Pierwszy polski mecz w Armenii – ''kluczowa była pogoda''

21.07.2021 (06:00) | Karol Bugajski
uploads/images/2021/7/1200px-Mount_Ararat_and_the_Yerevan_skyline_60f4882415a99.jpg

fot.: Serouj Ourishian

Od pierwszego w historii pucharowego starcia Polaków i Ormian na wschodnim krańcu Europy minęło już ponad ćwierć wieku. 22 sierpnia 1995 roku Zagłębie Lubin znalazło się w… dokładnie odwrotnej sytuacji niż dzisiaj Śląsk – los skojarzył go z drużyną z Giumri, jednak mecz rozgrywano w Erywaniu. O wydarzeniach sprzed lat opowiada nam jeden z ich uczestników.



 

- To generalnie była jedna wielka niewiadoma – uśmiecha się dziś Zbigniew Jakubowski, gdy pytamy go o wspomnienia z egzotycznej podróży sprzed dwudziestu sześciu lat. Obecny dziennikarz portalu e-legnickie.pl w końcówce XX wieku pracował w Zagłębiu jako rzecznik prasowy, a jego klub walczył o awans do 1. rundy Pucharu UEFA. Oba spotkania z Szirakiem Giumri dzieliła niespotykana już dzisiaj dwutygodniowa przerwa – w pierwszym meczu w Lubinie gospodarze zremisowali 0:0, jak wspomina Jakubowski, taki wynik mimo wszystko można było przyjąć za dobrą monetę.

- Brak straty gola na własnym stadionie w pierwszym meczu to była podstawowa sprawa przed wyjazdem do Armenii. Ten bezbramkowy remis w Lubinie był niczym zwycięska pierwsza połowa otwierająca drogę przed walką w rewanżu -

- opisuje w rozmowie z nami Zbigniew Jakubowski.

Nie tylko Miedziowi

Zagłębie jechało do Armenii niemal w tym samym czasie, co GKS Katowice, który z kolei w Pucharze Zdobywców Pucharów rywalizował z Araratem Erywań. Zespół z Bukowej w pierwszym spotkaniu wygrał 2:0, więc mógł czuć się całkiem pewny siebie. Jego rewanż na wschodzie Europy zaplanowano jednak na 24 sierpnia, lubinianie polski szlak na ormiańskiej ziemi przecierali już czterdzieści osiem godzin wcześniej.

- Zagłębie od strony sportowej tak naprawdę nic nie wiedziało o tym rywalu. Dzisiaj medialnie nie ma praktycznie żadnych granic, każdego rywala można rozpracować nawet bez konieczności oglądania meczu, a w razie czego wszystko i tak jest przecież do znalezienia w Internecie. Po losowaniu na pewno było przeświadczenie, że dobrze trafiliśmy, ale jednak również ten znak zapytania co to w ogóle jest za drużyna -

- mówi nam obecny dziennikarz portalu e-legnckie.pl.

Jak podkreśla ówczesny rzecznik klubu z Lubina, polska ekipa na miejscu mogła liczyć na bardzo ciepłe przyjęcie. Wszechobecne była gościnność i serdeczność, a działaczom z niepodległego już kraju doświadczonego jednak wcześniej przez komunistyczną dyktaturę mocno zależało, by Polacy wyrobili sobie jak najlepszą opinię o ich klubie oraz samej Armenii.

- Można było nawet odnieść wrażenie, że dla przedstawicieli Sziraka wynik tego meczu był sprawą drugorzędną. Nie było żadnego spinania się, że to ważny mecz piłkarski. Zagłębie traktowano bardziej jak grupę turystyczną. Dla piłkarzy z Giumri motywująca była zaś szansa transferu. Dobry występ mógł umożliwić transfer do Polski, albo konkretnie do Zagłębia. Polska jawiła się jako kraj dobrobytu, a teraz to tam są pieniądze i prędzej pewnie spodziewalibyśmy się transakcji w odwrotnym kierunku -

- opisuje Zbigniew Jakubowski.

