Grodzicki: Chcieliśmy ściągnąć do Śląska piłkarzy, którzy podniosą mental w szatni (WYWIAD)
fot.: Michał Stawarz
- Moim marzeniem jest awans Śląska Wrocław do Ekstraklasy. Nawet za cenę tego, że miałoby mnie później w klubie nie być- mówi Rafał Grodzicki. Dyrektor sportowy Śląska Wrocław w najnowszym wywiadzie dla naszej redakcji opowiedział m.in. o zimowym okienku transferowym, współpracy z Ante Simundzą, czy piłkarzach, którym w czerwcu kończą się kontrakty. Zapraszamy!
Wywiad został przeprowadzony przed meczem z Wisłą Kraków.
Czy piłkarze poczuli w końcu ulgę po ostatnich wygranych spotkaniach?
Myślę, że ten ciężki plecak, który nosiliśmy od pierwszego meczu, trochę mniej teraz waży, ale dalej go niesiemy na swoich plecach. Śląsk przez wielkość klubu, miasta, czy stadionu wciąż jest jednym z faworytów do awansu. Zdajemy sobie cały czas z tego sprawę. Wygraliśmy ostatnie spotkania, ale musimy dalej robić swoje.
Z czego wynikał początkowy falstart?
Zaczęliśmy rundę wiosenną bardzo podobnie jak cały sezon, tzn. od remisu oraz porażki. Weźmy jednak pod uwagę to, co wydarzyło się w klubie w grudniu oraz styczniu. Nie pojechaliśmy na obóz i pewnie niektórym z boku mogło się wydawać, że Śląsk nie jest pierwszym i ostatnim zespołem, który został w Polsce. Pozornie tak, ale co innego, gdy jest to od początku planowane. Zasadniczo te wszystkie rzeczy mocno oddziaływały na drużynę. Nie mówię tu tylko o rezygnacji z wyjazdu, ale również długo nie było jasne, jak szerokie będą nasze możliwości transferowe. Jeśli chodzi o infrastrukturę treningową, to nie mamy przy Oporowskiej boiska ze sztuczną nawierzchnią. Piłkarze codziennie spotykali się na zbiórce i jeździli po 40 minut w jedną i drugą stronę. Przy tych mrozach to nie było przyjemne, a mieliśmy dwa treningi dziennie. Dojazdy na treningi były długie i w tych warunkach nie było to optymalne przygotowanie. To nie działało na korzyść zawodników. Sam byłem piłkarzem i wiem, że też bym pewnie marudził i się wkurzał, że to nie jest łatwe.
Po tych zmianach z tygodnia na tydzień zaczęliśmy coraz intensywniej pracować z trenerem nad mentalem drużyny, żeby pokazać zawodnikom, że z tego zespołu można wykrzesać jeszcze więcej i że w warunkach, jakie mamy, musimy zrobić wszystko, by odwrócić sytuację. Później, z biegiem czasu, po każdym tygodniu oraz rozmowie było widać, że przynosi to zamierzony efekt. Do tego doszła jeszcze zmiana systemu, która była już planowana w grudniu. Później w krytycznym momencie trzeba było postanowić, w którą stronę idziemy. Po meczu z Miedzią wielokrotnie podkreślałem, że jest to moment, w którym klub musi jeszcze mocniej wesprzeć sztab w tym wszystkim i wierzyć, że karta się odwróci.
Czyli po porażce w Legnicy nikt w klubie nie zastanawiał się nad zmianą trenera? Posada Ante Simundzy nie była zagrożona?
Zrobiliśmy trzy ruchy transferowe, które miały poprawić poziom na poszczególnych pozycjach. Byliśmy przekonani, że tak się stało. Krótko po ostatnim gwizdku w Legnicy, wspólnie ze sztabem, zaczęliśmy pracę nad poszukiwaniem rozwiązań w tej trudnej sytuacji. Siedzieliśmy, bodajże 45 minut w szatni i dyskutowaliśmy o wszystkim. Tuż po meczu mieliśmy różne przemyślenia i nie we wszystkim zgadzaliśmy się ze sobą, natomiast uważam, że ta pierwsza burza mózgów była nam potrzebna. Kolejny dzień był już spokojniejszy, ponieważ daliśmy sobie jeden dzień na to, aby jeszcze przemyśleć pewne kwestie. Absolutnie nie mam tu na myśli zmian w sztabie; rozmawialiśmy o zawodnikach, systemie oraz sposobach prowadzenia treningów. Wiele sprowadzało się do mentalu drużyny. W tym wszystkim brał też udział prezes Remigiusz Jezierski. Daliśmy przestrzeń trenerowi, ponieważ to on jest odpowiedzialny za prowadzenie drużyny. Fajnie złożyły się mecze z Odrą i Chrobrym, bo było widać trochę inny styl. Są momenty, kiedy potrafimy oddać piłkę przeciwnikowi i, jak mawia Ante, czasami cierpieć. Dalej pracujemy nad wyeliminowaniem drobnych błędów. Cieszę się, że nowe nazwiska z tygodnia na tydzień coraz więcej znaczą w drużynie. Mocno pracowaliśmy nad tym, by podnieść morale i nie ukrywam, że Lamine Ba oraz Michał Mokrzycki mają w sobie cechy lidera.
