ANALIZA: Dwie twarze Śląska w Niepołomicach. Dobry plan przed przerwą, zbyt pasywna druga połowa

ANALIZA: Dwie twarze Śląska w Niepołomicach. Dobry plan przed przerwą, zbyt pasywna druga połowa

fot.:

Remis 1:1 z Puszczą Niepołomice zostawia niedosyt, bo liczby pokazują, że Śląsk potrafił być bardziej konkretny od rywala, ale po przerwie oddał mu zbyt wiele pola. To był mecz, w którym WKS najpierw wyglądał jak drużyna poukładana, szybka i groźna, a później coraz mocniej wpadał w tryb reagowania zamiast narzucania czegokolwiek od siebie.



 

Poniższa analiza powstała wyłącznie na podstawie danych z SofaScore i tylko na nich opiera wnioski. W takim ujęciu ten mecz jest bardzo ciekawy, bo nie był ani spotkaniem całkowicie zdominowanym przez Śląsk, ani takim, w którym wrocławianie zostali zamknięci pod własną bramką od początku do końca. To raczej starcie dwóch połów: pierwszej, w której Śląsk umiał przyspieszać, atakować przestrzeń i wykorzystywać dynamikę swoich ofensywnych zawodników, oraz drugiej, w której coraz bardziej cofał się w niską obronę, a przewaga wynikająca z dobrego otwarcia meczu zaczęła się rozpływać.

Lepsza jakość Śląska, mniej kontroli nad meczem

Najważniejsza liczba dla całego obrazu spotkania to zestawienie posiadania z jakością okazji. Śląsk miał tylko 38% piłki i wykonał mniej podań od Puszczy, bo 249 do 368, a dokładnych podań zanotował 177 przy 295 po stronie rywala. Jednocześnie jednak to wrocławianie mieli wyższe xG, 0,93 do 0,80, przy tej samej liczbie celnych strzałów, po cztery. To bardzo dobrze oddaje charakter meczu: Puszcza częściej była przy piłce, ale Śląsk przez długi czas wyglądał groźniej w momentach, kiedy już potrafił wyjść spod pressingu albo przyspieszyć po odbiorze. WKS nie budował przewagi długimi okresami posiadania, tylko konkretnością.

Jeszcze lepiej widać to w innych wskaźnikach. Śląsk oddał osiem strzałów przy 11 rywala, ale jego sytuacje były lepsze jakościowo. Jednocześnie zespół zanotował aż 32 wybicia i 17 przechwytów, co sugeruje, że zwłaszcza po przerwie coraz częściej bronił własnego pola karnego i jego okolic, zamiast utrzymywać mecz wyżej. To nie był obraz drużyny, która konsekwentnie chce mieć kontrolę. To był obraz drużyny, która po niezłym pierwszym fragmencie zbyt chętnie oddała inicjatywę i zaczęła żyć z obrony własnej szesnastki. Dlatego ten remis bardziej pachnie utraconym zwycięstwem niż uratowanym punktem.

Bardzo ciekawie wygląda też statystyka dryblingów. Śląsk jako zespół był pod tym względem niezwykle skuteczny, bo wykonał 15 prób i wygrał aż 14 z nich. To jest znakomity wynik i bardzo pasuje do wrażenia, że przed przerwą ataki WKS-u były płynne, szybkie i miały w sobie lekkość. Problem polegał na tym, że z czasem tych akcji było po prostu mniej. Skuteczność w pojedynkach jeden na jednego została, ale malała liczba sytuacji, w których Śląsk potrafił wejść z piłką wyżej i utrzymać grę na połowie przeciwnika.

Dużo gaszenia pożarów, za mało narzucania warunków

Michał Szromnik nie rozegrał meczu, po którym można byłoby powiedzieć, że wybronił wynik, ale też nie był problemem samym w sobie. Zanotował trzy interwencje, w tym jedną po strzale z pola karnego, nie miał żadnego wyjścia zakończonego piąstkowaniem ani wyłapaniem górnej piłki, a przy rozegraniu był poprawny, bo podał celnie siedem z dziewięciu piłek. To występ raczej z kategorii solidny, ale niewystarczający, by przykryć to, co działo się przed nim po przerwie. Skoro Puszcza oddała cztery celne strzały i zdobyła jedną bramkę, to trudno zrzucać ten remis na bramkarza. Bardziej trzeba patrzeć na to, jak często Śląsk dopuszczał rywala do kolejnych dośrodkowań, ponowień i ataków pozycyjnych.

