ANALIZA: Śląsk zrobił wiele, by wygrać wcześniej. Nerwowo było jednak do końca

ANALIZA: Śląsk zrobił wiele, by wygrać wcześniej. Nerwowo było jednak do końca

fot.:

Śląsk Wrocław wygrał w Mielcu ze Stalą 3:2, ale same liczby przedstawiają mecz, który powinien zamknąć się dużo wcześniej. Dane z Sofascore jasno wskazują na dużą przewagę Wrocławian, lecz wynik do ostatnich minut trzymał w napięciu.



 

Liczby były po stronie Śląska

To był jeden z tych meczów, po których wynik nie do końca oddaje skalę przewagi. Wojskowi wygrali tylko jedną bramką, ale statystycznie różnica była wyraźna. Wrocławianie mieli 58% posiadania piłki, oddali 25 strzałów przy 7 uderzeniach Stali, a współczynnik goli oczekiwanych wyniósł 4,21 dla gości i 0,52 dla gospodarzy. Już sam ten zestaw pokazuje, że goście stworzyli sobie mnóstwo sytuacji, a Stal była w ofensywie dużo bardziej oszczędna.

Najważniejsze jest jednak to, jak WKS dochodził do tych sytuacji. 19 strzałów z pola karnego, 32 kontakty z piłką w szesnastce rywala i 12 rzutów rożnych mówią o stałej obecności pod bramką Macieja Gostomskiego. To nie był bezproduktywny atak pozycyjny, w którym drużyna długo wymienia podania daleko od szesnastki. Trójkolorowi naprawdę wchodzili w strefy, z których można było zrobić krzywdę.

Problem polegał na tym, że przy takiej przewadze trzeba było zamknąć mecz wcześniej. Wojskowi oddali 25 strzałów, ale tylko 7 celnych. Aż 10 uderzeń zostało zablokowanych, co wskazuje na dwie rzeczy. Z jednej strony zespół z Wrocławia regularnie doprowadzał akcje do końca. Z drugiej, Stal potrafiła zagęścić pole karne i rzucać się pod piłkę. Gospodarze zanotowali 20 wybić, czyli bronili głęboko i często ratunkowo.

Największy paradoks tego meczu polega na tym, że Śląsk miał kontrolę, ale nie miał spokoju. Stal oddała tylko 2 celne strzały i zdobyła 2 bramki. Michał Szromnik nie zanotował żadnej interwencji, bo rywale byli skrajnie skuteczni. Nie musi to automatycznie obciążać bramkarza, ale dla całego zespołu powinno być wyraźnym sygnałem ostrzegawczym. Przy takiej przewadze w grze nie można pozwalać przeciwnikowi, by z małej liczby okazji wyciągał aż tak wiele.

WKS był lepszy również w rozegraniu. Zanotował 385 podań przy 256 po stronie Stali, z czego 326 było celnych wobec 195 rywali. Szczególnie dobrze wyglądało to w trzeciej tercji boiska. Wrocławianie wykonali tam 40 dokładnych zagrań na 50 prób, co dało bardzo wysoką skuteczność. Stal miała w tym elemencie 17 takich podań na 36 prób.

Bardzo dobrze wyglądały także dryblingi. Wojskowi mieli 19 udanych prób na 21, więc piłkarze gości regularnie mijali rywali w pojedynkach jeden na jednego. To tłumaczy, dlaczego Stal tak często musiała się cofać, blokować strzały i bronić we własnej szesnastce. W tym meczu drużyna Ante Simundzy nie grała statycznie. Nie brakowało ruchu, pojedynków i prób przyspieszenia akcji.

Mało pracy bramkarskiej, spore rozczarowanie

Michał Szromnik znalazł się w trudnej sytuacji statystycznej. Bramkarz WKS-u dwukrotnie wyciągał piłkę z siatki, choć w statystykach nie zapisano mu żadnej skutecznej interwencji. Stal oddała tylko dwa celne strzały i oba zakończyły się bramkami. Dla Szromnika był to wyjątkowo niewdzięczny mecz, trudno wejść w odpowiedni rytm, gdy drużyna przez większość czasu dominuje, a rywal pod bramką pojawia się sporadycznie, ale od razu robi to z dużą skutecznością.

