ANALIZA: Śląsk miał argumenty. Po przerwie wszystko się rozsypało

ANALIZA: Śląsk miał argumenty. Po przerwie wszystko się rozsypało

fot.:

Śląsk Wrocław przegrał z Radomiakiem Radom 1:3, a porażka w 13. kolejce Ekstraklasy zakończyła kadencję Ante Simundzy. Analiza statystyk, indywidualnych występów i akcji bramkowych pokazuje, jak drużyna, która potrafiła stworzyć kilka znakomitych okazji, po zmianie stron niemal całkowicie straciła ofensywne argumenty.



 

Znów to samo. Liczby są bezlitosne.

Wrocławianie ponownie pokazali, że potrafią zagrozić przeciwnikowi, znaleźć drogę do jego pola karnego i wykreować dogodne okazje. Problem polegał na tym, że nie byli w stanie utrzymać tego poziomu przez całe spotkanie.

Najbardziej wymowna jest różnica między obiema połowami. Przed przerwą Śląsk wypracował 1,77 xG, po zmianie stron zaledwie 0,11 xG. Oznacza to, że niemal 94% wartości wszystkich sytuacji strzeleckich Wojskowych przypadło na pierwszą część meczu.

Warto przypomnieć, że xG określa prawdopodobieństwo zdobycia bramki na podstawie jakości oddawanych strzałów. Nie jest prognozą wyniku ani liczbą goli, które drużyna powinna bezwzględnie zdobyć. Pozwala jednak sprawdzić, czy zespół rzeczywiście dochodził do groźnych sytuacji.

W Radomiu Śląsk początkowo robił to całkiem skutecznie. W pierwszej połowie oddał dziewięć strzałów, z czego cztery były celne. Wypracował również trzy duże okazje, ale wykorzystał tylko jedną. Gospodarze strzelali znacznie częściej, bo aż 17 razy, jednak ich xG wynosiło 1,34. Wrocławianie, mimo mniejszej liczby prób i zaledwie 41% posiadania piłki, stworzyli sytuacje o wyższej łącznej wartości.

Nie oznacza to jednak, że Śląsk całkowicie kontrolował spotkanie. Radomiak już przed przerwą wywalczył osiem rzutów rożnych i zmusił Karola Niemczyckiego do pięciu interwencji. Gospodarze potrafili długo utrzymywać piłkę w okolicach pola karnego WKS-u, natomiast goście byli groźni przede wszystkim wtedy, gdy sprawnie przenosili akcję do przodu.

Po zmianie stron proporcje dotyczące jakości okazji odwróciły się zdecydowanie na niekorzyść wrocławian. Radomiak wypracował 1,01 xG, a Śląsk wspomniane 0,11. Podopieczni Ante Simundzy oddali tylko trzy strzały, z których żaden nie zmusił Filipa Majchrowicza do interwencji.

Śląsk przez całą drugą połowę nie oddał ani jednego celnego strzału. To szczególnie niepokojące, ponieważ przez większość tego okresu musiał odrabiać straty.

W całym spotkaniu Radomiak miał 58% posiadania piłki, wykonał 491 podań i oddał 22 strzały. Po stronie Śląska było to odpowiednio 42%, 350 podań i 12 uderzeń. Gospodarze zakończyli mecz z wynikiem 2,35 xG, a goście 1,88.

Różnica nie jest na tyle duża, by na jej podstawie mówić o całkowitej dominacji Radomiaka przez 90 minut. Pokazuje raczej, że Śląsk miał realne możliwości, aby osiągnąć korzystniejszy rezultat, lecz nie wykorzystał swojego najlepszego fragmentu. Gdy później potrzebował przejąć inicjatywę, nie potrafił już tego zrobić.

Cztery bramki, a historie takie, które już gdzieś widzieliśmy

Początek meczu był niezwykle intensywny. Już w 5. minucie Radomiak objął prowadzenie po akcji, która rozpoczęła się na lewej stronie jego ataku. Conrado poradził sobie z Piotrem Samcem-Talarem, a następnie wycofał piłkę w kierunku Christosa Donisa. Pomocnik gospodarzy uderzył bez przyjęcia, a futbolówka po rykoszecie od Karola Linettego wpadła w górny róg bramki.