Ostatnio w jednym z wywiadów mówił pan, że wcześniej nie zrobiliście wszystkiego, by okazać trenerowi wsparcie. Może to pan rozwinąć?
Wiem, jak wyglądał ostatni czas, choćby na korytarzach, a jak wygląda to teraz. Udało się nam stworzyć taką więź, że sporo wszyscy rozmawiamy. Trener nie ma zamkniętych drzwi na klucz, można do niego przyjść i porozmawiać. Staraliśmy się piłkarzom uświadomić, że kiedy mają jakieś problemy, czy niejasności, to z Ante Simundzą da się rozmawiać. To człowiek, który oczywiście chce dobrze dla siebie, ale przede wszystkim patrzy przez pryzmat klubu oraz piłkarzy. Mam z nim kontakt codziennie i rozmawiamy ze sobą o przeróżnych sprawach. Patrzymy szerzej na niektóre sprawy i może dzięki temu pojawił się u nas niedawno Dorian Markowski, który łapie minuty w pierwszej drużynie. Nie jest to jedyny gracz, któremu się przyglądamy, bo jest dużo zawodników w drugiej drużynie, U-19, a nawet U-17. Trener też się im przygląda i być może teraz jest też taki moment, że zamiast wydawać pieniądze na obcokrajowca, warto wyciągnąć chłopaka z rezerw i dać mu więcej szans.
Na to zwracał uwagę też prezes, że może w tej I lidze będzie to łatwiejsze. Też pod kątem myślenia o przyszłości i promocji tych młodych piłkarzy.
Szczerze mówiąc, to łatwiej na pewno byłoby ich promować na poziomie Ekstraklasy. Dziś mamy cel, żeby Śląsk jak najszybciej tam wrócił i powiedzmy, że w tym sezonie daliśmy sobie dowolność, jak to zrobimy - grając brzydko, czy ładnie, korzystając lub nie z naszych wychowanków, po prostu zróbmy ten awans. Taki też cel i warunki do pracy przedstawiliśmy trenerowi. Fajnie się składa, że potrafiliśmy w styczniu trochę to przemeblować, grając wciąż o awans i znaleźć przestrzeń dla piłkarzy, którzy wyróżniają się w młodszych rocznikach. Pół roku temu chyba każdy mówił tylko o Adamie Ciućce. Dzisiaj śmiem twierdzić, że Kurowski, Markowski to są zawodnicy, o których w poprzedniej rundzie mało się mówiło, a wskoczyli na naprawdę dobry poziom.
O Kurowskim trochę wspominano jednak przy okazji Pucharu Polski.
Wtedy tak, ale o Dorianie pewnie niewielu myślało. Dzisiaj już pokazaliśmy ich dwóch, a do tego jest jeszcze przecież Bartosz Głogowski. Cały czas uważam, że Michał Rosiak też tej drużynie da bardzo dużo. Ponadto na zgrupowaniu pojawił się niespełna 16-letni Przemysław Mazan. Chcemy pokazać młodym chłopakom z Akademii, że nie znają dnia ani godziny, kiedy mogą pojechać z „jedynką” na obóz, czy pojawić się na treningach. Chodzi o to, żeby każdy był pod prądem i wiedział, że dyrektor sportowy oraz trener widzą jego postępy.
Są jeszcze jakieś inne nazwiska z Akademii, którym się bacznie przyglądacie i monitorujecie ich sytuację?
Tak, oprócz tych wymienionych, są na przykład Bartosz Sadłocha, Krystian Rostek, Maciej Kucharski, Oskar Gerstenstein. Cały czas się im przyglądamy i rozmawiamy z nimi, by ich lepiej poznać. Mamy w Akademii projekt “Future” i chciałbym, żeby sztab, ale przede wszystkim pierwszy trener zaangażował się w ten proces. Z jednej strony obserwowanie piłkarzy, ale z drugiej, by szkoleniowcy z Akademii mieli styczność z trenerem pierwszej drużyny, ponieważ mogą dużo z takiej współpracy wyciągnąć. Akademia i pierwszy zespół musi być jak jeden organizm, który funkcjonuje i myśli tak samo.