W grze nogami Szromnik był bezbłędny. Miał 8 celnych podań na 8 prób, a także 3 celne długie piłki na 3 zagrania. To istotne, ponieważ przy dominacji gości rola bramkarza sprowadzała się głównie do wsparcia w rozegraniu i spokojnego budowania akcji od tyłu. Nie było tu nerwowości ani strat w pierwszej fazie akcji.

Porównanie z Maciejem Gostomskim dobrze oddaje, jak różny był ciężar pracy obu bramkarzy. Golkiper Stali zanotował 4 interwencje, w tym 3 po strzałach z pola karnego. W statystykach zapisano mu również błąd prowadzący do strzału, co pokazuje, że znajdował się pod znacznie większą presją. Wojskowi regularnie zmuszali go do pracy, a Stal nie robiła tego samego ze Szromnikiem. Mimo tego gospodarze długo utrzymywali się w meczu, bo byli bardzo skuteczni.

Spokojne budowanie akcji, lecz nie bez błędów

Linia defensywna WKS-u miała w Mielcu dwa oblicza. Z piłką wyglądała pewnie, często pomagała w budowaniu akcji i nie bała się grać wyżej. Bez piłki pojawiły się jednak momenty, które kosztowały drużynę zbyt dużo.

Jehor Macenko był jednym z najbardziej aktywnych obrońców w ofensywie. Oddał dwa strzały celne, uzbierał 0,81 xG i nie wykorzystał jednej dogodnej okazji. Jak na zawodnika ustawionego w obronie to bardzo wysoki udział w ataku. Macenko nie ograniczał się do asekuracji. Wchodził w pole karne, dochodził do uderzeń i dawał drużynie przewagę przy stałych fragmentach lub dłuższych akcjach. Przy lepszym wykończeniu mógł nawet dopisać się do listy strzelców.

W rozegraniu Macenko także wyglądał solidnie. Miał 33 celne podania na 39 prób i 3 celne długie piłki na 6. Do tego wygrał 8 z 13 pojedynków, w tym 6 z 8 w powietrzu. To bardzo ważna liczba, bo Stal przy swojej mniejszej obecności przy piłce musiała szukać prostszych środków. Macenko potrafił odnaleźć się w tej grze, jednak niewykorzystana okazja ciąży nad jego występem, to mógł być moment, który dałby gościom spokojniejszy finisz.

Występ Lamine Ba miał zupełnie inny charakter. Był bardzo pewny w rozegraniu. Zanotował 41 celnych podań na 44, czyli utrzymywał bardzo wysoką dokładność. Dołożył jedno kluczowe zagranie i jedno celne dośrodkowanie. W budowaniu gry wyglądał spokojnie, bez niepotrzebnego ryzyka. Taka postawa pomagała drużynie zachować odpowiednią strukturę.

Najwięcej zastrzeżeń można mieć do jego gry w pojedynkach, wygrał zaledwie 2 z 9, a w powietrzu nie poradził sobie w żadnej z dwóch prób. Nie przekreśla to całego jego występu, bo w rozegraniu prezentował się bardzo dobrze, ale w działaniach defensywnych zabrakło mu większej stanowczości. Zanotował też 3 działania defensywne i 2 przechwyty, więc trudno mówić, że był bierny. Problem w tym, że w bezpośrednich pojedynkach nie miał takiej przewagi, jakiej można było oczekiwać.

Mariusz Malec miał 49 kontaktów z piłką i 29 celnych podań na 36. Dołożył 5 działań obronnych i 4 wybicia, więc widać, że momentami musiał zabezpieczać zespół głębiej, już w pobliżu własnego pola karnego. Słabiej wyglądał w starciach indywidualnych. Wygrał tylko 1 z 8 pojedynków, a w powietrzu nie wygrał żadnego. To pokazuje, że choć Śląsk miał mecz pod kontrolą, w pojedynczych sytuacjach obrona nie zawsze była równie pewna.

Na plus można zaliczyć fakt, że Trójkolorowi przez dłuższy czas nie musieli bronić głęboko. Wrocławianie zanotowali tylko 12 wybić, przy 20 po stronie Stali, co dobrze pokazuje, która drużyna częściej była zmuszana do interwencji bliżej własnej bramki. Z drugiej strony błąd prowadzący do strzału oraz dwa stracone gole przy niskim xG rywala sugerują, że zespół z Wrocławia miał w tym meczu bardzo niewielki margines błędu.