Sama sytuacja dobrze pokazuje, jak istotne jest zabezpieczenie przestrzeni przed polem karnym. Śląsk nie zdołał powstrzymać Conrado, a Donis otrzymał możliwość oddania strzału. Rykoszet znacznie utrudnił Niemczyckiemu interwencję.

Reakcja Wojskowych była natychmiastowa. Minutę później kapitan Śląska uruchomił Grzegorza Tomasiewicza, który odegrał do Malaly'ego Dembele. Francuz znalazł miejsce na zagranie wzdłuż bramki, a Przemysław Banaszak zamknął akcję strzałem z około pięciu metrów.

To była jedna z najlepiej rozegranych akcji wrocławian. Kilka szybkich podań pozwoliło rozciągnąć defensywę rywala, a Banaszak znalazł się tam, gdzie powinien być napastnik. Wartość xG jego uderzenia wynosiła 0,83, co potwierdza, że była to sytuacja o bardzo dużym prawdopodobieństwie zdobycia bramki.

Po przerwie Śląsk nie potrafił już odpowiedzieć w podobny sposób.

W 49. minucie Dominik Szala zbyt lekko zagrał piłkę w kierunku własnego bramkarza. Jan Grzesik przewidział zamiar obrońcy, przejął futbolówkę, minął Niemczyckiego i skierował ją do siatki z ostrego kąta. Był to błąd indywidualny, którego nie sposób wytłumaczyć ustawieniem całej drużyny.

Inaczej wyglądała sytuacja przy trzecim golu. W 71. minucie Luquinhas przejął piłkę w środkowej strefie, minął rywali i przez kilkanaście metrów prowadził ją bez wystarczającego nacisku. Następnie prostopadłym podaniem uruchomił Grzesika, który uwolnił się spod opieki Jana Jurceca i ponownie pokonał Niemczyckiego.

W tym przypadku problem był bardziej złożony. Zabrakło odpowiedniej reakcji pomocników, skutecznego zatrzymania zawodnika prowadzącego piłkę i właściwego zabezpieczenia przestrzeni za linią obrony.

Grzesik zakończył spotkanie z dorobkiem dwóch goli, trzech celnych strzałów i 1,11 xG. Dla porównania Banaszak zgromadził 1,02 xG, ale wykorzystał jedną okazję.

Błąd Szali tłumaczy utratę drugiego gola. Nie tłumaczy jednak, dlaczego przez niemal całą drugą połowę Śląsk nie potrafił poważnie zagrozić bramce rywala.

Chciałoby się powiedzieć, gdyby nie Niemczycki

Karol Niemczycki zakończył spotkanie z pięcioma obronami, z czego trzy dotyczyły strzałów oddanych z pola karnego. Szczególnie istotna była jego postawa pod koniec pierwszej połowy, kiedy kilkukrotnie powstrzymywał zawodników Radomiaka.

Najbardziej efektownie interweniował po przewrotce Abdoula Tapsoby. Później musiał jeszcze reagować przy dobitce Grzesika oraz kolejnym uderzeniu napastnika gospodarzy. Bez tych interwencji sytuacja Śląska mogłaby wyglądać znacznie gorzej już przed przerwą.

Warto jednak zwrócić uwagę również na jego udział w rozegraniu. Niemczycki wykonał 30 podań, z których 18 było celnych, co daje 60% skuteczności. Spośród 16 długich zagrań tylko cztery dotarły do adresata.

Dla porównania Filip Majchrowicz obronił trzy strzały i zanotował 11 celnych podań na 24 próby. Różnica polegała przede wszystkim na tym, jak często obaj bramkarze musieli ratować swoje zespoły przed utratą gola.

Występ Niemczyckiego należy więc oceniać przez pryzmat rzeczywistych interwencji, a nie samej liczby straconych bramek. Przy pierwszej przeszkodził mu rykoszet, przy drugiej został postawiony w trudnej sytuacji przez Szalę, a przy trzeciej stanął przed rozpędzonym przeciwnikiem. Nie był to mecz bezbłędny, ale trudno uznać bramkarza za głównego odpowiedzialnego za porażkę.