Jestem ciekawy pana zdania na temat całego zamieszania z meczem z Wisłą Kraków i działań Jarosława Królewskiego?
Powiem tylko jedną rzecz, nieco w oderwaniu od całej sprawy. Życzyłbym sobie by środowisko we Wrocławiu było tak zintegrowane, jak to z Krakowa. Gdy obserwuję tę sprawę, jesteśmy bardzo mocno podzieleni. W sobotę jednak wszyscy byliśmy gotowi, by stawić czoła Wiśle. Jako dyrektor sportowy mogę powiedzieć, że pod tym kątem drużyna była dobrze przygotowana do starcia. Szkoda, że finalnie z powodu niestawienia się zespołu Wisły Kraków sędzia Kwiatkowski po 15 minutach musiał zakończyć te zawody.
Pod koniec lutego w Polsce zakończyło się zimowe okienko transferowe, ale kluby mogą jeszcze sprowadzić wolnych zawodników. Czy rozważacie ściągnięcie jeszcze do Wrocławia jednego zawodnika?
Przez ostatni tydzień "przerabialiśmy" naprawdę mnóstwo zawodników, którzy mogliby do nas przyjść. Zaczynamy jednak dochodzić do tego, co mówił prezes Jezierski, że może jest to odpowiedni czas, w którym lepiej wyciągnąć kogoś z rezerw. Trzeba się zastanowić, czy zawodnik, który rozegrał ostatni mecz w grudniu, będzie lepszym wyborem od piłkarza np. z rezerw, który cały czas pracuje. Jesteśmy po rozmowach z Ante i to nie jest tak, że my dziś mamy źle zbudowaną kadrę, by sięgać jeszcze po jakiegoś gracza zza granicy. Czasami jest tak, że planuje się cztery transfery, do skutku dochodzą trzy, ale wyciągniemy jeszcze kogoś z Akademii i będziemy zadowoleni.
Wcześniej mówiło się o możliwości pozyskania jeszcze jakiegoś stopera lub kogoś do środka pomocy.
Generalnie - tak było. Nie chcę mówić, ilu piłkarzy “wysypało się” w ostatnich dwóch tygodniach okienka. Podam jednak przykład, że jeden transfer upadł dosłownie 3-4 godziny przed możliwością podpisania umowy. Zawodnik był już praktycznie we Wrocławiu.
Czy był to polski zawodnik?
Tak, w ostatnim dniu okienka chcieliśmy sięgnąć po Polaka, by uniknąć długiej adaptacji. Potrzebowaliśmy człowieka, który z dnia na dzień może się pojawić we Wrocławiu i z dnia na dzień może wejść w trening i być może od razu pomóc drużynie. Dlatego dzisiaj mocno się zastanawiamy, czy jest sens ściągać zawodnika, który rozegrał ostatni mecz trzy lub cztery miesiące temu. Zanim go w pełni przygotujemy do gry, będzie końcówka sezonu, a na to nie mamy czasu.
Czy jest pan zatem usatysfakcjonowany z zimowego okienka? Wiemy, że nie jest ono zbyt łatwe.
Było to bardzo trudne okienko, nawet trudniejsze niż rok temu przez to, że Śląsk jest w I lidze i był na 7. miejscu w tabeli. Kilka tematów nam przez to odjechało, ale jeśli miałbym ocenić jakościowo, zrobiliśmy transfery, które chcieliśmy. Timotej Jambor może początkowo nie był na szczycie naszej listy, ale wiemy doskonale, że na początku okienka nie był w ogóle dostępny. Trzeba było czekać, czy będzie możliwość rozmowy o takim zawodniku. Lamine Ba szybko się wkomponował w zespół i myślę, że jeszcze może nam dać więcej. Jego pewność siebie rośnie z każdym dniem. Michał Mokrzycki może jeszcze nie jest w optymalnej formie, ale to też piłkarz, który stracił trochę czasu w okresie przygotowawczym przez drobny uraz. Teraz powinien rosnąć z tygodnia na tydzień. Wracając jeszcze do Jambora, chcieliśmy wkomponować go przede wszystkim do Przemysława Banaszaka. Kontuzja tego drugiego spowodowała, że Słowak grał z Luką Marjanacem i jego forma też urosła w ostatnich meczach. To dobrze, bo rywalizacja będzie naprawdę duża. Budujemy skauting, który będzie dostarczał zawodników gotowych, dobrze ocenionych, tak by tych pomyłek się wystrzegać. Oczywiście nie da się trafić z każdym transferem, ale dobry skauting w Śląsku Wrocław, pomoże oszczędzać, a nawet zarabiać.