Rosiak dał impuls, Kurowski intensywność

Michał Rosiak był jednym z tych zawodników, których statystyki dobrze pokazują wpływ na grę. Miał 59 kontaktów z piłką, 36 celnych podań na 44, 2 kluczowe podania, 5 dośrodkowań, w tym 2 celne, oraz 3 udane dryblingi na 3 próby. To bardzo kompletny zestaw jak na wahadłowego. Rosiak nie tylko często uczestniczył w grze, ale też potrafił dać konkretną jakość w pobliżu bramki rywala.

Najważniejszy był oczywiście udział przy zwycięskim golu. To po jego podaniu Michał Mokrzycki trafił na 3:2. Ta akcja nie była przypadkiem, bo liczby Rosiaka od początku sugerowały, że jest jednym z głównych kanałów napędzania ataku. Dołożył też 2 niecelne strzały i 0,08 xG, co pokazuje, że sam również próbował finalizować akcje.

W pojedynkach Rosiak zaprezentował się solidnie. Wygrał 7 z 14 starć. Trudno mówić o dominacji, jednak w jego roli kluczowe było co innego, regularne przesuwanie akcji wyżej i odwaga w grze jeden na jednego. Warto zestawić to z Hubertem Matynią po stronie Stali. Matynia miał co prawda asystę przy golu Bartosza Szeligi, ale przegrał wszystkie 8 pojedynków i stracił piłkę aż 13 razy. Rosiak był dużo stabilniejszy w całym meczu.

Krzysztof Kurowski również wykonał dużo pracy. Miał 43 kontakty z piłką, 28 celnych podań na 34, jedno kluczowe podanie i 5 dośrodkowań. Dokładne było jednak tylko jedno z nich, więc skuteczność w tym elemencie mogła być lepsza. Z drugiej strony Kurowski dołożył 2 udane dryblingi na 2 próby i wygrał 7 z 13 pojedynków. To pokazuje, że był aktywny, walczył i potrafił utrzymać się przy piłce pod presją.

W obronie miał 4 działania defensywne, 2 przechwyty i jedno wybicie. Słabszym elementem było to, że trzykrotnie dał się ograć w pojedynku dryblingiem. Przy grze na wahadle takie sytuacje są ryzykowne, bo za plecami zostaje dużo przestrzeni. Kurowski dał więc sporo energii, ale jego występ nie był pozbawiony trudniejszych momentów.

Marko Dijaković wszedł za Kurowskiego w końcówce. Jego liczby są symboliczne, bo pojawił się na boisku w 86. minucie. Miał jeden kontakt z piłką i jedno niecelne podanie. Trudno więc oceniać go szerzej. Jego rola była już bardziej związana z dowiezieniem wyniku niż realnym wpływem na atak.

Mokrzycki dołożył bramkę, Samiec-Talar rozbujał grę

Michał Mokrzycki rozegrał mecz, który można opisać jednym słowem: kompletny. Zdobył zwycięską bramkę, ale jego wpływ nie kończył się na tym jednym strzale. Miał 64 kontakty z piłką, 39 celnych podań na 47, 3 kluczowe podania, jedno celne dośrodkowanie i jedną celną długą piłkę. Do tego oddał celny strzał, jeden niecelny i miał dwie próby zablokowane.

Największą wartością Mokrzyckiego była jednak obecność w wielu fazach gry. Wygrał 9 z 13 pojedynków, w tym 6 z 9 na ziemi i 3 z 4 w powietrzu. To bardzo mocny wynik jak na środkowego pomocnika. Nie był zawodnikiem, który tylko rozgrywał piłkę. On ją odbierał, chronił, walczył i kończył akcje. W spotkaniu z tak głęboko ustawionym rywalem środek pola potrzebuje cierpliwości, ale i konkretu. Mokrzycki dobrze połączył jedno z drugim.

Dobrze wypada porównanie z Pawłem Kruszelnickim ze Stali. Kruszelnicki zdobył gola i był dla gospodarzy bardzo efektywny, ale miał tylko 19 kontaktów z piłką i 8 celnych podań. Mokrzycki był dużo bardziej obecny w grze. Stal miała piłkarza od pojedynczego błysku, ale Śląsk miał zawodnika łączącego liczby z kontrolą środka pola.