Problem, którego nie dało się ukryć

Mariusz Malec wykonał 37 podań, z których 30 było celnych. Zanotował także 13 działań defensywnych, w tym siedem wybić oraz cztery udane odbiory. W pojedynkach wygrał pięć z ośmiu starć.

Na tle pozostałych środkowych obrońców wyróżniał się stosunkowo pewnym rozegraniem. Nie oznacza to jednak, że defensywa z jego udziałem funkcjonowała właściwie. Śląsk zbyt często był zmuszony do obrony własnego pola karnego, a duża liczba wybić wskazuje, jak wiele akcji gospodarzy kończyło się blisko bramki Niemczyckiego.

Lamine Ba miał zdecydowanie więcej problemów z piłką przy nodze. Spośród 32 podań celnych było tylko 20, czyli 63%. To wynik wyraźnie słabszy od Malca, a także Dominika Szali.

Francuz zanotował jednak aż 11 wybić, najwięcej spośród wszystkich zawodników obu drużyn. Wygrał również pięć z dziewięciu pojedynków. Szczególnie interesująca jest różnica między starciami przy ziemi i w powietrzu. W pierwszej kategorii był bezbłędny, wygrywając oba pojedynki, natomiast w drugiej zwyciężył tylko trzy razy w siedmiu próbach.

Duża liczba wybić pokazuje, że Ba wielokrotnie reagował na zagrożenie. Nie świadczy jednak automatycznie o dobrej organizacji obrony. Środkowy defensor, który regularnie musi ratować sytuację we własnym polu karnym, często jest również zawodnikiem drużyny mającej problemy z kontrolą przebiegu gry.

Dominik Szala zanotował 69 kontaktów z piłką i 36 celnych podań na 45 prób. Dołożył dziewięć wybić, trzy udane odbiory i wygrał pięć z dziewięciu pojedynków.

Same statystyki mogłyby wskazywać na poprawny występ. Jest jednak zdarzenie, które zdecydowanie zmienia jego obraz.

Niecelne zagranie do Niemczyckiego w 49. minucie bezpośrednio doprowadziło do utraty bramki. Wcześniej Szala popełnił też błąd przed własnym polem karnym i musiał ratować sytuację faulem, za który otrzymał żółtą kartkę.

Nie chodzi więc wyłącznie o jedną pomyłkę, lecz o powtarzający się problem z podejmowaniem decyzji pod presją przeciwnika. Właśnie takie zachowania były szczególnie bolesne w ostatnich tygodniach pracy Ante Simundzy.

Szkoleniowiec wielokrotnie zwracał uwagę na błędy indywidualne w defensywie. Spotkanie z Radomiakiem pokazało jednak również drugą stronę problemu. Śląsk nie potrafił stworzyć odpowiednich warunków, aby po stracie bramki odzyskać kontrolę nad wydarzeniami.

Duża różnica w aktywności, podobny problem z efektami

Alex Timossi Andersson należał do najczęściej uczestniczących w rozegraniu zawodników Śląska. Zanotował 71 kontaktów z piłką i 34 celne podania na 42 próby, osiągając 81% skuteczności.

Wykonał również siedem dośrodkowań, z których dwa były celne. Stworzył jedną dużą okazję, a w działaniach defensywnych zanotował 10 interwencji. Wygrał sześć z 11 pojedynków.

Jego występ pokazuje, że wrocławianie potrafili wykorzystywać szerokość boiska. Problem polegał na tym, że z czasem coraz mniej akcji kończyło się konkretnym zagrożeniem.

Siedem dośrodkowań Anderssona stanowiło znaczną część wszystkich 17 prób Śląska. Przy braku skutecznej gry środkiem pola wahadła stawały się naturalnym kierunkiem rozwijania akcji. Sama liczba zagrań w pole karne nie wystarczała jednak do przełamania defensywy gospodarzy.

Jan Jurcec był aktywny w nieco inny sposób. Zanotował 40 kontaktów z piłką i 19 celnych podań na 24 próby. Co ciekawe, oddał aż trzy strzały o łącznej wartości 0,22 xG. Był to jeden z najwyższych wyników w drużynie pod względem liczby uderzeń.

