Plusy i minusy meczu z KKS-em Kalisz
fot.: Marcin Folmer
Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po pucharowym blamażu z KKS-em Kalisz (0:3)? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.
Łaskawość gospodarzy
W tak dramatycznym pod względem przebiegu i ostatecznego rezultatu spotkaniu nie można wyróżnić niczego innego jak tylko rywala, który nie ukarał Śląska za błędy kolejnymi bramkami. A miał ku temu sposobne okazje już na początku meczu, gdy lewą stroną urwał się Nestor Gordillo, który niecelnie strzelił na bramkę Michała Szromnika. To okazało się zaledwie ostrzeżeniem, a wszystkie plagi kaliskie spadły na gości tuż po upływie 20 minut meczu. Symptomatyczne, że nawet grając jednego zawodnika mniej, rywale potrafili być groźni z kontrataku. Pod koniec pucharowej przygody Śląsk mógł tylko prosić o najniższy wymiar kary.
Cyrkowa defensywa
Tak źle antycypujących zawodników Śląska nie widzieliśmy już dawno. Rywale z łatwością przemieszczali w pole karne wrocławian, a najlepszym tego dowodem była już pierwsza bramkowa akcja, gdy po krótkiej koronkowej akcji piłka trafiła do nominalnego środkowego obrońcy Kasjana Lipkowskiego, który z zimną krwią dał gospodarzom prowadzenie. Piłkarze trenera Ivana Djurdjevicia w tym meczu wyglądali, jakby nomen omen mieli dodatkowy balast w pewnej części stroju, wykorzystując nomenklaturę przyjętą przez trenera na pomeczowej konferencji prasowej. Małe zaangażowanie w działania obronne, brak zdecydowania w bezpośrednich pojedynkach i złe ustawianie się doprowadziły do katastrofy jeszcze przed upływem pierwszych 45 minut. W pewnym momencie meczu mogło się wydawać, że niemal każda rozpoczynana przez gospodarzy akcja będzie wywoływała popłoch w linii obrony Śląska. Nie pomogły w ogólnym obrazie całego bloku wahadła, na których ustawieni byli Victor Garcia i Martin Konczkowski. Hiszpan tragiczne spotkanie w swoim wykonaniu skwitował zjazdem do bazy po pierwszej połowie, a najbardziej zapamiętanymi obrazkami z jego udziałem pozostaną niecelne podania, strzał z woleja na orbitę okołoziemską i naganne zachowanie przy trzeciej straconej bramce. Martin Konczkowski z kolei na pierwsze dośrodkowanie w pole karne rywala zdecydował się w 73. minucie meczu, gdy udało mu się w końcu minąć przeciwnika, a nie zagrać zachowawczą piłkę do tyłu. Wrocławska defensywa trzy lub więcej goli przyjmowała w tym sezonie już od Korony Kielce (1:3), Rakowa Częstochowa (1:4), Zagłębia Lubin (0:3) i teraz do tego grona dołączył drugoligowiec z Kalisza.
Niemoc w ataku
Wydawało się, że po dwóch bramkach (i trzeciej anulowanej) w starciu z Lechem (2:1), uda się w końcu ustabilizować formę ofensywną Śląska. Nic bardziej mylnego, wrocławianie w pierwszej pucharowego starcia na poważnie zagrozili kaliszanom tylko po strzale głową Daniela Gretarssona, gdy interweniować na linii bramkowej musiał Maciej Krakowiak. Później konkretów było zaskakująco mało, a w pamięci zapadnie przegrywanie piłki z jednej strony na drugą, by znaleźć lukę w szeregach rywala. Szeregi te były jednak zwarte i nie pozwalały rywalowi na wiele. Nawet John Yeboah wielokrotnie miał problem z dobrze zbudowanym i wygrywającym bezpośrednie starcia Mateuszem Gawlikiem. Niemiecki skrzydłowy w drugiej połowie wyszedł oko w oko z golkiperem KKS-u, ale pojedynek ten przegrał. Swój skalp z meczu z mistrzem Polski chciał też powtórzyć Erik Exposito, ale strzał z rzutu wolnego musnął tylko górną siatkę bramki Krakowiaka. Hiszpan nie miał w środowy wieczór pomocy, był wyobcowanym napastnikiem z tych meczów, kiedy Śląskowi nie udaje się kreować akcji ofensywnych. Gdy już posyłane były na jego głowę dośrodkowania, to albo piłka była skierowana zbyt wysoko, albo Exposito nie zdołał do niej doskoczyć. W ofensywnych harcach nie pomógł także Piotr Samiec-Talar, który był kompletnie niewidoczny. Odpowiedzialność na siebie starał się wziąć wprowadzony na ostatnie 20 minut Karol Borys, ale nawet on nie zdołał pokonać dobrze dysponowanego golkipera gospodarzy. Gdy wszyscy chowają głowę w piasek, ciężko myśleć o skutecznie wykańczanych akcjach pod bramką przeciwnika.
Pomeczowe brudy
Można było się domyślać, że po tak dużej kompromitacji media społecznościowe wybuchną. Przyczyniła się do tego w dużym stopniu wypowiedź trenera Djurdjevicia na pomeczowej konferencji, na której Serb nie miał zamiaru gryźć się w język. Co innego jednak w żołnierskich słowach skrytykować swój zespół, a co innego mówić o swoich podopiecznych w tak otwarty i pozbawiony wyczucia sposób. Djurdjević swoimi słowami tylko podsycił i tak gorącą atmosferę, lądując na nagłówkach wszystkich portali medialnych w Polsce, a za tym poszły kolejne małe afery, jak chociażby filmik z absurdalną rozgrzewką Caye Quintany czy artykuł o pobycie wrocławskich piłkarzy dzień przed meczem w jednym z lepszych kaliskich hoteli. Wszystkie te wojenki nie są niczym innym jak pokłosiem tragicznego w wykonaniu Śląska meczu, ale nie mogą zakrzywiać naszej rzeczywistości, jak fakt, że każdy klub piłkarski w Polsce postąpiłby tak samo, przyjeżdżając dzień wcześniej i nocując w hotelu. Głowy są gorące, klawiatury płoną, a Śląsk niedługo stawiany będzie w pozycji naczelnego antybohatera całego polskiego piłkarstwa profesjonalnego. Bo po prostu istnieje…
Koniec pięknego snu
Gdy wydawało się, że po ostatnich sezonach kończących się dla Śląska na 1/32 Pucharu Polski, uda się trafić chociaż do najlepszej czwórki rozgrywek, Śląsk postanowił w najbardziej rozczarowujący sposób sprowadzić kibiców na ziemię i obnażyć wszystkie swoje największe wady. Po wielu wpadkach z rywalami z niższych lig na liście hańby zawisł kolejny klub, który może wpisać sobie w listę osiągnięć upokorzenie Śląska. Można było mieć wrażenie, że już nic dziwniejszego dla wrocławian nie może wydarzyć się w tych rozgrywkach po incydencie z Niepołomic i sensacyjnym wyeliminowaniu Lecha. Na sam koniec przyszło jednak przełknąć gorzką pigułkę i skupić się na rozgrywkach ligowych, które nie napawają optymizmem. Puchar Polski był jedyną pozytywną odskocznią od ekstraklasowej szarzyzny, która czasem miewała drobne przebłyski jasnych barw, ale nie wlewała tak dużych nadziei jak zajście do ćwierćfinału „Pucharu Tysiąca Drużyn”, w którym Śląsk po raz ostatni zameldował się siedem lat temu. Można tylko sparafrazować: „Wszystko co dobre, brutalnie się kończy.”