W przypadku Jambora trafił on do Śląska na zasadzie wypożyczenia. Czy Śląsk będzie stać na ewentualny wykup? Ta kwota nie jest jakaś duża?
Gdy ściągamy zawodnika na wypożyczenie, chcemy się zabezpieczyć, by przy jego dobrej formie było nas na niego stać. Tutaj staraliśmy się wpisać taką kwotę, aby można było pozyskać go, jeśli będziemy z niego bardzo zadowoleni. Pamiętajmy, że Żylina dostała za niego milion euro, ale oczywiście w naszym przypadku mówimy o zdecydowanie mniejszych pieniądzach. Myślę, że gdyby we Wrocławiu wszystko poukładało się tak, jakby każdy z nas sobie wymarzył, to Śląsk stać będzie na ten transfer. Chciałbym w czerwcu mieć taki dylemat z Timotejem i żeby każdy jego mecz wyglądał tak, jak ten z Odrą Opole.
W każdym klubie są wyselekcjonowane profile zawodników, których się szuka. Jak to wyglądało we Wrocławiu? Na jakie cechy najbardziej zwracaliście uwagę?
Trener powiedziałby, że jakość, ale my doskonale wiemy, że w tej lidzie nie tylko jakością się wygrywa, ale również mentalem, pewnością siebie i motoryką. Rok temu chcieliśmy już poprawić funkcjonowanie drużyny podczas meczu, bo widzieliśmy, że niektórych progów poszczególni gracze nie byli w stanie przeskoczyć, a dawałyby nam gwarancję lepszej intensywności w trakcie spotkania, a co za tym idzie jakościowego grania. Istotne było też to, by do Wrocławia ściągnąć piłkarzy, którzy podniosą nam mental w szatni, tzn. pozytywnych przywódców.
Mówił pan o transferze, który wysypał się na ostatniej prostej, wcześniej też można było przeczytać plotki na temat Lukasa Klemenza, czy Matiasa Nahuela Leivy. Czy może pan zdradzić jakieś inne nazwiska, które ostatecznie na trafiły do Śląska?
Wiedziałem, że prędzej czy później do tego dojdzie, że publikowanie informacji w mediach spowoduje, że jakiś transfer się wysypie i Klemenz jest akurat klasycznym tego przykładem. Przy Nahuelu - my ten temat w pewnym momencie sami ucięliśmy, bo odniosłem wrażenie, że jesteśmy kartą przetargową, a my nie mam czasu na takie zabawy i kłótnie o pieniądze. Wszyscy mówią o Michale Kapucie, ale tu akurat zdecydowała kontuzja w Radomiaku. Byłem trochę zły na tę sytuację, bo straciliśmy dużo czasu na negocjacje i próby namówienia zawodnika na dołączenie do Śląska. Co do zawodnika, o którym mówiłem wcześniej, a nie chcę zdradzać nazwiska, nie spodobało mi się to, że szczegóły transferu oraz kontraktu zostały już ustalone, a na samym końcu pojawiły się jeszcze dodatkowe oczekiwania ze strony otoczenia zawodnika, na które nie chcieliśmy się zgodzić. Jesteśmy Śląskiem Wrocław i jest to duży klub, w fajnym mieście. Gdybym był teraz piłkarzem, chciałbym grać w takim klubie przy takiej publiczności i żyć w takim mieście. A jeśli ktoś przychodzi do nas i najważniejsze są dla niego jeszcze dodatkowe pieniądze, to sorry, ale nie, dziękuję.
Czy zimą pojawiły się jakieś oferty lub zapytania za liderów Śląska Wrocław, które zostały odrzucone?
Było kilka tematów, pewnie nawet dość realnych do zrobienia, niektóre za całkiem dobre pieniądze, ale wiemy, w jakim jesteśmy momencie i odrzucaliśmy albo dawaliśmy zaporowe kwoty.
Były wśród nich oferty za Piotra Samca-Talara lub Przemysława Banaszaka?