Szczególnie istotna była sytuacja z 26. minuty, gdy Jurcec dobrze uruchomił Dembele. Francuz znalazł się w dogodnym położeniu, ale po zwodzie oddał niecelny strzał. Jurcec sam również nie wykorzystał jednej z dogodnych okazji.

Z jednej strony potrafił więc uczestniczyć w budowaniu zagrożenia. Z drugiej miał problemy ze skutecznością, a w akcji na 3:1 nie zdołał zatrzymać wbiegającego Grzesika.

Andersson znacznie częściej dostarczał piłkę w pole karne, Jurcec sam szukał pozycji strzeleckich. Żaden z nich nie był jednak w stanie zapewnić odpowiedniej regularności przez cały mecz.

Środek pola, największa różnicą pomiędzy obiema ekipami?

Karol Linetty zakończył występ z 46 kontaktami z piłką i 26 celnymi podaniami na 30 prób. Osiągnął więc 87% skuteczności, co samo w sobie jest dobrym rezultatem. Wygrał też pięć z sześciu pojedynków i zanotował pięć działań defensywnych.

Problem polegał na tym, że indywidualna skuteczność w podaniach nie przełożyła się na kontrolę środka pola.

Porównanie z Christosem Donisem pokazuje różnicę w aktywności. Pomocnik Radomiaka zanotował aż 108 kontaktów z piłką i 82 celne podania na 93 próby. Oczywiście rozegrał więcej minut niż Linetty, którego zmieniono w 60. minucie, jednak tak duża dysproporcja dobrze oddaje odmienny sposób funkcjonowania obu zespołów.

Donis był stale dostępny w rozegraniu. Śląsk z kolei nie potrafił utrzymywać odpowiedniej liczby podań przez centralną część boiska, szczególnie gdy musiał przejąć inicjatywę.

Grzegorz Tomasiewicz miał najwyższą skuteczność podań w wyjściowej jedenastce Śląska. Spośród 18 prób celnych było aż 17, co daje 94%. Dołożył również dwa kluczowe podania.

To jednak przykład, dlaczego procentów nie można analizować w oderwaniu od liczby kontaktów z piłką. Tomasiewicz zanotował ich zaledwie 27. Uczestniczył w akcji bramkowej Banaszaka, ale przez dużą część meczu miał ograniczony wpływ na rozwijanie ataków.

W defensywie również nie wyglądało to idealnie. Przegrał wszystkie trzy pojedynki, w których uczestniczył.

Dla porównania Roberto Alves z Radomiaka miał 99 kontaktów z piłką, wykonał 62 celne podania na 70 prób i zanotował aż sześć kluczowych zagrań. Pomocnik gospodarzy nie tylko uczestniczył w rozegraniu, ale potrafił również wielokrotnie przygotowywać sytuacje kolegom.

Piotr Samiec-Talar zanotował 33 kontakty z piłką i 14 celnych podań na 17 prób. Wygrał cztery z siedmiu pojedynków, wykonał cztery dośrodkowania, z których jedno było celne, oraz zaliczył jedno kluczowe podanie.

Kapitan Śląska uczestniczył w akcji zakończonej golem Banaszaka, lecz wcześniej nie wykorzystał okazji do uderzenia, gdy jego strzał został zablokowany. Miał też problemy w defensywie, czego przykładem było zachowanie przy pierwszej bramce Radomiaka.

Nie można jednak całej odpowiedzialności za funkcjonowanie drugiej linii sprowadzić do występów trzech zawodników.

Największym problemem był brak regularnego połączenia między defensywą a ofensywą. Gdy Śląsk odzyskiwał piłkę, często nie potrafił przeprowadzić kolejnych podań w sposób pozwalający na przesunięcie całego zespołu do przodu.

Po zmianie stron widać to szczególnie wyraźnie. Śląsk wykonał tylko 175 podań, podczas gdy Radomiak 250. Goście przeprowadzali znacznie mniej akcji, które mogły zakończyć się strzałem.

Za mało goli

Malaly Dembele należał do najbardziej nieprzewidywalnych zawodników Śląska. Zanotował 30 kontaktów z piłką i wykonał zaledwie 15 podań, z których osiem było celnych. Osiągnął więc tylko 53% skuteczności.

