ANALIZA: Śląsk miał wszystko poza spokojem
fot.: Paweł Kot
Sobotnie zwycięstwo Śląska Wrocław nad Pogonią Siedlce 1:0 wygląda na papierze skromnie, ale same liczby pokazują mecz niemal jednostronny. Poniższa analiza bazuje wyłącznie na statystykach z dostarczonych tabel Sofascore i właśnie one najlepiej tłumaczą, dlaczego Wrocławianie wygrali zasłużenie, a zarazem dlaczego nie zamknęli spotkania.
Już pobieżne spojrzenie na dane zespołowe pokazuje, że wynik był dla Pogoni wyjątkowo łaskawy. Śląsk wypracował 2,37 xG przy zaledwie 0,03 po stronie gości, oddał 24 strzały przy trzech rywala, miał 10 uderzeń celnych, 13 prób z pola karnego i aż 32 kontakty z piłką w szesnastce przeciwnika. To nie są liczby drużyny, która przepchnęła mecz jedną akcją. To są liczby zespołu, który regularnie wchodził w pole karne, dochodził do sytuacji i stale spychał przeciwnika do obrony. Paradoks polegał na tym, że przy tak wyraźnej przewadze skończyło się tylko 1:0.
Jeszcze ciekawsze jest to, że przewaga Śląska nie wynikała z samego posiadania piłki, bo to było idealnie równe i wyniosło 50 na 50. To dobrze pokazuje charakter tego spotkania. Wrocławianie nie kontrolowali go przez jałowe klepanie, tylko przez jakość wejść w ostatnią tercję boiska. 47 celnych podań w finalnej tercji przy skuteczności 82%, do tego 10 na 18 dokładnych dośrodkowań i 19 na 21 udanych dryblingów, pokazuje, że Śląsk nie był tylko dłużej przy piłce w dobrych momentach, ale przede wszystkim był przy niej znacznie groźniejszy. Pogoń mogła mieć podobny udział w posiadaniu, ale nie miała podobnego wpływu na przebieg wydarzeń pod bramką.
Dominacja większa niż wynik
Największą historią tego meczu jest różnica między przewagą Śląska a końcowym rezultatem. Z jednej strony mamy 24 strzały, z drugiej tylko jednego gola. To oznacza, że wrocławianie zrobili bardzo dużo, by ten mecz wygrać, ale wciąż zbyt mało, by wygrać go wysoko i spokojnie. Właśnie dlatego to spotkanie można czytać dwojako. Jako kolejne zasłużone zwycięstwo drużyny, która kontroluje pierwszoligowego rywala, ale też jako sygnał, że w polu karnym wciąż zostaje trochę zapasu do wykorzystania.
Na korzyść Śląska przemawia to, że nie dopuścił Pogoni do realnego rozwinięcia ataku pozycyjnego. Goście mieli zaledwie osiem kontaktów z piłką w polu karnym, nie wykreowali praktycznie niczego jakościowego i w ofensywie wyglądali jak zespół odcięty od własnych napastników. Na niekorzyść Śląska przemawia natomiast to, że przy takiej skali przewagi i przy dziewięciu interwencjach bramkarza rywali nie udało się zdobyć drugiej bramki, która zabiłaby napięcie.
Ten mecz nie był idealny w pojedynkach. Śląsk wygrał tylko 51 z 144 starć w kontakcie z rywalem, a w powietrzu przegrał je bardzo wyraźnie, bo zanotował 10 wygranych pojedynków główkowych przy 24 po stronie Pogoni. To ważny szczegół, bo pokazuje, że przewaga gospodarzy nie wynikała z fizycznego zmiażdżenia przeciwnika. Śląsk wygrał bardziej techniką, tempem operowania piłką i jakością wejść w strefy decydujące niż siłą w klasycznym rozumieniu.
Samiec-Talar i środek pola napisali ten mecz
Piotr Samiec-Talar był centralną postacią tej wygranej. Pięć celnych strzałów, 1,34 xG, dwa niecelne uderzenia, dwa zablokowane i do tego dwa udane dryblingi pokazują zawodnika, przez którego przechodziło niemal wszystko, co najgroźniejsze. Kapitan nie był tylko finalizatorem, bo dołożył też dwa kluczowe podania, dwa dośrodkowania, z których jedno było celne, oraz komplet dokładnych długich piłek. To bardzo istotne. Samiec-Talar nie funkcjonował wyłącznie jako człowiek od ostatniego dotknięcia, lecz jako piłkarz, który jednocześnie ciągnął grę, szukał przestrzeni i kończył akcje. Można wręcz powiedzieć, że w tym meczu był jednocześnie półnapastnikiem, rozgrywającym i zawodnikiem odpowiedzialnym za ostatnie wejście w pole karne.