Przede wszystkim Samiec-Talar był łakomym kąskiem dla wielu klubów, ale u nas nie bez powodu dostał opaskę kapitańską. To też było zaplanowane od dłuższego czasu, jakby to miało wyglądać i co nam to może dać. Piotrek jest jednym z tych zawodników, którym bardzo zależy na Śląsku, ale też dźwiga ciężar tej opaski, tzn. stanie w obronie drużyny i da radę na boisku. Wydaje mi się, że ma wiele takich cech kapitana, które miał Sebastian Mila. Oczywiście jest to jeszcze młody chłopak i uważam, że kluczem do tego, aby on był bardzo dobrym kapitanem, są ci najbardziej doświadczeni zawodnicy, jak Sokołowski, Schwarz, Szromnik, Lamine Ba, Mokrzycki. Oni robią bardzo dużo pozytywnych rzeczy, aby Piotrek rósł jako kapitan i to mi się bardzo podoba. Wracając do pytania, było kilka zapytań, ale kogo mogliśmy wypożyczyć, czy sprzedać i na nim zarobić w szerszej perspektywie, to po prostu zrobiliśmy. Mam tu na myśli na przykład Jakuba Jezierskiego.
Czy Sigma Ołomuniec była jedynym zainteresowanym klubem na niego?
Trzy lub cztery kluby były zainteresowane Kubą, ale Sigma okazała się najkonkretniejsza. Ich zapytanie padło przez platformę Transfer Room, bardzo szybko doszliśmy do porozumienia. Kubie ten projekt też się spodobał. Wiedzieliśmy, że jednego gracza będziemy musieli sprzedać. Dlaczego? Bo chcieliśmy sami wygenerować pieniądze na ruchy transferowe do klubu. W przypadku Serafina Szoty stwierdziliśmy, że takie rozwiązanie będzie najlepsze dla nas i dla niego samego. Wiedzieliśmy, że ta cała sytuacja zaczyna go już mocno przytłaczać, więc tu powiedziałbym, że skorzystały obie strony i też coś na tym zarobiliśmy. Dalej jest Tommaso Guercio. Dlaczego wypożyczenie? Bo wiedzieliśmy, że Tomi musi zmienić otoczenie, a my mamy Krzyśka Kurowskiego.
Prezes Jezierski mówił też, że on sam poprosił o transfer.
Powiem nieco inaczej - my też wiedzieliśmy, że wartość Guercio spada przez to, że nie gra i musimy znaleźć dla niego klub, gdzie będzie grał, a my sobie z automatu zrobimy miejsce dla Kurowskiego.
Tylko jak na razie nie zadebiutował jeszcze w Carrarese.
Staram się być z każdym zawodnikiem w kontakcie i rozmawiałem z Tommaso. On jakiś czas temu przeszedł zabieg pęknięcia kości twarzoczaszki. Jest to nieprzyjemna kontuzja. Generalnie dla nas było wiadome, że musimy go wypożyczyć do klubu, w którym przede wszystkim odbuduje się mentalnie. Stwierdziliśmy, że Włochy, gdzie ma blisko rodzinę, mogą być dobrym wyborem. Jest jeszcze trochę spotkań do końca sezonu i liczę na to, że Tommy się przebije do składu i zacznie grać.
Mówił pan też na spotkaniu z kibicami, że jeśli Włosi zdecydują się na wykup Guercio, Śląsk zarobi niezłe pieniądze.
Tak, to mogą być dobre pieniądze, które z miłą chęcią wtedy byśmy przyjęli i dalej inwestowali w kolejnych zawodników. Jeszcze do tego odejścia Guercio chciałbym dodać, że w prosty sposób przekalkulowaliśmy, ile minut dostał w poprzedniej rundzie i na wiosnę więcej by pewnie nie miał, a my też wiedzieliśmy, że prędzej, czy później chcemy wkomponować Kurowskiego do gry. Podobnie było z Wołczkiem, dla którego rezerwy były już trochę za ciasne.
Co do Alka Wołczka, wielu kibiców dziwiło się, że oddajecie go do ligowego rywala, ale mówił pan też, że Śląsk na jego grze w Sandecji może zarabiać dzięki Programowi Młodzieżowiec 2.0.
Dla zawodnika gra w drugim zespole, a wyjazd do Nowego Sącza i gra w Sandecji to bardzo duży przeskok. W rezerwach nie ma aż takiego wielkiego ciśnienia na wynik, co tam. To jest też rywalizacja z piłkarzami, którzy przychodząc do klubu, zarabiają pieniądze na swoje rodziny. To jest zupełnie inne podejście do gry.
Jak wygląda sytuacja na linii Damian Warchoł - Ante Simundza? Czy między oboma panami jest jakiś konflikt? Po niektórych wypowiedziach trenera można wnioskować, że nie ma przysłowiowej chemii między nimi.