Gdyby analizować wyłącznie ten wskaźnik, jego występ mógłby wyglądać bardzo przeciętnie. W rzeczywistości Francuz był jednym z najważniejszych zawodników ofensywnych WKS-u.

Wygrał wszystkie trzy próby dryblingu, zanotował dwa kluczowe podania, stworzył dogodną okazję i asystował przy bramce Banaszaka. Oddał również trzy strzały o łącznej wartości 0,49 xG.

Najbardziej bolesna była niewykorzystana sytuacja z 26. minuty. Po podaniu Jurceca Dembélé znalazł się w dobrej pozycji, minął obrońcę, ale nie zdołał skierować piłki w światło bramki. Wartość xG tego uderzenia wynosiła 0,36.

To właśnie na takich sytuacjach Śląsk tracił możliwość zbudowania przewagi. Zawodnik potrafił stworzyć sobie miejsce do oddania strzału, lecz zabrakło skutecznego wykończenia.

Nie zmienia to faktu, że Dembélé był jednym z nielicznych piłkarzy Śląska zdolnych do regularnego podejmowania ryzyka w ofensywie.

Przemysław Banaszak zdobył jedyną bramkę dla Śląska. Oddał trzy strzały o łącznej wartości 1,02 xG, z których jeden był celny. Dwukrotnie nie trafił w światło bramki, ale przy golu zachował się dokładnie tak, jak oczekuje się od środkowego napastnika.

Uwagę zwraca także jego ograniczony udział w rozegraniu. Zanotował 30 kontaktów z piłką i 13 celnych podań na 17 prób.

W pojedynkach wyglądało to jeszcze słabiej. Wygrał zaledwie dwa z dziewięciu starć, w tym dwa z sześciu pojedynków powietrznych. Wszystkie trzy pojedynki przy ziemi zakończyły się jego porażką.

Napastnik zależy od jakości podań oraz wsparcia partnerów. Banaszak wykorzystał najdogodniejszą okazję, ale kiedy Śląsk przestał regularnie dostarczać piłkę w pole karne, jego wpływ na spotkanie zdecydowanie zmalał.

Zmiany? Brak przełomu

Ante Simundza próbował odwrócić przebieg spotkania zmianami personalnymi. W 60. minucie wprowadził trzech zawodników, a później zdecydował się na kolejne dwie roszady. Żadna z nich nie przyniosła oczekiwanego przełamania.

Adam Ciućka zastąpił Piotra Samca-Talara. Zanotował 21 kontaktów z piłką i sześć celnych podań na dziewięć prób. Wykonał dwa dośrodkowania, z których jedno było celne, ale przegrał wszystkie pięć pojedynków. To szczególnie istotne, ponieważ Śląsk potrzebował wówczas zawodników zdolnych do utrzymania piłki pod presją.

Eniss Shabani pojawił się na boisku za Karola Linettego. Zanotował 18 kontaktów z piłką i sześć celnych podań na 11 prób. Nie wygrał jedynego pojedynku. Nie był w stanie zapewnić drużynie większego spokoju w rozegraniu ani przejąć kontroli nad środkiem pola.

Ieltsin Camoes zmienił Malaly'ego Dembele. Wykonał siedem celnych podań na 10 prób i wygrał trzy z siedmiu pojedynków. Nie oddał jednak żadnego strzału i nie zanotował kluczowego podania. Otrzymał również żółtą kartkę za dyskusję z arbitrem. W porównaniu z aktywnością Dembele trudno mówić o poprawie ofensywnej jakości.

Jorge Yriarte wszedł w 77. minucie za Tomasiewicza. Zanotował 12 kontaktów z piłką i osiem celnych podań na osiem prób. Wygrał również dwa z trzech pojedynków. Jego występ był zbyt krótki, aby wyciągać daleko idące wnioski, ale nie przyniósł przełomu w ofensywie.

Luka Marjanac zastąpił Banaszaka. Zanotował 10 kontaktów z piłką, cztery celne podania na pięć prób i wygrał dwa z sześciu pojedynków. Podobnie jak Camoes nie oddał strzału i nie wykonał kluczowego podania.