Michał Mokrzycki zagrał inaczej, ale równie wartościowo. Miał aż 87 kontaktów z piłką, 59 celnych podań, dwa kluczowe zagrania i dwa celne strzały. To był występ środkowego pomocnika, który stale nadawał rytm akcji i regularnie podłączał się pod finalizację. Do tego dorzucił 11 wygranych pojedynków, co przy tak dużym udziale w rozegraniu robi duże wrażenie. Jego mecz był bardzo dojrzały: dużo piłki, dużo decyzji, dużo odpowiedzialności, a jednocześnie konkret pod bramką rywala. Jeśli Samiec-Talar był twarzą przewagi, to Mokrzycki był jej mechanizmem.
Jorge Yriarte nie miał tak efektownych liczb strzeleckich, ale jego wkład w kreację był ogromny. Cztery kluczowe podania to najlepszy wynik wśród zawodników Śląska, a do tego 37 celnych podań i dwa strzały niecelne. To mówi wiele o jego roli. Yriarte był tym, który dostarczał piłkę między linie i uruchamiał kolegów w strefach, gdzie Pogoń miała największy problem. Jeśli ktoś szuka wytłumaczenia, dlaczego Śląsk aż 32 razy dotknął piłki w polu karnym rywala, to odpowiedź kryje się właśnie w takich występach. Yriarte nie musiał mieć wielkich liczb defensywnych, bo jego największą bronią było przesuwanie ciężaru gry w miejsca, gdzie rywal nie nadążał.
Marc Llinares dołożył do tego swoją wersję kontroli. 71 kontaktów z piłką, 39 celnych podań, dwa kluczowe zagrania, pięć dośrodkowań, z których trzy były dokładne, oraz własne próby strzeleckie pokazują, że lewa strona Śląska żyła. Llinares nie był tylko bocznym zawodnikiem od szerokości. On aktywnie wpływał na przebieg akcji i dawał drużynie ciągłe podanie progresywne z boku do środka albo z boku w pole karne. To był występ bardziej kreatora niż wyłącznie wahadłowego.
Krzysztof Kurowski miał bardziej szarpany mecz, ale statystycznie był bardzo aktywny. Dwa strzały niecelne, jedno uderzenie zablokowane, jedno trafienie w obramowanie i dwa udane dryblingi pokazują, że po jego stronie też było bardzo dużo ruchu. Dołożył do tego 27 celnych podań i jedno kluczowe. Jego liczby są o tyle interesujące, że pokazują zawodnika odważnego, ale nie zawsze precyzyjnego. Kurowski dawał tempo, atakował przestrzeń i próbował rozstrzygać akcje, ale właśnie on jest jednym z symboli tego, że Śląsk powinien był ten mecz wygrać wyżej. Aktywność była, jakość dojścia była, zabrakło tylko większego chłodu.
Trójka z tyłu nie musiała bronić
Michał Szromnik spędził wieczór relatywnie spokojnie. W zbiorczych statystykach Pogoń wyglądała ofensywnie niemal niewidocznie, więc bramkarz Śląska nie musiał być bohaterem w takim sensie, w jakim po drugiej stronie był Jakub Lemanowicz. I to też jest pochwała. Szromnik nie był pierwszoplanową postacią, bo cały blok przed nim skutecznie odciął gości od groźnych sektorów. Gdy mecz kończy się przy 0,03 xG rywala, bramkarz ma przede wszystkim nie popełnić błędu i utrzymać koncentrację. Tę część zadania wypełnił.
Jehor Macenko zagrał bardzo nowocześnie jak na stopera w trójce. 35 celnych podań, dwa kluczowe, trzy dokładne długie piłki na cztery próby i udział w dośrodkowaniach pokazują, że nie był tylko zawodnikiem od czyszczenia. Dodatkowo miał cztery działania defensywne, dwa wybicia i dwa przechwyty. To występ obrońcy, który umie połączyć asekurację z progresją. W tym meczu Macenko był ważny nie dlatego, że gasił pożary bez końca, ale dlatego, że pomagał Śląskowi utrzymywać przeciwnika daleko od własnej bramki.
Mariusz Malec był bardziej zachowawczy, ale bardzo kliniczny w rozegraniu. 50 celnych podań przy skuteczności 91% i 61 kontaktach z piłką robią bardzo dobre wrażenie. Miał też jeden celny strzał i 0,21 xG, więc potrafił pojawić się w strefie finalizacji. Z perspektywy środkowego obrońcy to cenna nadwyżka. Można powiedzieć, że Malec dał drużynie mecz uporządkowany: mało chaosu, dużo prostych decyzji, kilka wejść wyżej i bez niepotrzebnego ryzyka.
