ANALIZA: Chaos na starcie, kontrola później. Mokrzycki uporządkował Śląsk
fot.: Paweł Kot
Poniższa analiza powstała wyłącznie na podstawie danych SofaScore. To ważne zastrzeżenie, bo liczby w tym przypadku dobrze tłumaczą nie tylko sam wynik, ale też przebieg spotkania: od katastrofalnego początku Tychów, przez spokojniejsze zarządzanie meczem przez Śląsk, aż po momenty, w których wrocławianie sami dopuścili rywala do życia.
Mecz, w którym wynik nie opowiada wszystkiego
Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że Śląsk po prostu wykorzystał słabość przeciwnika i wygrał różnicą dwóch bramek. To byłoby jednak zbyt płaskie odczytanie tego meczu. Statystyki pokazują, że zespół Ante Simundzy miał 53% posiadania piłki, 2.37 xG, 13 strzałów i 422 celne podania, a więc był drużyną częściej kontrolującą przebieg gry i tworzącą sytuacje o wyższej jakości. Jednocześnie Śląsk oddał tylko trzy strzały celne, czyli mniej niż Tychy, które miały ich cztery. To oznacza, że przewaga gości nie polegała na nieustannym zasypywaniu bramki rywala, ale na tym, że ich akcje były bardziej wartościowe i znacznie częściej prowadziły do realnego zagrożenia. Śląsk wygrał też mecz bardziej porządkiem niż hurraofensywą.
Bardzo ważne jest też to, że ten mecz miał wyraźnie dwa oblicza. Tychy zaczęły fatalnie, bo już do 13. minuty zanotowały dwa trafienia samobójcze. Śląsk nie musiał więc od początku szarpać spotkania, tylko mógł je układać pod siebie. Potem dołożył gola Jehor Macenko po akcji zapoczątkowanej przez Michała Mokrzyckiego i wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą. Ta kontrola nie była jednak totalna, bo w statystykach pojedynków i stałych fragmentów nie widać miażdżącej przewagi wrocławian. Śląsk wygrał tylko 32% pojedynków na ziemi, miał zaledwie trzy rzuty rożne przy dziewięciu rywala i musiał wykonać aż 22 wybicia. To mówi jasno: był lepszy, ale nie bezdyskusyjnie dominujący w każdym aspekcie.
Właśnie dlatego to spotkanie można czytać jako pojedynek między jakością z piłką a chaosem po obu stronach. Tychy popełniły więcej błędów prowadzących do strzału, bo aż cztery, a Śląsk dwa. Różnica polegała jednak na tym, że zespół z Wrocławia znacznie lepiej potrafił przekuć błędy przeciwnika w korzyść dla siebie. Nie wygrał dlatego, że był bezbłędny. Wygrał dlatego, że był dojrzalszy w fazie budowania akcji i miał w środku pola zawodnika, który nadawał grze sens.
Solidność z piłką, niepewność bez niej
Michał Szromnik miał dwie interwencje, w tym jedną po strzale z pola karnego. To nie był występ wybitny, ale też nie taki, który należałoby obciążać za końcowy obraz spotkania. Dużo ważniejsze jest to, że przed nim funkcjonował blok obronny, który potrafił długo prowadzić piłkę i utrzymywać grę pod kontrolą, ale nie zawsze wyglądał komfortowo, gdy Tychy przyspieszały.
Jehor Macenko był jednym z symboli tego meczu. Z jednej strony zdobył bramkę, wygenerował 0.43 xG, zanotował 59 celnych podań na 69 prób, dołożył pięć wybić i wygrał komplet, czyli 5/5 pojedynków powietrznych. Z drugiej strony jego występ pokazuje też, jak wyglądał Śląsk: stoper potrafiący być groźny pod bramką rywala, ale też bardzo zaangażowany w zabezpieczanie własnego pola karnego. Macenko dał drużynie to, czego oczekuje się od środkowego obrońcy w takim meczu, konkret przy swojej bramce i konkret pod cudzą.
Mariusz Malec zagrał skromniej, ale bardzo pożytecznie. 52 celne podania na 56 prób to świetny wynik, a do tego dorzucił sześć wybić. Nie był twarzą tego zwycięstwa, jednak był jednym z tych zawodników, którzy pozwolili utrzymać konstrukcję zespołu w ryzach. W jego grze nie było tyle błysku co u Macenki, ale było sporo porządku. Krzysztof Kurowski z kolei przed zejściem z boiska wygrał 8 z 12 pojedynków, zanotował 20/25 celnych podań, miał cztery przechwyty i zablokowany strzał. To był występ bardziej fizyczny niż efektowny, ale ważny, bo dawał Śląskowi stabilność po prawej stronie.
Najbardziej niejednoznacznie trzeba ocenić Lamine’a Ba. Z jednej strony był bardzo mocno zaangażowany w rozegranie, bo miał aż 105 kontaktów z piłką i 79 celnych podań na 85 prób, czyli imponujące 93% skuteczności. Z drugiej strony statystyki notują przy nim błąd prowadzący do strzału, a w pojedynkach nie wyglądał przekonująco, bo wygrał tylko 2 z 5. To właśnie Ba najlepiej pokazuje napięcie wpisane w ten mecz: piłkarz bardzo przydatny w budowaniu akcji, ale nie do końca bezpieczny, gdy robi się nerwowo.