Łącznie pięciu rezerwowych nie zdołało wygenerować realnego zagrożenia bramki Majchrowicza. Trzeba przy tym pamiętać, że pierwsze zmiany nastąpiły już przy wyniku 1:2, a dwie ostatnie po utracie trzeciej bramki.

Śląsk nie miał w drugiej połowie sprawnie funkcjonującego sposobu na tworzenie sytuacji, a zmiany personalne nie naprawiły tego mechanizmu.

Plusy

Pierwszym pozytywem była reakcja na szybko straconą bramkę. Śląsk nie potrzebował wielu minut, aby wyrównać, a akcja zakończona golem Banaszaka była przykładem sprawnego wykorzystania przestrzeni w polu karnym przeciwnika.

Drugim elementem była jakość sytuacji tworzonych przed przerwą. Wynik 1,77 xG i trzy duże okazje pokazują, że wrocławianie potrafili wykreować zagrożenie nawet przy mniejszym posiadaniu piłki. Nie była to ofensywa oparta wyłącznie na przypadkowych uderzeniach z dystansu.

Na wyróżnienie zasługuje również indywidualna aktywność DemeEe. Asysta, trzy udane dryblingi i dwa kluczowe podania potwierdzają, że Francuz dysponował umiejętnościami pozwalającymi przełamać defensywę gospodarzy.

Pozytywnie trzeba ocenić także interwencje Niemczyckiego. Pięć obron, w tym efektowna reakcja po przewrotce Tapsoby, pozwoliły Śląskowi utrzymać remis do przerwy.

Warto docenić też ofensywne zaangażowanie wahadeł. Andersson stworzył dogodną okazję i regularnie próbował dośrodkowań, natomiast Jurcec szukał możliwości oddawania strzałów oraz potrafił uruchomić partnerów w polu karnym.

Problem polegał na tym, że wszystkie te pozytywy były związane przede wszystkim z pierwszą połową. Po zmianie stron trudno znaleźć równie przekonujące argumenty na korzyść Wojskowych.

Minusy

Największym minusem pozostaje załamanie ofensywy po przerwie. Wartość 0,11 xG, trzy strzały i brak celnego uderzenia to dane, których nie można tłumaczyć wyłącznie stratą bramki w 49. minucie.

Zespół walczący o utrzymanie powinien umieć reagować na niekorzystny wynik. Tymczasem Śląsk nie tylko nie odrobił strat, ale nie zdołał nawet stworzyć sytuacji, która mogłaby realnie przestraszyć bramkarza gospodarzy.

Drugim problemem były błędy w defensywie. Zagranie Szali w kierunku Niemczyckiego było najbardziej widocznym przykładem, ale sytuacja przed trzecim golem pokazała, że trudności dotyczą całego zespołu. Luquinhas miał zbyt wiele swobody w prowadzeniu piłki, a obrona nie potrafiła odpowiednio zabezpieczyć ruchu Grzesika.

Trzecim minusem była ograniczona kontrola środka pola. Warto zauważyć, że Radomiak wykonał 410 celnych podań, podczas gdy Śląsk tylko 266. Gospodarze częściej utrzymywali się przy piłce i mogli spokojniej organizować kolejne ataki.

Śląsk miał zawodników osiągających dobre indywidualne procenty celności, jednak brakowało mu regularności w budowaniu akcji. Szczególnie wymowne jest porównanie Tomasiewicza, który miał 27 kontaktów z piłką, z Alvesem, który zanotował ich 99 i wykonał sześć kluczowych podań.

Czwartym problemem była skuteczność w pierwszej połowie. Trzy duże okazje i tylko jedna wykorzystana to zbyt mało, szczególnie gdy przeciwnik potrafi stworzyć równie dużo zagrożenia. Śląsk miał momenty, w których mógł przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść, ale nie potrafił tego zrobić.

Wreszcie pozostaje kwestia organizacji zespołu po zmianach. Żaden z pięciu rezerwowych nie oddał strzału, a wprowadzenie nowych piłkarzy nie przyniosło poprawy w ofensywie.

Nieco więcej można powiedzieć również o przygotowaniu fizycznym, choć tutaj trzeba zachować ostrożność w interpretacji.