Tragiczna historia Giumri

Szirak Giumri podejmował Zagłębie w Erywaniu, bo stadion w jego mieście nie spełniał wymogów europejskich pucharów. Sytuacja, z którą teraz mierzy się Śląsk to niezwykły chichot losu – jego rywalem będzie stołeczny Ararat, jednak mecz z przyczyn logistycznych zostanie rozegrany właśnie w Giumri. Historia miasta, w którym dojdzie do jutrzejszej rywalizacji jest zresztą tragiczna. Siedem lat przed przyjazdem Zagłębia właśnie tę część kraju spustoszyło trzęsienie ziemi, które zabiło ponad 25 tysięcy ludzi. W Giumri ciągle były ważniejsze miejsca do obudowywania niż stadion piłkarski.

- Pierwsza rzecz, którą można było odczuć po dotarciu do Armenii to upał – chyba największe niebezpieczeństwo, które grozi każdej drużynie jadącej na mecz do tego kraju latem. Nie dość, że wysokie temperatury, to jeszcze bardzo suche powietrze. Przy złym wejściu w mecz, na dużym tempie, po 15 – 20 minutach niektórych dosłownie zatykało. W takich warunkach zmęczyć się można było już samą rozgrzewką -

- podkreśla ówczesny rzecznik Zagłębia.

Jak mówi, kluczem do sukcesu była stosunkowo szybko zdobyta bramka – były obrońca Śląska Stefan Machaj wpisał się na listę strzelców w 23. minucie, co skutecznie ostudziło zapędy cokolwiek ośmielonym remisem w Polsce zawodników Sziraka.

- Później to już było bardziej statyczne, można powiedzieć sparingowe granie. Natomiast to było świadome, w końcu pójście na jakąś wymianę ciosów mogło mieć opłakane skutki na przykład w ostatnim kwadransie. Kluczowe mogłyby się okazać właśnie te warunki atmosferyczne –

- wspomina Jakubowski.

Mentalność wojowników

Rady dla Śląska? O te dziennikarzowi portalu e-legnickie.pl niełatwo, bo dzisiejsze czasy diametralnie różnią się od tych, w których to Zagłębie walczyło o pucharowy awans na ormiańskiej ziemi. Zdaniem naszego rozmówcy, grając w takich miejscach trzeba jednak przede wszystkim pamiętać o zabezpieczeniu dostępu do własnej bramki.

- Trzeba się wystrzegać traconych goli, bo wtedy mentalność wojowników, którą mają w sobie drużyny z tych krajów jest taka, żeby dobić rywala. Oni nie silą się na jakieś niesamowite przygody w europejskich pucharach. Dla nich ważne jest odnieść zwycięstwo przed lokalną społecznością. W Śląsku teraz na pewno wiedzą wszystko o Araracie, ale ja na miejscu wrocławian obawiałbym się tego meczu.

- kończy nasz rozmówca.

Zagłębie zagrało na zero z tyłu i dzięki jedynej bramce dwumeczu awansowało do kolejnej rundy, gdzie już jednak nie miało szans z Milanem. Dwa dni później GKS Katowice w tym samym miejscu roztrwonił zaliczkę z pierwszego spotkania z Araratem, przegrał 0:2 i słabszy okazał się również w konkursie rzutów karnych. Porażkę w Armenii zanotował również trzeci, jak do tej pory ostatni polski klub, któremu los przydzielił przeciwnika z tego kraju. Lechowi Poznań w 2018 roku przegrana 1:2 nie sprawiła jednak krzywdy, bo w Polsce wcześniej wygrał 2:0. Więcej o historii naszych pucharowych starć z Ormianami przeczytacie TUTAJ.

ZOBACZ też: WYWIAD W ARMENII: Manoyan - polski ślad w Araracie