Michał Mazur: Nie zgadzam się z tym, że ktoś działa na niekorzyść Śląska (WYWIAD)

25.12.2025 (07:45) | Marcin Sapuń

fot.: Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl

Pierwszoligowa rzeczywistość okazała się dla Śląska dużym problemem i to nie tylko sportowym, a przede wszystkim finansowym. O stanie wrocławskiego klubu (również po nieudanej prywatyzacji) opowiedział nam prezes WKS-u, Michał Mazur. - Jestem w tym trudnym momencie, w którym muszę ważyć, na co przeznaczyć środki - mówi w rozmowie z naszym portalem.



 

W jakiej sytuacji finansowej jest Śląsk Wrocław pod koniec 2025 roku? 

Nie będę owijał w bawełnę i mówił, że sytuacja jest idealna. Z drugiej strony daleko mi do czarnowidztwa i bicia na alarm. Zasadniczo nie wydarzyło się nic, czego byśmy wcześniej nie przewidywali. Czytając różne komentarze, odnoszę wrażenie, że dość szybko zapomnieliśmy, że Śląsk spadł z Ekstraklasy. Przypomnę, że wiąże się to z ogromnym spadkiem przychodów, szczególnie z tytułu praw telewizyjnych. Mówiłem o tym jeszcze w lutym i marcu, uprzedzając, że obecny sezon będzie trudny i taki też jest. Dla klubu, który rok wcześniej zdobył wicemistrzostwo i osiągnął z tytułu wyniku sportowego najwyższe w historii nagrody finansowe, taki spadek jest jeszcze bardziej bolesny. 

Generalnie większość scenariuszy, które kreśliłem na początku swojej kadencji, sprawdziło się, tzn. choćby przewidywania dotyczące wielkości luki płynnościowej. Zawsze koniec roku dla naszego klubu był trudny, a w tym roku, co naturalne, jest jeszcze trudniejszy. Natomiast chciałbym wszystkich uspokoić - nie dzieją się teraz w klubie jakieś nieprzewidziane wcześniej kwestie. Cieszy mnie to, że mamy wsparcie właścicielskie, np. w grudniu otrzymaliśmy środki w ramach konkursu dotacyjnego, co pozwoliło nam zabezpieczyć funkcjonowanie w tym miesiącu. Tutaj muszę zaznaczyć, że dotacja jest przeznaczona tylko na pokrycie kosztów, które pojawią się w grudniu, więc nie możemy tych środków wykorzystać na przykład na spłatę zaległości lub z góry pokryć przyszłoroczne zobowiązania. Fundusze te jednak pozwalają nam złapać pewien oddech, ale to też nie jest tak, że Śląsk utrzymuje się tylko z tego, co da właściciel. Generujemy też własne przychody, które możemy przeznaczyć na bieżące funkcjonowanie spółki lub spłatę zobowiązań.

Wiemy już, że większościowy pakiet akcji nie zostanie sprzedany Mariuszowi Iwańskiemu. Co decyzja komisji prywatyzacyjnej zmienia w funkcjonowaniu klubu?

Na ten moment właściciel pozostaje ten sam, więc zakładam, że zmiany w funkcjonowaniu klubu będą inne niż gdyby doszło do sprzedaży. Co nie znaczy, że będą mniejsze – kluczowa jest kwestia dalszej restrukturyzacji spółki, a taki proces z założenia oznacza zmianę.

Jak to zmienia kwestię budżetu na 2026?

Chciałbym, tak jak mówiliśmy, żeby pieniądze właściciela nie były jedynym sposobem na finansowe problemy klubu. Nie będę mydlił oczu i mówił, że po spadku nie jest nam potrzebne takie wsparcie. Jest, a praca moja i wszystkich w klubie polega również – a w tym konkretnym momencie nawet przede wszystkim – na tym, by w perspektywie czasu mogło się ono zmniejszać. Wspominałem o tym, że rok do roku koszty funkcjonowania Śląska Wrocław spadły o kilkanaście milionów złotych - to wymagało dużego wysiłku wszystkich w klubie, bez którego teraz potrzebowalibyśmy o te kilkanaście milionów więcej.