Piotr Samiec-Talar był z kolei jednym z głównych motorów ofensywy. Miał aż 76 kontaktów z piłką, najwięcej w zespole, 34 celne podania na 44, 5 kluczowych podań, 6 dośrodkowań, w tym 3 celne, oraz 3 celne długie piłki na 4. Te liczby dobrze pokazują, jak ważnym ogniwem był w budowaniu ataków.

Najbardziej imponował w grze jeden na jednego. Samiec-Talar miał 6 udanych dryblingów na 6 prób. Wygrał też 10 z 17 pojedynków, wszystkie rozgrywane na ziemi. To był występ pełen odwagi w grze jeden na jednego. Kapitan Śląska regularnie brał odpowiedzialność i napędzał ataki, zwłaszcza wtedy, gdy trzeba było złamać ustawienie Stali.

Jednocześnie można mieć do niego jedno zastrzeżenie. Oddał dużo strzałów, ale żaden nie był celny. Miał 4 strzały niecelne i aż 6 zablokowanych. To pokazuje, że dochodził do pozycji, ale często brakowało albo szybszej decyzji, albo lepszego kąta, albo chłodniejszego wykończenia. Mimo wszystko miał duży wpływ na grę ofensywną, bez jego pojedynków i podań w tempo Trójkolorowi nie generowaliby tylu akcji w polu karnym.

W przypadku Yriarte akcent był położony bardziej na organizację i zabezpieczenie. Miał 67 kontaktów z piłką i aż 48 celnych podań na 51. To znakomita skuteczność. Dołożył jedno kluczowe zagranie i 2 dokładne długie piłki na 2 próby. W fazie rozegrania był więc bardzo bezpiecznym punktem. Gdy piłka trafiała do niego, drużyna zwykle mogła kontynuować akcję bez straty tempa.

U Yriarte słabiej wyglądały pojedynki. Wygrał 5 z 15, a na ziemi tylko 1 z 7. Lepiej radził sobie w powietrzu, gdzie wygrał 4 z 8 starć. Z piłką dawał spokój i dokładność, ale w bezpośrednich starciach brakowało mu większej dominacji. Przy kontroli gości nie zaważyło to na całym meczu, choć w porównaniu z Mokrzyckim i Samcem-Talarem wypadało mniej okazale.

Finalizacja i harówka w pierwszej linii

Przemysław Banaszak zrobił to, czego oczekuje się od napastnika. Strzelił dwa gole z rzutów karnych, oddał 4 celne strzały i miał najwyższy współczynnik xG w drużynie. Oczywiście jedenastki mocno podbijają tę statystykę, ale nie zmienia to faktu, że Banaszak był najczęściej kończącym akcje zawodnikiem Śląska.

Miał 32 kontakty z piłką i 12 celnych podań na 16, więc nie był bardzo mocno zaangażowany w rozegranie. To jednak normalne przy jego roli. Ważniejsze były pojedynki. Banaszak stoczył ich aż 23 i wygrał 11. Szczególnie dobrze wyglądał w powietrzu, gdzie wygrał 8 z 13 starć. Dzięki temu Wojskowi mieli stały punkt zaczepienia w ataku. Nawet gdy rozegranie po ziemi się nie układało, zespół mógł szukać napastnika dłuższą piłką albo dośrodkowaniem.

Warto porównać go z Kristianem Fucakiem po stronie Stali. Napastnik gospodarzy miał 18 kontaktów z piłką, tylko 4 celne podania na 11, wygrał 4 z 14 pojedynków i nie oddał celnego strzału. Banaszak był o wiele bardziej konkretny. Nie tylko wykorzystał karne, ale też mocniej wpływał na obrońców rywala samą walką.

Luka Marjanac nie zdobył bramki, ale jego występ był bardzo wartościowy. Wywalczył rzut karny, miał 37 kontaktów z piłką, 14 celnych podań na 16, jedno kluczowe podanie, jedno celne dośrodkowanie i 3 udane dryblingi na 3 próby. To pokazuje, że był aktywny i skuteczny w krótkich działaniach.