Po prawej stronie Krzysztof Kurowski miał mecz bardzo intensywny, ale nie do końca stabilny. Z jednej strony zanotował 18 celnych podań na 25, trzy wybicia, przechwyt i dwa odbiory, więc był aktywny w defensywie i uczestniczył w rozegraniu. Z drugiej strony wygrał tylko trzy z 17 pojedynków, w tym żadnego z dwóch powietrznych. To jest statystyka, która mocno tłumaczy, dlaczego prawa strona Śląska z czasem zaczęła mieć coraz większe problemy z utrzymaniem przewagi i domykaniem akcji rywala. Sama obecność w zdarzeniach obronnych była, ale efektywność w bezpośrednich starciach już nie. To właśnie ten typ występu, w którym zawodnik jest w meczu, lecz nie zawsze wygrywa momenty, które powinny zatrzymać akcję przeciwnika.

Jehor Macenko wyglądał najpewniej z całego bloku środkowych obrońców, jeśli patrzeć czysto na liczby obronne. Dziesięć akcji defensywnych, siedem wybić, zablokowany strzał i dwa przechwyty to dorobek solidny, a momentami wręcz bardzo dobry. Nie był natomiast graczem dominującym w bezpośrednich starciach, bo wygrał pięć z 12 pojedynków. To mówi sporo o całym meczu Śląska bez piłki: było w nim dużo kasowania zagrożenia i sporo pracy porządkowej, ale niekoniecznie tyle samo fizycznej kontroli nad przeciwnikiem. Macenko dobrze czytał sytuacje i był potrzebny przy wybijaniu piłek, tylko że samą liczbą wybić meczu się nie uspokoi.

Lamine Ba dał z siebie sporo w obronie pola karnego, bo zanotował siedem akcji defensywnych, trzy wybicia, dwa zablokowane strzały i przechwyt. To są liczby obrońcy, który był potrzebny przy gaszeniu zagrożenia i często znajdował się blisko piłki w kluczowych strefach. Jednocześnie jednak jego mecz miał wyraźnie drugie dno. Wygrał tylko cztery z 13 pojedynków, a w powietrzu był skuteczny zaledwie raz przy sześciu próbach. To ważne, bo starcie z Puszczą zawsze ma w sobie element fizyczny, dużo drugich piłek i walki o dośrodkowania. Ba bronił odważnie, ale nie zdominował tych sytuacji. Na plus można mu zapisać jakość prostego rozegrania, bo podał celnie 21 z 25 piłek, więc gdy Śląsk potrafił jeszcze grać przez środek, nie był hamulcowym.

Mariusz Malec miał statystyki skromniejsze niż Macenko, ale także dość wymowne. Sześć akcji defensywnych, cztery wybicia, dwa odbiory i dwa przechwyty pokazują, że nie znikał z gry i miał swoje momenty interwencji. Problem jest podobny jak u reszty tej formacji: tylko cztery wygrane pojedynki na 10 prób i zaledwie jedna wygrana walka w powietrzu na pięć. Malec był więc użyteczny przy porządkowaniu akcji, lecz nie dominował rywala w kontakcie. To może tłumaczyć, dlaczego Śląsk tak często musiał wracać do kolejnego bronienia, zamiast raz przerwać serię ataków Puszczy i wyjść z tego fragmentu wyżej.

Marc Llinares miał chyba najbardziej nierówny mecz z całego defensywnego pasa. W defensywie uzbierał sześć akcji, trzy wybicia i trzy przechwyty, więc na pierwszy rzut oka nie wygląda to źle. Tyle że w posiadaniu piłki miał już spore problemy, bo zaliczył tylko 14 celnych podań na 27, a do tego wygrał zaledwie dwa z 13 pojedynków. To są liczby, które bardzo dobrze pasują do obrazu drugiej połowy: boczny zawodnik często zaangażowany, ale bez odpowiedniej jakości w utrzymaniu akcji i bez wystarczającej skuteczności w zatrzymywaniu przeciwnika w pojedynku. Llinares miał swoje interwencje, tylko że nie dawał drużynie oddechu. A w meczu, który zaczął się dla Śląska tak obiecująco, właśnie oddech po przerwie był jednym z najcenniejszych towarów.