Radomiak przebiegł 105,9 km, a Śląsk 105,6 km. Różnica jest więc minimalna. Gospodarze wykonali jednak 117 sprintów, podczas gdy wrocławianie 99. Samo zestawienie nie przesądza o jakości przygotowania fizycznego, ale pokazuje, że w meczu o tak dużej intensywności Radomiak częściej podejmował działania wymagające maksymalnego przyspieszenia.

Nie oznacza to automatycznie, że zawodnikom Śląska zabrakło sił. Znacznie większym problemem wydawała się utrata organizacji i zdolności do wykonywania działań ofensywnych w odpowiednim momencie.

Simundza zwolniony. Problem był widoczny już od dawna

Porażka z Radomiakiem zakończyła pracę Ante Simundzy we Wrocławiu. Trudno jednak analizować to spotkanie bez odniesienia do całego sezonu.

Śląsk już wcześniej miał problemy z powtarzalnością dobrych występów. Potrafił zagrać obiecujący fragment przeciwko wymagającemu rywalowi, ale po jednej straconej bramce jego gra często ulegała wyraźnemu pogorszeniu.

Podobny mechanizm wystąpił w Radomiu.

Wrocławianie dobrze reagowali na pierwszą stratę gola, ale po trafieniu Grzesika na 2:1 nie odzyskali ofensywnej płynności. Zamiast zwiększyć intensywność ataków i wymusić na gospodarzach większą ostrożność, zaczęli mieć coraz większe problemy z przedostawaniem się w okolice ich pola karnego.

Sam Simundza przyznał po meczu, że do około 40. minuty drużyna prezentowała się dobrze, natomiast później poziom jej gry spadł. Zwrócił również uwagę na brak wiary w możliwość odwrócenia wyniku po utracie drugiej bramki.

Nie można jednak wszystkiego sprowadzać do sfery mentalnej. Dane pokazują konkretne problemy piłkarskie: niewystarczającą liczbę kontaktów pomocników z piłką, kłopoty z wyprowadzeniem akcji, błędy pod presją oraz brak efektywności po zmianach.

Właśnie ta powtarzalność negatywnych zjawisk jest najbardziej niepokojąca.

Jest co ratować, ale nie ma już czasu na błędy

Spotkanie z Radomiakiem było kolejnym przykładem meczu, w którym Śląsk pokazał zarówno swój potencjał, jak i najpoważniejsze słabości.

Pierwsza połowa udowodniła, że wrocławianie potrafią tworzyć sytuacje przeciwko rywalowi z Ekstraklasy. Wynik 1,77 xG, trzy duże okazje i szybka odpowiedź na straconego gola nie są przypadkowymi zdarzeniami pozbawionymi znaczenia.

Jednocześnie druga połowa obnażyła problemy, których nie da się przykryć indywidualnymi przebłyskami. Zaledwie 0,11 xG, brak celnego strzału i nieskuteczne zmiany pokazują, jak bardzo ograniczone stały się możliwości ofensywne Wojskowych.

Największym wyzwaniem dla następcy Simundzy nie będzie więc wyłącznie poprawa obrony czy skuteczności napastników. Konieczne będzie stworzenie zespołu, który potrafi utrzymać odpowiednią organizację również wtedy, gdy wydarzenia na boisku zaczynają układać się niekorzystnie.

W Radomiu Śląsk miał moment, w którym mógł zbudować przewagę. Nie wykorzystał go. Gdy przeciwnik przejął inicjatywę, Wojskowi nie znaleźli sposobu na odpowiedź.

To właśnie ten brak ciągłości, a nie pojedynczy błąd czy niewykorzystana okazja, wydaje się najważniejszym problemem, jaki pozostawił po sobie ostatni mecz Ante Simundzy.

Adam Paliszek-Saładyga

Autor

Adam Paliszek-Saładyga

Pochodzę z Oleśnicy. Na co dzień zajmuję się optymalizacją oraz analizą danych, w tym również danych piłkarskich. Poza analizami, które możecie przeczytać na Śląsknecie, jestem związany z piłką kobiecą w strukturach Śląska Wrocław. Ze Śląsknetem współpracuję od lipca 2025 roku, a samemu Śląskowi kibicuję od małolata.