Plusy i minusy meczu z Jagiellonią
fot.: Paweł Kot
Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po piątkowym remisie 1:1 z Jagiellonią Białystok? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.
Przerwana czarna seria bez gola
Gdy po raz kolejny tworzyliśmy w głowach czarny scenariusz, według którego Śląsk pod ponownym kierownictwem Jacka Magiery nie strzela ani jednego gola, pomocną dłoń wyciągnął Michał Pazdan. Podobnie jak podczas ostatniego starcia obu drużyn przy Słonecznej. Wtedy w kwietniowe popołudnie 2022 roku popularny „Pazdi” strzelił samobója po dobrej akcji Dennisa Jastrzembskiego. Teraz z kolei źle obliczył lot piłki, a jego niezdecydowanie wykorzystał nie kto inny jak najlepszy strzelec Śląska w obecnym sezonie – John Yeboah. Niemiec pognał z piłką na bramkę i pewnym strzałem pokonał Zlatana Alomerovicia, a wrocławianie zdobyli pierwszą od ponad 550 minut bramkę w ekstraklasie (nie licząc samobójczego trafienia Roberta Ivanowa w przegranym 1:3 meczu z Wartą Poznań). Wykorzystywanie szans w ofensywie kulało w Zabrzu (0:2) i przed tygodniem w spotkaniu z Radomiakiem (0:1), ale w piątkowy wieczór goście perfekcyjnie skorzystali na nieporadności Jagi. Cieszy fakt ofensywnego odblokowania spustu, który wcześniej się zaciął, ale martwi korzystanie znów z tych samych armat. Gol Yeboaha uwydatnia tylko uzależnienie zespołu ze stolicy Dolnego Śląska od niemieckiego skrzydłowego. Czy da się utrzymać w lidze na plecach 22-latka? Odpowiedź przyjdzie już niedługo.
Zatrzymanie zabójczego duetu
Przed meczem w Białymstoku pewnie niejeden z obrońców Śląska nie mógł zmrużyć oka przez dwa nazwiska – Jesusa Imaza i Marka Guala. Ci dwaj zawodnicy Dumy Podlasia przed spotkaniem 31. kolejki zdobyli razem o jedną bramkę więcej niż cały zespół Śląska. Gdy jednak przeszła trema pierwszych minut przy Słonecznej, kiedy postraszyć próbowali hiszpańscy konkwistadorzy, wrocławianie starali się szukać efektywnych sposobów na ich zatrzymanie. W efekcie nie udało się zapobiec tylko bramce z rzutu karnego Guala, ale tam błąd polegał na nieuwadze Victora Garcii. Defensywie WKS-u wydatnie pomogła także opatrzność, która sprawiła, że najlepszy strzelec ligi nie trafił na pustą bramkę po nieudanym wyjściu z bramki Michała Szromnika. Nietrudno było wyobrazić sobie scenariusz, w którym duet Hiszpanów dziurawi obronę Śląska, ale ta pod nieobecność Konrada Poprawy poradziła sobie całkiem dobrze. Problemy nadchodzą jednak w perspektywie zbliżającego się meczu z Wisłą Płock. Występ Poprawy jest ciągle niepewny, o czym wspominał w rozmowie z nami Jacek Magiera, a 12. żółtą kartkę obejrzał w stolicy Podlasia Diogo Verdasca. Czyżby był to znak dla Mariusza Pawelca?
Kolejny błąd na drodze do utrzymania
W ponownym debiucie na ławce trenerskiej Śląska nie wykazał się Petr Schwarz, który stracił piłkę na rzecz Lukasa Podolskiego, powodując pośrednio stratę pierwszej bramki, a przeciwko Jadze nie popisał się Victor Garcia. Hiszpański obrońca w bardzo nierozważny sposób zaatakował przeciwnika na granicy linii pola karnego. Atak był bezpardonowy i tylko całkowite uśpienie wozu VAR mogłoby pomóc wrocławianom wyjść z tej sytuacji zwycięsko. Takie indywidualne błędy martwią na finiszu sezonu, kiedy trzeba zachować bezwzględny saperski spokój, jakże potrzebny w walce o pozostaniu w elicie. Niestety, w każdym z ostatnich kilku spotkań graczom z Wrocławia przydarzały się wpadki, które później miały przełożenie na obraz całego meczu, a co najgorsze, jego wyniku. Potknięcie Daniela Gretarssona w starciu z Piastem (0:1), fatalne podanie Rafała Leszczyńskiego w Grodzisku Wielkopolskim (1:3) i krycie na radar Leonardo Rochy przeciwko Radomiakowi (0:1). Ta lista błędów jednak ciągle się wydłuża, a jej końca nie widać…
Powrót kapitana
Niemałe zaskoczenie musiało pojawić się na obliczach fanów Śląska po zobaczeniu wyjściowej jedenastki wrocławian na mecz w Białymstoku. Od razu uwagę przykuł powrót Michała Szromnika do bramki, gdzie po raz ostatni widzieliśmy go w październikowym meczu z Wartą (0:2), kiedy popełnił katastrofalny błąd przy pierwszym straconym golu. W piątek było blisko, bo jego wycieczka na skraj pola karnego i wadliwa komunikacja z Łukaszem Bejgerem mogły skończyć się katastrofalnie już na samym początku starcia. Trener Magiera zaznaczał, że postawienie na doświadczonego golkipera nie było wynikiem gorszej dyspozycji Leszczyńskiego, a chęci dania drużynie nowej energii. Po kilku meczach w drugoligowych rezerwach Szromnik więc powrócił z opaską kapitańską, która powędrowała na ramię człowieka noszącego ją od początku sezonu. Wypadałoby jednak, żeby osoba pełniąca taką funkcję potrafiła rozmawiać z mediami. A w tej materii znów nie pojawiły się nawet chęci…