Jak proces prywatyzacji wpływał na codzienne funkcjonowanie Śląska? Z boku wyglądało to trochę tak, jakby klub w pewien sposób zamrożony. 

Starałem się, żeby ta sytuacja nie miała wpływu na bieżące funkcjonowanie spółki. Chciałbym, żeby to mocno wybrzmiało, że jeśli mamy obecnie do czynienia z jakimiś kłopotami lub problemami, to nie wynikają one z procesu prywatyzacji, tylko z tego, że Śląsk spadł z Ekstraklasy. To jest największy problem klubu w ostatnich miesiącach, który ma wpływ na to, co dzieje się teraz i będzie jeszcze rezonować w kolejnych miesiącach. Gdyby do zamknięcia procesu prywatyzacyjnego doszło wcześniej, tzn. we wrześniu, czy październiku i byłaby to decyzja mówiąca o sprzedaży klubu, to pewne decyzje podejmowałby już nowy właściciel.

Póki transakcji nie było, decyzje były podejmowane przez obecnego właściciela, ale oczywiście tylko wtedy, gdy było to potrzebne. Istnieje przecież statut spółki i on wyraźnie mówi, które decyzje są podejmowane przez zarząd, na jakie musi wyrazić zgodę Rada Nadzorcza, a na które Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy. Zgodzę się, że cały proces trochę trwał, ale mówimy tu o sprzedaży wielkiego klubu piłkarskiego, który jest oczkiem w głowie dziesiątek tysięcy mieszkańców Wrocławia i regionu.

Choćby z tego powodu proces budził zainteresowanie, a dodatkowo mówimy też o sprzedaży majątku miejskiego, co podlega pewnym przepisom, dlatego rozumiem, że sprzedający chciał mieć stuprocentową pewność, że wszystko jest robione zgodnie z zasadami sztuki. Rozumiem też potencjalnego nowego właściciela, że chciał mieć pewność, że negocjowana umowa zabezpiecza jego interesy i całego projektu. 

W jakim stopniu pan jako prezes Śląska brał udział w rozmowach i spotkaniach związanych z prywatyzacją? 

Odbyłem kilka spotkań i rozmów z panem Mariuszem Iwańskim, choć przede wszystkim były to spotkania, które miały mu zapewnić wiedzę na temat spółki. Nie byłem członkiem komisji prywatyzacyjnej, ale byłem proszony przez nią lub pana Iwańskiego o udostępnienie pewnych informacji, dokumentów, robienie różnych zestawień. Nie byłem oczywiście jedyną osobą ze spółki, która się tym zajmowała - to angażowało tak naprawdę kilka działów, by przekazywane informacje były pełne, rzetelne i najbardziej aktualne.

W połowie grudnia pojawiły się też informacje, że Śląsk nie poleci na zagraniczny obóz przygotowawczy, tylko zostanie we Wrocławiu. Nie ma pieniędzy na to, by wylecieć do Hiszpanii? 

Analizowaliśmy różne scenariusze z zagranicznymi obozami przygotowawczymi i to nie była tylko Hiszpania, ale braliśmy też pod uwagę wariant pozostania w Polsce. Finalnie to na niego się zdecydowaliśmy. Rozumiem, że mogą być różne opinie na ten temat, ale jak widzimy, nie jest to nic nadzwyczajnego w I lidze, kilka innych zespołów też zostaje w kraju. Sytuacja finansowa nie pozwala nam, żeby wyjechać na obóz zagraniczny, a moją rolą jest również dbanie o finanse spółki i ich uzdrowienie.

Czy w takim razie nie można było wcześniej zabezpieczyć środków na przygotowanie tego obozu za granicą? 