Myślę, że jest to trochę rozdmuchane, ponieważ Damian Warchoł strzelił kilka goli w poprzedniej rundzie. I dzięki temu wyrobił sobie markę u części kibiców - cieszę się z tego, tylko trzeba pamiętać, że to było jesienią. Później był okres przygotowawczy, są kolejne treningi i, jak zawsze, grają najlepsi. Jeśli my chcemy wchodzić w kompetencje trenera, zapraszam. Tylko że to szkoleniowiec jest rozliczany za to, jak gra jego zespół, a on ma swoją wizję.
Czyli mam rozumieć, że forma Damiana spadła i dlatego nie gra tak dużo?
Jadąc teraz do klubu, widziałem, że ktoś wrzucił do sieci stary wywiad śp. Oresta Lenczyka, który dostał pytanie, czy Cristian Diaz jest przewidziany do gry? Trener odpowiedział w klasyczny dla siebie sposób i zapytał dziennikarza, co ten robił wczoraj o 16? Dziennikarz nie potrafił odpowiedzieć, więc Orest Lenczyk odpowiedział mu, że mógł przyjść na trening i zobaczyć, w jakiej dyspozycji jest zawodnik. Myślę, że to jest klucz, jak wygląda zawodnik w treningu. U Simundzy piłkarze nie dostają miejsca w składzie za nazwisko. Naprawdę trzeba zapracować na to, by pojawić się na boisku.
A czy mieliście jakieś oferty lub zapytania zimą za Damiana Warchoła? W mediach pojawiały się pewne plotki.
Właśnie - to są wszystko plotki. Jeśli byłoby jakieś zainteresowanie, sytuacja pewnie wyglądałaby inaczej. Szczerze, ja bym już zakończył tę dyskusję wokół Damiana, bo to wywiera dodatkowe ciśnienie również na samego zawodnika, a na koniec trener zawsze podejmuje najlepszą decyzję dla drużyny. Damian jest jednym z kilku napastników Śląska i głęboko wierzę w to, że przyjdą takie mecze, w których wymiernie nam pomoże. Dużo z nim rozmawiałem. Czego ja wymagam od napastnika? Zdobywania bramek, nieważne, ile minut zagra. Wszyscy będziemy rozliczać snajperów za liczbę goli. Myślę, że rozmowy z Damianem są potrzebne, on wie, że każdy piłkarz jest w Śląsku ważny. Damian normalnie trenuje. Przyjdzie taki moment, że dostanie większą szansę.
Jak wygląda sytuacja z przedłużeniem kontraktów? Jest kilku piłkarzy, którym kończą się w czerwcu umowy, w tym na przykład nominalnym lewym obrońcom, tzn.Marcowi Llinaresowi i Krzysztofowi Kurowskiemu.
Chcemy bardzo mocno to zmienić, aby kontrakty były przedłużane szybciej, nie na sam koniec. Nie powinniśmy być klubem, który czeka na takie decyzje do samego końca, bo to z zewnątrz wygląda trochę tak, jakby Śląsk nie miał planu. Chciałbym, żebyśmy w klubie patrzyli na to w dłuższej perspektywie, co będzie nie tylko za pół roku, ale za rok, czy dwa. Wiem, że Kurowski, czy Llinares już dawno powinni zostać przedłużeni. Rozmawiamy cały czas z nimi i próbujemy spiąć to wszystko, aby wyróżniający się gracze zostali w Śląsku. Mówimy tu o naszych wahadłowych, ale jest też kilku utalentowanych piłkarzy na poziomie U-19 i U-17, czy rezerwach, których za rok widzę w pierwszej drużynie i z nimi też rozmawiam.
W czerwcu kończy się też kontrakt Petrowi Schwarzowi. Wiemy, jaka jest jego sytuacja zdrowotna. Czy macie jakiś plan na niego i czy jest szansa, że zostanie we Wrocławiu, ale może w innej roli?
Pamiętam doskonale moment tej nieszczęsnej kontuzji oraz to, jak później wyglądał jego stan mentalny. Natomiast wiem również, gdzie jest teraz mentalnie i jak funkcjonuje. Od września, kiedy zaczął lepiej czuć się fizycznie i coraz częściej pojawiał się w klubie, odbyliśmy wiele rozmów. Chciałem wciągnąć go w działania skautingowe – sporo nam w tym zakresie pomagał. Może to będzie coś, czym w przyszłości będzie chciał się zająć w większym zakresie? Zobaczymy, najważniejsza będzie decyzja samego Petra. Dla mnie jest to osoba, która mogłaby stanowić ogromną wartość dodaną nie tylko dla funkcjonowania pionu sportowego, ale także dla wizerunku Śląska Wrocław na zewnątrz. Gdziekolwiek się pojawiamy, Petr Schwarz jest bardzo mocno kojarzony z naszym klubem. Chciałbym, abyśmy szli w kierunku budowania klubu również w oparciu o takich ambasadorów – ludzi związanych z jego historią, którzy mogą angażować się w różne obszary działalności.