Tu Śląsk miał mózg
Marc Llinares nie był najbardziej widocznym zawodnikiem meczu, ale jego liczby są bardzo korzystne. 22 celne podania na 26 prób, jedno kluczowe podanie, stworzenie dużej okazji, do tego 7 wygranych pojedynków z 15, to zestaw, który mówi o graczu pracującym dla drużyny. Nie musiał robić rzeczy spektakularnych, żeby być użytecznym. Patryk Sokołowski zagrał bardziej szorstki mecz. Miał 51/58 celnych podań, jedno kluczowe podanie, a w defensywie dorzucił cztery wybicia i dwa zablokowane strzały, ale w pojedynkach wygrał tylko 4 z 12. To był więc występ z dużym wkładem w organizację gry, ale niekoniecznie z pełną kontrolą w starciach jeden na jednego.
Najważniejszą postacią tej strefy był jednak Michał Mokrzycki. I tutaj liczby tylko potwierdzają wrażenie z meczu. Pomocnik Śląska zanotował 52 celne podania na 56 prób, czyli 93% skuteczności, miał trzy kluczowe podania, wygrał rzut karny, był skuteczny w dryblingu (3/3) i dołożył sporą pracę bez piłki, wchodząc w 14 pojedynków, z czego wygrał połowę. To nie była tylko estetyka grania. To była realna kontrola tempa meczu. W porównaniu z Marcinem Szpakowskim z Tychów, który również miał niezłe momenty, Mokrzycki był po prostu bardziej precyzyjny, bardziej odpowiedzialny i bardziej wpływowy. Jeśli Śląsk miał w tym meczu zawodnika, który porządkował chaos, to był nim właśnie on.
Piotr Samiec-Talar zagrał mecz intensywny, ale nierówny. Oddał trzy niecelne strzały, miał 61 kontaktów z piłką, lecz przy tym zanotował tylko 29 celnych podań na 41 prób i aż 21 strat posiadania. Do tego wygrał zaledwie 4 z 20 pojedynków. To są liczby zawodnika bardzo aktywnego, często próbującego brać grę na siebie, ale nie zawsze podejmującego najlepsze decyzje. Jego wkład w dynamikę meczu był widoczny, lecz pod względem czystej efektywności wypadał wyraźnie słabiej od Mokrzyckiego. Luka Marjanac dał Śląskowi coś innego: dwa kluczowe podania i 6 dryblingów, z czego 4 udane. To był piłkarz, który robił zamieszanie, prowokował ruch, zmuszał rywala do reakcji, ale w pojedynkach ogółem wygrał tylko 6 z 23, więc nie wszystko potrafił domknąć.
Jambor tworzył, Banaszak skończył
Timotej Jambor to bodaj najbardziej frustrujący przypadek w tym meczu. Z jednej strony jego 0.85 xGto najwyższy wynik wśród zawodników Śląska. Do tego dołożył uderzenie w słupek i statystyka zapisała mu dwie zmarnowane duże okazje. Z drugiej strony nie przełożył tego na gola. To oznacza, że poruszał się dobrze, dochodził do sytuacji, czytał przestrzeń, ale zawiódł w momencie finalizacji. Taki występ można czytać dwojako: jako ostrzeżenie, że napastnik zostawił na boisku gola albo dwa, ale też jako sygnał, że Śląsk potrafi wykreować mu sytuacje wysokiej jakości.
Bardzo ciekawie wygląda kontrast między Jamborem a Przemysławem Banaszakiem. Rezerwowy wszedł i od razu dał to, czego napastnikowi rozliczanemu z liczb daje się najmocniej: konkret. Jedyny celny strzał, 0.76 xG i gol. Oczywiście trzeba pamiętać, że był to rzut karny, więc warunki wejścia miał inne niż Jambor. Mimo to właśnie takie wejścia budują siłę kadry. Banaszak nie musiał być długo pod grą, nie musiał być widowiskowy, wystarczyło, że był skuteczny.
Zmiennicy ze środka i końcówki też zostawili po sobie drobne ślady. Jorge Yriarte miał tylko 13 kontaktów z piłką, ale wygrał wszystkie trzy pojedynki, w które wszedł, i nie popełniał błędów w krótkim rozegraniu. Michał Rosiak miał wejście znacznie trudniejsze, bo jego liczby pokazują więcej walki niż jakości. Dorian Markowski i Oskar Wojtczak pojawili się za późno, by realnie odcisnąć piętno na przebiegu spotkania. Ich obecność należy potraktować bardziej jako zamknięcie meczu przez sztab niż jako indywidualny wkład sportowy.
Śląsk wygrał dojrzałością, nie perfekcją
Najważniejszy wniosek z tego meczu jest taki, że Śląsk wygrał dzięki temu, że lepiej zarządzał piłką i lepiej rozumiał, gdzie ten mecz trzeba uspokoić, a nie dlatego, że zdominował rywala w każdym fragmencie gry. Tychy miały swoje momenty, miały więcej strzałów celnych, więcej rożnych i potrafiły zamknąć Śląsk bliżej własnej bramki. Ale gdy spojrzeć na jakość sytuacji, kulturę rozegrania i wpływ kluczowych piłkarzy na przebieg spotkania, przewaga wrocławian staje się czytelna.
Indywidualnie ten mecz najmocniej opowiada trzy historie. Po pierwsze, Michała Mokrzyckiego, bo jego profil gry dokładnie odpowiada temu, czego Śląsk potrzebuje w środku pola: spokoju, progresji i decyzyjności. Po drugie, Jehora Macenki, który połączył konkrety w obu polach karnych. Po trzecie, Timoteja Jambora, którego liczby są jednocześnie obiecujące i alarmujące. Jeżeli Śląsk będzie dalej dostawał takiego Mokrzyckiego, będzie miał z czego budować. Jeżeli do tego zacznie lepiej zamieniać wysokie xG napastnika na gole, to takie zwycięstwa mogą być nie tylko cenne, ale też bardziej spokojne.