Musimy zrozumieć, że to nie jest rozmowa tylko o tym, czy ja mam pieniądze na koncie, by zapłacić za obóz, czy ich nie mam. To bardziej pytanie, czy dostępne środki wykorzystać na obóz, czy w inny sposób, czyli co jest w tym momencie naszym priorytetem. Wiem doskonale, jakie płatności i kiedy będziemy musieli uregulować. Niestety, ale Śląsk w tym momencie ponosi konsekwencje pewnych decyzji i wydarzeń z ostatnich lat. Przypomnę, że w zeszłym roku spółka miała aż 84 miliony złotych kosztów. Mimo bardzo dużych oszczędności, jakie udało się poczynić od momentu objęcia przeze mnie stanowiska prezesa klubu, a szczególnie w drugim półroczu, to w dalszym ciągu klub w tym roku kalendarzowym będzie mieć około 70 milionów kosztów. Równocześnie po stronie przychodowej zanotujemy zaledwie 1,3 mln zł z tytułu praw telewizyjnych, podczas gdy w poprzednim sezonie było to grubo ponad 20 mln zł. To przepaść.

W otoczeniu Śląska dość łatwo przyszło niektórym przejście do porządku dziennego nad pobytem drużyny w I lidze. Pamiętajmy, że tu nie tylko zmieniła się nazwa rozgrywek, stadionowy branding czy rywale. Z perspektywy spółki te zmiany są dużo większe i mają jeden wspólny mianownik - finanse. Jestem w tym trudnym momencie, w którym muszę ważyć, na co przeznaczyć środki. Oczywiście, obóz zagraniczny zimą jest czymś istotnym, nie neguję tego, ale widzimy, że w naszej lidze to nie jest standard, a na liście moich priorytetów są też inne tematy, które muszę zabezpieczyć.

Jak dużo było tych wszystkich cięć budżetowych między sezonami? 

Niezależnie jak poprzedni sezon by się potoczył, nasza spółka potrzebowała zmian i restrukturyzacji. Najłatwiej jest zobrazować to w kontekście pierwszej drużyny, więc powiem, że podpisywaliśmy piłkarzy na innych kontraktach, niż było to robione w poprzednich okienkach transferowych. Nie chodzi tylko o wysokość wynagrodzeń, które oczywiście są niższe, ale nie zatrudniliśmy na przykład żadnego zawodnika w inny sposób niż na kontrakcie B2B, co wcześniej nie było normą. A proszę mi wierzyć – w ostatecznym rozrachunku to ma niebagatelny wpływ na finanse. Ograniczyliśmy też w ramach zdrowego rozsądku pewien serwis wokół drużyny. Jest on na dobrym poziomie, ale nie tak rozbudowanym, jak sezon wcześniej. Zmiany nastąpiły też w pionie administracyjnym, w którym liczba etatów została ograniczona o 30% w ciągu roku. Co więcej, ludzie, którzy zostali, po prostu robią więcej, a niestety nie poszły za tym zmiany wynagrodzeń, więc w tym zakresie spółka również trochę oszczędza. Zmiany i ograniczenia dotknęły tak naprawdę każdego obszaru w spółce. Łącznie pozwoli nam to ograniczyć koszty o kilkanaście milionów złotych w porównaniu do poprzedniego roku, czyli bardzo sporo, ale nadal zakręcimy się w okolicy 70 milionów, co wciąż jest wysokim budżetem na Ekstraklasę, a co dopiero na I ligę. Dlatego od początku mówię o potrzebie restrukturyzacji. Ona postępuje, ale to nie jest tak, że pstrykając palcami, zmniejszymy koszty o kilkadziesiąt milionów złotych, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę specyfikę branży piłkarskiej, gdzie dużo umów jest gwarantowanych przepisami federacyjnymi.