W styczniu przedłużono umowę z Adamem Ciućką, można powiedzieć taką perełką Śląska Wrocław. Jak patrzy pan na jego rozwój?
Rozmowy nad przedłużeniem kontraktu z Adamem rozpoczęły się jeszcze za czasów Darka Sztylki i były już bardzo zaawansowane, więc po prostu je sfinalizowałem. Według mnie, Adam Ciućka poprzednią rundę powinien spędzić w drugim zespole i ja to nawet otwarcie powiedziałem przy podpisywaniu kontraktu z jego agentem i rodzicami. Dlaczego w rezerwach? Bo powinien grać tam, gdzie trenuje - to powinno być naturalne środowisko dla niego. Myślę, że Adam dużo by zyskał dzięki temu. Natomiast na wiosnę, powinno to wyglądać tak jak teraz. Jesienią bardzo często było tak, że przygotowywał się pod pierwszą drużynę, a mecz rezerw był dzień później i ten szczyt formy był już zniżkowy. Na szczęście złapał trochę tych minut u Michała Hetela. Jaki jest dziś plan na niego? Przede wszystkim treningi z jedynką. Jest on naturalnym zmiennikiem dla Samca-Talara i jest pod to przygotowywany. Liczę na to, że w tej rundzie będzie łapał te minuty w pierwszej drużynie, a w razie potrzeby zawsze będą dogrywane w drugiej, ale cały czas będzie łapał doświadczenie w seniorskim futbolu. Jak widać, Ante Simundza nie boi się na niego stawiać.
Jak wygląda sprawa z Miłoszem Kozakiem? Czy jego temat poszedł w ogóle jakoś do przodu?
Miłosz w tej chwili zmaga się z urazem, jest przesunięty do drugiej drużyny, w której też nie ma grania za darmo oczywiście i to miejsce trzeba sobie wywalczyć. Co do rozmów, ja przeprowadziłem z nim tylko jedną, ale później zrezygnowałem, słysząc warunki, jakich oczekiwał. Chcieliśmy znaleźć dla niego jakikolwiek klub i powiem, że były nawet dwa zainteresowania, ale na samym końcu te kluby ostatecznie rezygnowały i nie jest to łatwa sprawa. Monitorujemy cały czas sytuację, przyglądamy się mu, jak się zachowuje i funkcjonuje. Na dziś jest w rezerwach, tam trenuje i zobaczymy, czy będzie tam grać.
W Śląsku Wrocław pracuje pan od listopada 2024 roku, ostatnio pełnił pan rolę szefa skautingu. Jaki wpływ miał pan na letnie transfery?
Pracowaliśmy spójnie. Jako skauting przedstawiliśmy praktycznie każdy profil z opisem na temat danego zawodnika. Na samym końcu to dyrektor sportowy podejmuje finalną decyzję, tak jest i tak było. Myślę, że swoją pracę jako dział skautingu wykonywaliśmy na tyle dobrze, że chcę iść w tę stronę - aby dyrektor sportowy otrzymywał kompletny raport. Nie tylko jak piłkarz wygląda na boisku, ale jak zachowuje się poza nim, jakie ma zalety i wady. Wywiad środowiskowy jest dla nas bardzo istotny. Patrzymy na dane statystyczne, motoryczne i po obejrzeniu zawodnika jeszcze je analizujemy. Mamy wypracowany proces transferowy, który wypracowaliśmy rok temu po zatrudnieniu trenera Simundzy. Później po przyjściu Darka Sztylki to się trochę zmieniło.
To jest normalne, że każdy dyrektor ma swój proces, który sobie wcześniej wypracował i jest mu wierny. Teraz finalnie trener dostaje na końcu ranking zawodników nadających się według nas na daną pozycję. Trener może zmienić sobie ten ranking, ale i tak na końcu wspólnie siadamy i rozmawiamy na argumenty. Tak było w przypadku Assada Al Hamlawiego, który w naszej ocenie zajmował trzecie miejsce na liście, ponieważ uważaliśmy, że jest najmniej gotowy do natychmiastowego wejścia do składu. Jednocześnie widzieliśmy w nim największy potencjał rozwojowy po odpowiedniej adaptacji. Natomiast dla trenera był on kandydatem numer jeden. Później usiedliśmy do rozmów i przeprowadziliśmy burzę mózgów. Nie ma czegoś takiego u nas, że trener przynosi mi profile zawodników i mówi "Rafał, ja tego chcę". Jego głos jest ważny, ale nie wyobrażam sobie, że przynosił mi profile piłkarzy, bo traci wtedy czas na swoją pracę. Myślę, że tu z Ante dogadujemy się rewelacyjnie. Jest to ułożone tak, jak powinno być i mam nadzieję, że przyniesie to efekt w postaci świętowania na koniec sezonu.