Tu biło serce Śląska

Michał Mokrzycki rozegrał mecz, który z samych liczb wygląda na najbardziej kompletny wśród zawodników środka pola Śląska. Miał 57 kontaktów z piłką, podał celnie 25 z 35 razy, dołożył dwa kluczowe podania, wygrał oba swoje długie podania, oddał celny strzał, miał xG 0,13 i wygrał oba dryblingi. Do tego dorzucił 11 akcji defensywnych, siedem wybić i 11 wygranych pojedynków na 18. To jest profil zawodnika, który był jednocześnie łącznikiem, zabezpieczeniem i źródłem intensywności. Co ciekawe, po drugiej stronie Filipe Nascimento był dużo dokładniejszy w czystym operowaniu piłką, bo miał 58 celnych podań na 62, ale pod względem bezpośredniego wpływu na obie fazy gry Mokrzycki był od niego bardziej wielofunkcyjny. Jeśli szukać piłkarza, który najlepiej uosabiał pierwszą połowę Śląska, to właśnie on jest jednym z najmocniejszych kandydatów.

Patryk Sokołowski zagrał trochę ciszej niż Mokrzycki, ale w liczbach też wypada bardzo sensownie. 20 celnych podań na 25, jedno kluczowe podanie, osiem akcji defensywnych, cztery wybicia, przechwyty, zablokowany strzał i siedem wygranych pojedynków pokazują piłkarza pracującego w obie strony. Szczególnie interesujące są jego pojedynki powietrzne, bo wygrał cztery z sześciu, co przy tym typie meczu miało znaczenie. Sokołowski nie był twarzą najgłośniejszych akcji, ale był ważnym elementem mechanizmu, który przed przerwą funkcjonował całkiem sprawnie. Problem w tym, że po zmianie stron ten mechanizm zaczął się rozszczelniać, a jego wpływ nie wystarczył, by odwrócić tendencję i utrzymać Śląsk wyżej.

Piotr Samiec-Talar był najbardziej niebezpiecznym piłkarzem Śląska i liczby mówią to bardzo wyraźnie. Gol już w 7. minucie, najwyższe w całym meczu xG na poziomie 0,67, cztery udane dryblingi na cztery próby, trzy łączne próby strzału poza tą bramkową sytuacją. To nie był występ oparty wyłącznie na jednym błysku. Samiec-Talar był tym graczem, który realnie przesuwał Śląsk do przodu i nadawał akcjom dynamikę. Co ważne, jego xG było wyraźnie wyższe niż u któregokolwiek piłkarza Puszczy, bo najwyżej po stronie gospodarzy byli Konrad Kasolik z 0,26 i Amarildo Gjoni z 0,25. Innymi słowy: najbardziej jakościowa ofensywna obecność na boisku była po stronie Śląska i nazywała się Samiec-Talar. To jeszcze mocniej podbija niedosyt po końcowym wyniku.

Jednocześnie Samiec-Talar nie był zawodnikiem dominującym w walce fizycznej. Wygrał sześć z 18 pojedynków, czyli znacznie mniej niż sugerowałby sam odbiór jego gry z piłką. To zresztą świetnie pokazuje, na czym polegała jego wartość w tym meczu. Nie chodziło o przepychanie rywala, tylko o umiejętność zrobienia różnicy po otrzymaniu piłki, przyspieszenia i wejścia w wolną przestrzeń. Tego typu występy są bardzo cenne, ale zespół potrzebuje wtedy wokół takiego zawodnika odpowiedniego wsparcia w utrzymaniu kontroli. Po przerwie tego wsparcia było po prostu za mało.

Banaszak dawał dynamikę, Jambor nie dał punktu zaczepienia

Przemysław Banaszak to jeden z najbardziej interesujących przypadków w tym meczu. Z jednej strony był groźny: oddał dwa celne strzały, jeden niecelny, wypracował sobie xG na poziomie 0,13 i wygrał wszystkie cztery dryblingi. Z drugiej strony miał tylko pięć celnych podań na 11 prób, wygrał osiem z 24 pojedynków i stracił piłkę aż 18 razy. To bardzo charakterystyczny profil występu. Banaszak był groźny wtedy, kiedy akcja miała tempo i kiedy mógł zaatakować przeciwnika ruchem lub dryblingiem. Znacznie gorzej wyglądało to, gdy trzeba było utrzymać piłkę, wygrać kontakt, zagrać tyłem do bramki albo dać drużynie dłuższy oddech. Dlatego jego mecz można ocenić pozytywnie w kontekście samego stwarzania zagrożenia, ale już dużo ostrożniej w kontekście stabilizowania ofensywy.