Te zmiany jednak następują, a żeby jeszcze lepiej zobrazować ich skalę, chciałbym podkreślić, że udało się nam już zejść z miesięcznymi kosztami funkcjonowania spółki poniżej 5 milionów złotych. Gdy obejmowałem funkcję, koszty zdecydowanie przekraczały 7 milionów miesięcznie. Od tego momentu sukcesywnie spadają. Gdybyśmy się zadowolili tym wynikiem i osiedli na laurach, w przyszłym roku dałoby to nam około 57 milionów złotych kosztów, czyli aż o 27 milionów mniej niż w roku poprzednim, ale podkreślam, że na pewno na tym nie poprzestaniemy i w dalszym ciągu będziemy restrukturyzowali spółkę.

Spodziewał się pan na początku swojej kadencji, że skala tych problemów będzie aż tak duża? 

Tak jak mówiłem wcześniej, kreśliłem różne scenariusze i byłem na nie przygotowany. Natomiast nie chciałbym, żeby nasza rozmowa była odbierana w czarnych barwach. Stoimy po prostu przed potrzebą gruntownych zmian i cieszę się, że one następują. Dobrze, że właściciel ma świadomość sytuacji spółki, mamy wspólne oczekiwania względem tych działań. Tak jak powiedziałem, w dalszym ciągu widzę przestrzeń, by koszty spadały. Chciałbym również podkreślić, że jest to proces, który musi być rozciągnięty w czasie i też rodzić pewne koszty czy decyzje, takie jak ta z obozem przygotowawczym. Czasami podejmujemy trudne decyzje i może niekoniecznie zrozumiałe dla kogoś, kto nie jest wewnątrz organizacji, ale w mojej opinii i odczuciu są one niezbędne do tego, by uzdrowić finanse Śląska. Myślę, że wszystkim na tym zależy, a nie chcę też, by w momentach kryzysu jedynym pomysłem na jego zażegnanie było pójście do właściciela po pieniądze.

Kibice jednak zanegowaliby, że właściciel działa na korzyść spółki, patrząc, jak wyglądały ostatnie procesy prywatyzacyjne. 

Rozumiem perspektywę kibica i też obu stron, które ze sobą rozmawiały na temat przejęcia akcji spółki, ale absolutnie się nie zgadzam z tym, że ktoś działa na niekorzyść Śląska. Jeszcze raz przypomnę, że wystartowaliśmy w konkursie dotacyjnym i go wygraliśmy, więc gdyby teza, którą pan przedstawił, była prawdziwa, rozmawialibyśmy dziś w innej atmosferze, a tak nie jest. 

Czy piłkarze dostają swoje pensje na czas? W ostatnich latach grudzień dość często był czasem, gdzie były pewne zaległości. 

W tym momencie przelewy są realizowane zgodnie z harmonogramem. Przyznaję, że mieliśmy niedawno opóźnienie, ale po pierwsze zostało już ono uregulowane, a po drugie bardzo transparentnie zakomunikowałem to Radzie Drużyny. Piłkarze otrzymali ode mnie informację, że może zdarzyć się opóźnienie oraz przedstawiłem im scenariusz działań na najbliższe tygodnie, który udało się zrealizować. Wiarygodność, zwłaszcza w trudniejszych momentach, jest dla mnie bardzo ważna.

Jak bardzo zmienił się koszt organizacji meczów w I lidze? Gdy Śląsk grał w Ekstraklasie, mówiono, że na stadion musi przyjść 15 tysięcy widzów, by klub zaczął zarabiać na dniu meczowym. 

To są podobne liczby, choć zależą od kilku czynników. Zupełnie inny na przykład jest koszt organizacji meczu o podwyższonym ryzyku. Staraliśmy się przed sezonem zoptymalizować koszty związane z organizacją meczu. Część rzeczy się udała, część nie. Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że myśleliśmy na przykład o zamknięciu jednej trybuny. Paradoksalnie liczba ochroniarzy potrzebnych do pilnowania pustej, ale dużej trybuny byłaby na tyle spora, że oszczędność na tym nie byłaby zbyt wielka. Dlatego finalnie skończyło się na wyłączeniu z użytku części trybuny A, bo tam mieliśmy większe możliwości związane z zabezpieczeniem tej przestrzeni. Niezależnie od kosztów organizacji meczów kluczowa jest frekwencja na stadionie, bo to od niej przede wszystkim zależy zarobek na dniu meczowym. I w tym miejscu chciałbym bardzo podziękować kibicom, że mimo spadku wciąż licznie przychodzą na mecze Śląska.