Lamine Babył chyba najspokojniejszym z całej trójki. 48 celnych podań na 49 prób to znakomita dokładność, do tego dwa celne dośrodkowania na trzy oraz dwie wygrane górne walki przy trzech pojedynkach powietrznych. Jego liczby nie krzyczą, ale właśnie dlatego są wartościowe. Ba nie miał potrzeby robienia rzeczy spektakularnych. Zagrał tak, by piłka nie wracała do rywala zbyt szybko. W meczu, w którym Śląsk atakował falami, taki obrońca jest bezcenny, bo utrzymuje ciągłość nacisku.
Brakowało egzekucji z przodu
Luka Marjanac był aktywny i momentami trudny do uchwycenia, ale nie przełożył tego na twardą produktywność. Miał dwa kluczowe podania, trzy udane dryblingi na trzy próby i własne 0,15 xG, ale przy tym tylko 9 celnych podań z 14 prób. To występ zawodnika, który generował zamieszanie i dawał nieprzewidywalność, lecz nie zawsze potrafił domknąć akcję właściwą decyzją. Marjanac wnosił dynamikę i odwagę w grze jeden na jednego, jednak w takim meczu chciałoby się po nim więcej ostatniego podania albo lepszego wykończenia.
Przemysław Banaszak zaliczył mecz pracowity, choć niekoniecznie błyskotliwy. Miał 0,41 xG, jeden celny strzał i dwa niecelne, czyli był obecny tam, gdzie napastnik powinien się pojawiać. Jednocześnie nie wygrał wielu pojedynków i nie dał drużynie tak dużej przewagi fizycznej, jakiej można by oczekiwać od środkowego napastnika. To chyba najlepsze podsumowanie jego występu: był przy sytuacjach, ale nie dominował. Pomagał utrzymywać presję, lecz nie został jej twarzą.
Zmiany niczego nie zmieniły
Timotej Jambor wszedł na nieco ponad kwadrans i zostawił po sobie przyzwoity ślad. Zanotował komplet podań, kluczowe zagranie i udany drybling. To liczby małe objętościowo, ale sensowne jakościowo. Widać, że po wejściu nie schował się za grą. Próbował być pod grą i szukał kontaktu z piłką w strefie ataku.
Michał Rosiak wszedł jeszcze później, a mimo to zdążył zanotować jeden strzał niecelny i komplet podań. To sugeruje wejście odważne, bez grania zachowawczego na przeczekanie. Nie odmienił meczu, ale też nie rozmył przewagi zespołu, co przy prowadzeniu 1:0 było istotne.
Dorian Markowski pojawił się już w doliczonym czasie i miał epizod zbyt krótki, by wyciągać z niego szerokie wnioski. To była typowa zmiana na zamknięcie spotkania i zarządzanie ostatnimi sekundami.
Śląsk zagrał dobrze, ale mógł zagrać jeszcze bardziej bezwzględnie
Najważniejszy wniosek po tym meczu jest prosty: Śląsk wygrał w sposób zasłużony i statystycznie bardzo przekonujący. Przewaga w xG, liczbie strzałów, wejściach w pole karne, jakości podań w finalnej tercji i udanych dryblingach była zbyt wyraźna, by mówić o przypadku. To był mecz zespołu lepszego piłkarsko, lepiej zorganizowanego i zdecydowanie groźniejszego.
Ale równie ważny jest drugi wniosek. To nie było zwycięstwo kompletne. Jeśli przy 2,37 xG, 24 strzałach i 10 uderzeniach celnych kończysz mecz tylko z jednym golem przewagi, zostawiasz sobie niepotrzebne napięcie. Zespół Simundzy zrobił bardzo dużo, by ten mecz wygrać, lecz nie zrobił wszystkiego, by wygrać go spokojnie. I właśnie w tej różnicy między kontrolą a domknięciem spotkania kryje się najciekawsza puenta sobotniego wieczoru.
Śląsk miał ten mecz pod kontrolą niemal od początku do końca. Środek pola narzucił warunki, wahadła dawały napęd, trójka stoperów spokojnie prowadziła rozegranie, a Samiec-Talar był graczem, którego Pogoń nie potrafiła zatrzymać. Jeśli więc szukać po tym spotkaniu jednocześnie pochwały i drobnego ostrzeżenia, to brzmi ono tak: Wrocławianie byli lepsi wyraźnie, ale wciąż mogą być jeszcze bardziej bezlitośni.