Timotej Jambor to z kolei zawodnik, którego liczby bardzo jasno pokazują problem Śląska na dziewiątce w tym spotkaniu. Owszem, miał aż 89% celnych podań, bo osiem z dziewięciu prób było skutecznych, ale nie oddał żadnego strzału, nie wygenerował xG i nie wygrał ani jednego z siedmiu pojedynków. To oznacza, że był poprawny w prostym graniu, ale praktycznie nie dawał drużynie przewagi w najbardziej wymagających momentach dla napastnika. Jeżeli środkowy napastnik nie strzela, nie wygrywa starć i nie daje punktu zaczepienia, to cała odpowiedzialność za tworzenie zagrożenia spada na zawodników drugiej linii. W tym meczu Śląsk jeszcze przez pewien czas to wytrzymywał, ale docelowo taka konstrukcja musiała zacząć się chwiać.

Warto zresztą podkreślić jedną rzecz bardzo mocno: całe 0,93 xG Śląska wygenerowali tylko trzej zawodnicy — Piotr Samiec-Talar, Michał Mokrzycki i Przemysław Banaszak. To mówi bardzo dużo. Śląsk miał swoje momenty, ale były one skupione wokół wąskiej grupy piłkarzy. Jeśli rywal po przerwie zaczyna przejmować mecz, a twoja ofensywa opiera się na tak niewielu źródłach zagrożenia, to bardzo trudno utrzymać przewagę do końca. Właśnie dlatego druga połowa była już tak wyraźnie słabsza od pierwszej.

Rezerwowi: Więcej porządku niż realnego wpływu

Jorge Yriarte wszedł za Jambora i w krótkim czasie był porządny w prostych działaniach. Dziewięć celnych podań na 11, dwa działania defensywne i cztery wygrane pojedynki na 11 prób to liczby przyzwoite, ale nie takie, które zmieniają mecz. Jego wejście wygląda bardziej jak próba uporządkowania środka i dołożenia jednego gracza do kontroli, niż jak realne dołożenie nowej jakości w ataku. To nie był zły występ, tylko po prostu za lekki, żeby odwrócić trend, który już zaczął działać na korzyść Puszczy.

Luka Marjanac grał za krótko, by dać mu pełną ocenę, ale jego liczby też są wymowne. Miał tylko sześć kontaktów z piłką, podał dwa razy celnie, nie oddał strzału i wygrał jeden z pięciu pojedynków. W praktyce nie zdążył odcisnąć większego piętna na meczu. To bardziej zmiana na świeżość niż wejście, które realnie poprawiło jakość Śląska w końcówce.

Wnioski: Remis, który nie podcina optymizmu, ale odsłania konkretny problem

Najważniejszy wniosek z tych statystyk jest taki, że Śląsk nie zagrał meczu złego od początku do końca. Wręcz przeciwnie, liczby potwierdzają, że pierwsza połowa miała solidne podstawy. WKS umiał stworzyć groźniejsze sytuacje niż rywal, miał zawodników potrafiących wygrywać dryblingi, a w osobach Mokrzyckiego i Samca-Talara dysponował piłkarzami, którzy nadawali grze sens i tempo. To są powody, by patrzeć na kolejny mecz bardziej z umiarkowanym optymizmem niż z lękiem.

Jednocześnie równie wyraźnie widać, gdzie leży problem. Śląsk nie potrafił po prowadzeniu utrzymać meczu w swoim rytmie. Duża liczba wybić i przechwytów, słabsza jakość w wielu pojedynkach obrońców, zbyt mało wsparcia dla Samca-Talara w tworzeniu sytuacji i praktyczny brak produkcji z pozycji typowej dziewiątki sprawiły, że druga połowa zaczęła uciekać. To nie jest więc remis po totalnym chaosie, tylko remis po meczu, w którym Śląsk pokazał, że potrafi grać dobrze, ale jeszcze nie zawsze umie tę dobrą grę utrzymać przez pełne 90 minut. I właśnie to jest dziś najważniejsza rzecz do poprawienia.

Adam Paliszek-Saładyga

Autor

Adam Paliszek-Saładyga

Pochodzę z Oleśnicy. Na co dzień zajmuję się optymalizacją oraz analizą danych, w tym również danych piłkarskich. Poza analizami, które możecie przeczytać na Śląsknecie, jestem związany z piłką kobiecą w strukturach Śląska Wrocław. Ze Śląsknetem współpracuję od lipca 2025 roku, a samemu Śląskowi kibicuję od małolata.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.