To jak wyglądają w takim razie przychody? 

Mówiłem już o przychodach z tytułu praw telewizyjnych, gdzie straciliśmy dużo pieniędzy, ale staraliśmy się wykonać pracę, by zrekompensować to sobie w innych przestrzeniach. Przedłużyliśmy umowy ze wszystkimi sponsorami, co mnie bardzo cieszy, bo pokazuje, że mamy sponsorów zżytych z klubem, którzy są z nami na dobre i na złe Udało się nam też przedłużyć umowy ze wszystkimi najemcami lóż, co po spadku również nie było aż tak oczywiste dla każdego. Pojawił się również nowy sponsor na koszulkach pierwszej drużyny - firma Bodzio, z kolei w zespole kobiet nawiązaliśmy współpracę z firmą 4Work. Pod tym względem nasi partnerzy nie zawiedli.

Jednym z przychodów jest też sprzedaż klubowych gadżetów, a w sklepach są pustki. Nie ma zapowiadanego trzeciego kompletu, kolekcji świątecznej. Jak rozumiem, to też wynika z braku pieniędzy? 

Zdaję sobie sprawę, że kibice mogą być z tego powodu niezadowoleni. Natomiast to nie jest tak, że tutaj pracują ludzie, którzy nie zauważyli, co się dzieje w klubowym sklepie. Najprostszą odpowiedzią na to pytanie jest brak środków. W pewnym momencie przekroczyliśmy granicę, w której mogliśmy sobie pozwolić na reinwestowanie przychodu ze sprzedaży gadżetów. Po prostu te pieniądze, które zaczęliśmy pozyskiwać, musiały być przeznaczone na coś innego, a nie na reinwestycję. To kolejna decyzja z kategorii „trudnych”.

To jednak tylko część odpowiedzi, bo temat jest bardziej skomplikowany. W pewnym okresie, zwłaszcza w ubiegłym roku, klub osiągał znaczące przychody ze sprzedaży gadżetów, ale musimy pamiętać, że przychód nie jest tym samym, co zysk. Niestety pod tym względem nie było za różowo.

Co ma pan na myśli? 

Bez wchodzenia w szczegóły - nie był to zbyt rentowny projekt. Dlatego musiałem przeorganizować tę przestrzeń także po to, żeby docelowo myśleć o realnych zyskach. Podam jeden przykład, który jest łatwy do sprawdzenia, bo dane te widnieją w sprawozdaniu finansowym. W 2025 rok weszliśmy z towarami w magazynie o wartości prawie 1,1 miliona złotych. Zakładam, że to dla każdego logiczne, że lepiej mieć ten milion w gotówce na koncie, zamiast mieć te pieniądze zamrożone w towarze. Trudno mi sobie wyobrazić, że wydajemy kolejne dziesiątki tysięcy złotych na produkcję nowych gadżetów w momencie, kiedy mamy aż tyle zamrożonego towaru w magazynie. Dlatego też nasza praca w ostatnim czasie skupiała się w dużej mierze na tym, by go spieniężyć, choć nie był to towar łatwy do sprzedaży.

Natomiast, czy kibice mogą spodziewać się jakieś poprawy w tym zakresie od nowego roku? Czy będzie w końcu coś nowego w sklepach? 

Intensywnie pracujemy, aby ta sytuacja się wreszcie poprawiła. Na przykład mogę zdradzić, że trzeci komplet jest już od dawna zaprojektowany. Z bardzo obiektywnych względów nie udało się nam zamknąć tematu jesienią, ale nie oznacza to, że jest on definitywnie zakończony. Poza tym planujemy też coś więcej, co mam nadzieję, zadowoli kibiców w połowie przyszłego roku.