Czy żałuje pan odejścia któregoś z graczy latem? Może Jose Pozo, jego klauzula była niska, a wiemy, że Śląsk jesienią miał problemy na pozycji nr 10?
Ja najbardziej żałuję, że tak łatwo puściliśmy Assada Al-Hamlawiego. Możemy mówić, że wymusił on na nas ten transfer, ale Jonatan Brunes też próbował w Rakowie i finalnie został. Co do Jose Pozo, w mojej ocenie jest to bardziej zawodnik na Ekstraklasę niż I ligę. Tutaj są inne boiska, jest więcej faz przejściowych, gdzie trzeba trochę pobiegać, więc grałoby mu się ciężej.
Pański powrót na fotel dyrektora sportowego zaczął się od medialnych oskarżeń, że o zwolnieniu Dariusza Sztylki wiedział pan o wiele wcześniej niż on sam i spotykał się pan kilka razy w Ratuszu z Damianem Żołędziewskim, nazywanym szarą eminencją w Śląsku Wrocław.
Szczerze, dziwię się, że dziennikarz, który o tym napisał, nagle to urwał. Moje przygody we Wrocławiu są o tyle zadziwiające, że za każdym razem pojawia się w mediach jakaś afera ze mną związana. Jak przychodziłem do Śląska, było bardzo głośno, teraz jak przyszły zmiany, ponownie. Nie chciałem tego komentować, choć było to w pewnym momencie uciążliwe. Natomiast nauczony doświadczeniami sprzed roku zupełnie inaczej do tego podszedłem. Sądzę, że gdybym miał taką silną pozycję, jak niektórzy piszą, to w marcu zeszłego roku nie straciłbym pracy, Przypominam, że ktoś mnie zwolnił i ktoś przyszedł w moje miejsce. W polskiej piłce często są różnego rodzaju zmiany, również dyrektorów sportowych. Nie wiem, czy ktoś zauważył, że w moje miejsce po sezonie pojawił się Darek Sztylka i ktoś z automatu znów mógłby napisać, że sobie to "wychodził". No nie, to tak nie działa.
Ja myślę, że na tyle się obroniłem swoją pracą, że nowe osoby, które przyszły na moje miejsce, zaufały mi. W Ratuszu byłem dwa razy i to z Darkiem Sztylką oraz Michałem Mazurem podczas procesu prywatyzacyjnego. Nie mam takiej mocy i nie miałem, żeby po pierwsze prywatnie się z takimi osobami spotykać, a po drugie, układać sobie swoją przyszłość w Śląsku. Gdyby tak było, to nikt nie przyszedłby w marcu 2025 roku i powiedział, że mi dziękują, bo mają kogoś innego na moje miejsce. Nie wiem, jak mogę jeszcze odnieść się do tych pomówień. Mam wrażenie, że w dzisiejszym świecie można pisać wiele, a konsekwencji żadnych nie ma. Być może przyjdzie taki moment, w którym jeszcze to wszystko sobie zweryfikujemy i ja osobiście do tego wrócę.
Czego nauczył się pan od Dariusza Sztylki, gdy ten był dyrektorem sportowym we Wrocławiu?
Myślę, że przede wszystkim takiego spokoju, nie podejmowania nerwowych ruchów oraz klasy, podejścia do pewnych tematów. To takie główne rzeczy, które przydają się przy negocjacjach, żeby czasami poczekać, wytrzymać. To właśnie takie cechy, które dawały mi wiele do myślenia, obserwując Darka.
Na koniec już pytanie, czy marzeniem Rafała Grodzickiego jako dyrektora sportowego jest przeprowadzenie letniego okienka transferowego w Śląsku Wrocław?
Nie, moim marzeniem jest awans Śląska Wrocław do Ekstraklasy. Nawet za cenę tego, że miałoby mnie później w klubie nie być. Po prostu chciałbym, żeby drużyna wróciła tam, gdzie jej miejsce. Na swoich celach teraz się totalnie nie skupiam, ponieważ wiem, że jeśli pewne rzeczy będziemy robić dobrze, to zawsze ktoś to doceni.
DOŁĄCZ DO NAS!
KLIKNIJ PONIŻSZE ZDJĘCIE, BY POZNAĆ SZCZEGÓŁY
