafi być niebezpieczny, rozmawialiśmy z Michałem Trelą w cyklu "Gwiazda rywala pod lupą eksperta". Pierwszy gwizdek meczu Śląsk – Podbeskidzie o 20:30.

ZOBACZ też: Magiera postawił na młodych