Przejdźmy do tematów sportowych. Jak ocenia pan rundę jesienną w wykonaniu Śląska? 

W ostatnich pięciu ligowych meczach na 15 możliwych punktów zdobyliśmy tylko trzy i to z pewnością powoduje u wszystkich duży niedosyt. Szkoda, że pod koniec rundy nie udało się nam punktować na takim poziomie, jak wcześniej. Z drugiej strony, gdyby ktoś w lipcu zapytał mnie, czy w połowie sezonu biorę w ciemno cztery punkty straty do miejsca dającego bezpośredni awans, to bez wahania odpowiedziałbym, że tak. Nie zapominajmy, że klub przeszedł latem bardzo dużą rewolucję. Wypadliśmy teraz ze strefy barażowej, ale tak jak powiedziałem, ta strata jest niewielka.

A jak oceni pan letnie okienko transferowe i współpracę z Dariuszem Sztylką, którego chciał pan w Śląsku od początku, gdy objął pan stery prezesa klubu? 

Mam wrażenie, że jestem bardzo wymagający względem swoich współpracowników, choć staram się w codziennych relacjach budować dobrą atmosferę i wywierać raczej pozytywną presję. Dlatego też nigdy nie będę do końca zadowolony. Znam Darka od lat i jestem pewien, że on też nie jest ze wszystkiego zadowolony. Zawsze wychodzę z założenia, że można coś zrobić lepiej. Dotyczy to wszystkich, a przede wszystkim mnie samego. Co do kadry, pamiętajmy, że odeszło od nas naprawdę wielu zawodników i tylu też przyszło. Było to konieczne z wielu względów. Wykonaliśmy dużą pracę, żeby pożegnać się na rozsądnych dla klubu zasadach z tymi zawodnikami, których z różnych względów już u nas nie widzieliśmy. Mówiąc o rozsądnych zasadach, mam na myśli transfery gotówkowe, czy rozwiązywanie kontraktów po spadku zgodnie z przepisami PZPN-u. Mieliśmy też sytuacje, w których żegnaliśmy się z zawodnikami za porozumieniem stron czy też staraliśmy się renegocjować obowiązujące kontrakty.

Czy dużo piłkarzy zgodziło się na renegocjowanie swoich kontraktów? 

Nie chciałbym tutaj wchodzić w szczegóły. To nie były łatwe rozmowy. Pamiętajmy, że do osiągnięcia porozumienia potrzebna jest wola i zgoda dwóch stron. Najważniejsze, że udało nam się znaleźć wspólny język, za co jestem bardzo wdzięczny. 

Czy wszystkie letnie transfery gotówkowe zostały uregulowane? Wiemy, że czasami pełna kwota jest dzielona na transze. Czy Śląsk otrzymał już wszystkie pieniądze za swoich graczy? 

W przyszłym roku będą jeszcze pieniądze, które wynikają ze stałych rat. To jest też dobra informacja dla nas, że taki dodatkowy zastrzyk gotówki pojawi się w naszym budżecie. Będą też pieniądze, które wynikają z bonusów zapisanych w kontraktach. W przypadku jednego zawodnika jesteśmy bardzo blisko. Zakładałem, że uda się jeszcze w grudniu wystawić fakturę, ale przydarzyła się mu kontuzja.

Czy chodzi o Tudora Balutę? 

Tak, jeśli się nie mylę, to w jego przypadku zabrakło jednego lub dwóch spotkań, ale co się odwlecze, to nie uciecze. 

Przed nami zimowe okienko transferowe i chciałbym zapytać, czy są już prowadzone jakieś prace w związku z tym? Kiedy możemy spodziewać się nowych twarzy? 

