Mordal: Śląsk Wrocław jest w moim sercu od młodzieńczych lat
11.11.2024 (22:06) | Adam Mokrzyckifot.: Paweł Kot
Powrót na ul. Oporowską 62 byłego trenera Akademii Piłkarskiej Śląska Sebastiana Mordala w roli szkoleniowca Lechii Zielona Góra miał dla niego słodko-gorzki smak. Jego zespół przegrał z rezerwami Śląska 1:3 (1:1). Oto co 33-latek miał do powiedzenia po ostatnim gwizdku sędziego.
Jakie to uczucie wrócić na Oporowską?
Na pewno było miło się tu pojawić i nie ukrywam, że Śląsk jest w moim sercu od młodzieńczych lat. Przyjechałem tu w roli trenera Lechii i najważniejsze było dla mnie zwycięstwo – tego jednak nie udało się zrobić. Muszę pogratulować drużynie Śląska naprawdę dobrego występu. Myślę, że to pierwszy taki mecz w tym sezonie, gdzie spotkaliśmy się z taką presją rywala i trzeba było działać naprawdę szybko i skutecznie. Mimo wszystko ciągle byliśmy w grze i wynik mógł się różnie potoczyć, ale koniec końców wygrał WKS, za co jeszcze raz gratuluję.
Jakie były przyczyny porażki?
Myślę, że po analizie przyjdzie czas, aby wytłuścić rzeczy, które można było zrobić lepiej. W trakcie mikrocyklu w tym tygodniu mocno zwracaliśmy uwagę na moment zmiany centrum, gdzie po zmianie uwalnialiśmy piłkę i dochodziliśmy do pola karnego. Może było zbyt mało takich działań z naszej strony lub były one za mało jakościowe, ale też się gra, jak przeciwnik pozwala. Śląsk był dobrze zorganizowany, mocny w kontakcie, szybko wracał pod linię piłki, więc musimy przełknąć gorycz porażki. Jestem pewien, że na wiosnę jesteśmy w stanie walczyć się z nimi tylko o trzy punkty.
Na kogoś szczególnego w ekipie rezerw Śląska uczulał pan podopiecznych? Z niektórymi miał pan do czynienia, chociażby z Adamem Ciućką, który zdobył z panem mistrzostwo Polski w kategorii juniorów młodszych.
Cieszę się, że młodzi zawodnicy, jak Ciućka, dostają swoją szansę w rezerwach. To jest ważne w całym procesie szkolenia w akademii, więc gratuluję mu, że wywalczył sobie to miejsce. Szczególnie nie uczulaliśmy, patrzyliśmy na zespół, zachowanie, zasady, jak Śląsk pressuje i buduje ataki. Pod takim kątem przygotowaliśmy się do spotkania.
Byli zawodnicy rezerw WKS-u Kuba Lizakowski i Mateusz Lisowski mieli duże problemy z grą w obronie, szczególnie kiedy przyszło im się mierzyć z dobrze dysponowanym Krzysztofem Kurowskim.
Mamy w pamięci te trzy rajdy, gdzie Kurowski się rozpędził i wtedy faktycznie trzeba było włożyć nogę, ale dobrze operował piłką, więc zatrzymanie go, nie było proste. Trzeba było go wytrącić z równowagi i przerwać akcję faulem, tak jak nasze ataki dusili w zarodku gospodarze. Tego nam często brakuje w meczach. Z przebiegu całego spotkania myślę, że ze strony Lizakowskiego i Lisowskiego wynikło dla nas dużo dobrego. Zawiązywaliśmy tam sporo akcji, więc nie oceniłbym ich występu źle. Na pewno przed nami jest dużo pracy.
Myśli pan, że drugi obroniony rzut karny Lisowskiego przez Huberta Śliczniaka był efektem analizy wykonywanych jedenastek przez tego zawodnika w meczu Pucharu Polski przeciwko Widzewowi Łódź?
Razem wygrywamy i razem przegrywamy. Nikt nie ma pretensji do Lisowskiego. Wziął odpowiedzialność na siebie. Myślę, że dla niego to też był ekscytujący mecz, gdzie przeciwko byłej drużynie chciał się pokazać z dobrej strony. Nie trafił karnego, ale jest ważną postacią i razem idziemy dalej.
Rozumiem, że będzie pewnie podchodził do kolejnych karnych?
Myślę, że tak.