Miał także 18 pojedynków, z których wygrał 10. Był faulowany 4 razy, najczęściej w zespole Śląska. Ta liczba dobrze oddaje, jak trudno było przeciwnikom sobie z nim poradzić. Marjanac potrafił utrzymać się przy futbolówce, zastawić się, ruszyć z akcją i wymusić przewinienie. Przy nisko ustawionej Stali takie zachowania były bardzo cenne, bo pozwalały przenieść grę bliżej bramki i zmuszały obrońców do błędów.

Minusem jest brak celnego strzału. Marjanac miał 0,39 xG, 2 strzały niecelne i 2 zablokowane. Jego aktywność w ofensywie była widoczna, lecz podobnie jak u Samca-Talara brakowało mocnego akcentu w finalizacji. Mimo to jego udział przy rzucie karnym i bardzo dobre liczby w pojedynkach sprawiają, że był jednym z ważniejszych zawodników w ofensywie.

Timotej Jambor wszedł w 86. minucie za Marjanaca. Miał tylko 5 kontaktów z piłką, jedno celne podanie na 2 i przegrał swój jedyny pojedynek. To zbyt krótki występ, by wyciągać duże wnioski. Wszedł już w momencie, gdy WKS musiał bardziej pilnować wyniku niż budować kolejne fazy ofensywy.

Oskar Wojtczak pojawił się jeszcze później, w doliczonym czasie gry. Miał 2 kontakty z piłką, jedno celne podanie i wygrał 1 z 2 pojedynków. Jego wejście było typowo końcowe. Miał pomóc przetrwać ostatnie minuty, a nie zmienić obraz meczu.

Kontrola gry, ale nie kontrola wyniku

Śląsk wygrał zasłużenie. Tego nie da się podważyć, patrząc na statystyki. Przewaga w xG, strzałach, posiadaniu piłki, podaniach w trzeciej tercji, dryblingach i kontaktach w polu karnym była bardzo wyraźna. To był mecz, w którym wrocławianie stworzyli sobie warunki do wygranej i przez większość czasu byli drużyną dużo groźniejszą.

Jednocześnie to nie był występ bez problemów. Największy z nich to skuteczność z gry. Wojskowi oddali 25 strzałów, mieli ogromne xG, ale dwie z trzech bramek zdobył z rzutów karnych. To oczywiście też efekt dobrej gry, bo karne nie biorą się z niczego. Trzeba wejść w pole karne, wymusić błąd, sprowokować rywala do spóźnionej interwencji. Mimo wszystko przy takiej liczbie sytuacji powinno być więcej trafień po rozegranych atakach.

Drugi problem to bronienie pojedynczych akcji. Stal miała bardzo mało argumentów, ale zdobyła dwie bramki. To pokazuje, że Trójkolorowi przez większość spotkania potrafili kontrolować przestrzeń, ale w najważniejszych momentach dali gospodarzom zbyt wiele swobody. Przy mocniejszym rywalu taki brak ostrożności mógłby kosztować punkty.

Największe plusy są dość czytelne. Banaszak dał konkret pod bramką i dominował w powietrzu. Mokrzycki połączył intensywność, odpowiedzialność w rozegraniu i bramkę na wagę zwycięstwa. Z kolei Samiec-Talar był najważniejszym motorem ofensywy, napędzał akcje dryblingiem i otwierającymi podaniami. Rosiak dał jakość na wahadle i miał udział przy bramce na 3:2. Marjanac wykonał ogrom pracy bez piłki i z piłką, a Macenko ponownie pokazał, że obrońca może być realnym zagrożeniem w polu karnym rywala.

To było spotkanie, w którym przewaga Śląska nie podlegała większej dyskusji, ale brak skutecznego domknięcia wyniku sprawił, że do końca trzeba było drżeć. Liczby wyglądały bardzo dobrze, w ofensywie było sporo konkretu, a indywidualnie kilku piłkarzy mocno się wyróżniło. Pełny spokój dałoby jednak dopiero szybsze rozstrzygnięcie meczu.

Adam Paliszek-Saładyga

Autor

Adam Paliszek-Saładyga

Pochodzę z Oleśnicy. Na co dzień zajmuję się optymalizacją oraz analizą danych, w tym również danych piłkarskich. Poza analizami, które możecie przeczytać na Śląsknecie, jestem związany z piłką kobiecą w strukturach Śląska Wrocław. Ze Śląsknetem współpracuję od lipca 2025 roku, a samemu Śląskowi kibicuję od małolata.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.