Oczywiście, że są prowadzone prace, ale to nie jest też tak, że możemy sobie pozwolić na wszystko. Latem Dariusz Sztylka doskonale wiedział, że ruchy przychodzące będą do zrealizowania tylko wtedy, jeśli konkretni piłkarze odejdą ze Śląska. Letnie okienko było poprowadzone tak, by wszystko zmieściło się w ramach limitu, który sobie założyliśmy. Teraz będzie podobnie. Musimy spojrzeć na to szerzej - czy ktoś od nas odejdzie i na jakich warunkach? Musimy również pamiętać, że kilka kontraktów kończy się w czerwcu i w tej sprawie też toczą się rozmowy.

Czyli zimą Śląsk też będzie musiał sprzedać kogoś, by móc zakontraktować innego zawodnika? 

Budżet nie jest z gumy. To nie jest tak, że ktoś będzie wyciągał rękę do właściciela, bo potrzebuje pieniędzy na transfery. Tak nie jest. Mamy pewne ustalenia i widełki, w których musimy się zmieścić. Moim zadaniem jest tak to wszystko poukładać, by aspekt finansowy pogodzić z aspektem sportowym. 

Czy wpłynęły już za kogoś oferty? 

Nie, natomiast są delikatne sygnały. Na razie nie robię wokół tego żadnego szumu, bo bardzo często kluby i agenci sondują różne możliwości. Z mojej perspektywy, póki nie pojawi się oficjalny dokument, tematu nie ma.

Na prowadzenie rozmów w sprawie przedłużenia kontraktów musieliście czekać aż do wyjaśnienia się procesu prywatyzacyjnego? 

Część rozmów prowadzimy, część nie - z różnych powodów, ale bardziej stricte sportowych. Starałem się nie zwracać uwagi na kwestie właścicielskie, bo spółka musiała normalnie funkcjonować. 

A czy transfery dzięki decyzji prywatyzacyjnej będą szybsze i łatwiejsze do przeprowadzania?

Powtórzę, że to nie było tak, że czekając na decyzję siedzieliśmy z założonymi rękoma. Spółka musiała funkcjonować, więc również w kwestii ewentualnych transferów pewna praca została wykonana. Ich dopięcie jak zawsze zależy od wielu czynników - finansowych, sportowych, a na końcu również ludzkich, mając na myśli osobistą decyzję danego zawodnika o dołączeniu lub opuszczeniu naszego klubu.

Co jest priorytetem Śląska na zimowe okno transferowe? 

To jest oczywiście połączone z ewentualnymi odejściami, ale na razie nie wiemy, co się wydarzy, więc zostawiając ten aspekt na boku, musimy przede wszystkim popracować nad obroną. Nie mam tu na myśli wyłącznie transferów, tylko całą naszą grę defensywną. To jest nasza wielka bolączka, że prawie w każdym meczu tracimy bramkę. 

A oprócz defensywy? 

Widzę pewne pole manewru w pomocy. Znów dużo będzie zależeć od ewentualnych transferów wychodzących, ale również od tego, jak będziemy grać wiosną, czy np. znajdzie się wspólne miejsce dla Banaszaka oraz Warchoła. Wszystkie te warianty są analizowane przez pion sportowy oraz sztab. 

Na koniec chciałbym zapytać jeszcze o sprawę z Aleksem Petkowem. Po tym, jak zerwał kontrakt z klubem, Śląsk zapowiedział konsekwencję wobec zawodnika. Czy są już jakieś decyzje? 

Musimy się uzbroić w cierpliwość, bo ta sprawa będzie rozstrzygana przez FIFA. Oczywiście, trudno mi przewidzieć jej rozstrzygnięcie. W tym kontekście trochę martwi mnie niedawna dyskusja podczas spotkania z prawnikiem PZPN, który mówił, że jeszcze kilka lat temu podobne sprawy były rozstrzygane na korzyść klubów, a teraz niekoniecznie. Mam jednak nadzieję na korzystny dla nas rezultat, bo możliwość lekkiego traktowania zapisów kontraktowych byłaby bardzo złym sygnałem dla wszystkich.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet na kanale WhatsApp. Odwiedź nas także na Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.