Leszczyński: Byliśmy bardzo zaskoczeni tym, co się wydarzyło
fot.: Paweł Kot
W atmosferze skandalu zakończył się środowy pojedynek 1/8 finału Pucharu Polski pomiędzy Sandecją Nowy Sącz i Śląskiem Wrocław. Sędzie musiał przerwać widowisko w trakcie trwania serii rzutów karnych po tym, jak piłkarze gospodarzy udali się do szatni.
Była to reakcja piłkarzy Sandecji na obraźliwe okrzyki kibiców Śląska w stronę pomocnika gospodarzy, Maissy Falla. Senegalczyk nie wykorzystał rzutu karnego i wrocławianie prowadzili w serii jedenastek 2:1.
Po meczu na temat tych zdarzeń wypowiedział się bramkarz Śląska, Rafał Leszczyński.
Leszczyński: Szczerze mówiąc, pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją, że drużyna zeszła z boiska. Na pewno dla tego zawodnika nie była to łatwa sprawa, ale z drugiej strony myślę, że jak 60 tysięcy ludzi na niektórych stadionach krzyczy, żeby kogoś zdeprymować, to nie jest to nie wiadomo jaka sytuacja. Szkoda, że mecz kończy się w takich okolicznościach.
Byliśmy bardzo zaskoczeni tym, co się wydarzyło. Myślę, że nikt w historii Pucharu Polski czegoś takiego nie przeżył. Dziwna sytuacja, nie pozostaje nic innego, jak przyjąć to, co się stało.
Obowiązuje powiedzenie, że puchar rządzi się swoimi prawami i wiadomo, że takie mecze nie są łatwe. Dla przeciwnika z niższej klasy rozgrywkowej mecz z wyżej notowanym rywalem to są dodatkowe pokłady energii i motywacji. To dla nich przyjemność grać w takich spotkaniach i to nigdy nie są łatwe mecze. Trzeba dać z siebie 100% a boisko zawsze pokaże, co się wydarzy.
Było w nas dużo frustracji, gdy straciliśmy gola w ostatnich sekundach. Każdy na boisku chciał pomóc i to nie jest tak, że będziemy wieszać na kimś psy. Skończyło się dla nas happy endem. Myślę, że każdy z nas był kiedyś w sytuacji, gdy popełnił błąd, który prowadził do utraty bramki. Jesteśmy zespołem, zasuwać jeden za drugiego i dzisiaj w takich okolicznościach udało się awansować.
Przykro, że w takich okolicznościach, ale my jako zawodnicy nie mieliśmy na to wpływu i zobaczymy co się wydarzy.