Plusy i minusy meczu z Lechią
fot.: Paweł Kot
Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po sobotnim spotkaniu z Lechią Gdańsk (2:1)? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.
PLUSY MECZU
Walka do końca
Niewykluczone, że jeszcze w poprzednim sezonie Śląsk niewykorzystujący rzutu karnego w końcówce regulaminowego czasu, chwilę później straciłby gola na wagę porażki. W sobotę było inaczej, a determinacja z jaką zawodnicy trenera Ivana Djurdjevicia walczyli o komplet punktów do ostatnich sekund jest ważniejsza od wydatnej pomocy przeciwników. Wrocławianie szczególnie w drugiej połowie czuli, że trafili na słabą, pogubioną Lechię, która niespecjalnie miała plan B po utracie prowadzenia i szkoda byłoby tego nie wykorzystać. W efekcie jest trzecie ligowe zwycięstwo pod wodzą serbskiego szkoleniowca, co poprawia nastroje przed przerwą na kadrę i gwarantuje efektowny skok ze strefy spadkowej do środka tabeli. W sobotę przekonaliśmy się też, że domowe zwycięstwa nie muszą się Śląskowi zdarzać tylko od święta.
Erik Exposito
Gdyby po jego niewykorzystanym karnym wrocławianie zremisowali z Lechią byłby w rubryce „minusy meczu”, jego przypadek pokazuje jednak, jak cienka jest granica w piłce nożnej. Djurdjević wykazał się trenerskim nosem nie rezygnując z usług nieskutecznego od dawna Hiszpana po 45 czy 60 minutach, a ten, może i strzałem rozpaczy, ale bardzo konkretnie przywrócił wrocławian do gry. Zmarnowana jedenastka ostatecznie nie okazała się brzemienna w skutkach, dobrze też, że Exposito nie rozpatrywał długo niefortunnej sytuacji, bo przy golu na 2:1 to przecież on, w nie mniejszym stopniu niż Konrad Poprawa, naciskał Dusana Kuciaka. Skuteczny napastnik to klucz do długotrwałego progresu w wynikach Śląska, pozostaje mieć nadzieję, że Erik wzorem wcześniejszych sezonów, po przełamaniu będzie szedł za ciosem. W sobotę cieszył się z pierwszego ligowego gola z gry od majowego spotkania z Pogonią Szczecin (1:1).
MINUSY MECZU
Znowu samobój
Co prawda tym razem nie aż tak spektakularnie, jak w przypadku Javiera Hyjka na stadionie w Mielcu (0:2), ale Śląsk kolejny raz nie przetrwał meczu bez gola samobójczego. W pierwszej połowie sobotniego spotkania własnego bramkarza pokonał Patryk Janasik i można się zastanawiać, czy przypadkiem nie przeszkodziła mu nietypowa pozycja lewego obrońcy, co na pomeczowej konferencji prasowej sugerował też trener Djurdjević. Samobójcza mini-seria Śląska nie jest oczywiście powodem do wyciągania żadnych daleko idących wniosków, ale przykuwa uwagę tym bardziej, że zdarza się już po raz drugi w 2022 roku. Na samym początku rundy wiosennej, jeszcze pod wodzą Jacka Magiery, w dwóch kolejnych spotkaniach do własnej siatki trafiali Victor Garcia (na śniegu w Łęcznej) oraz… właśnie Janasik (z Piastem we Wrocławiu).
Znowu problemy przed przerwą
Łatwość, z jaką można trafić wrocławian w pierwszych 45 minutach zaczyna być przykrym symbolem kadencji trenera Djurdjevicia. Dobrą premierową odsłonę spotkania wrocławianie na pewno rozegrali w Lubinie (0:0), a potem jeszcze może z Pogonią (2:1), może z Lechem (1:0) i to wszystko. Znacznie częściej zdarzały im się takie wejścia w mecz, jak w sobotę przeciwko Lechii, czy wcześniej w Kielcach (1:3), albo w domowej konfrontacji z Rakowem (1:4). Szkoleniowiec zielono-biało-czerwonych widzi problem, co wielokrotnie podkreśla na konferencjach prasowych, sęk w tym, że po dwóch miesiącach od jego debiutu można odnotować, że coś takiego zdarza się coraz częściej, a nie rzadziej. Trudne pierwsze połowy często mocno komplikują sytuację marzącego o komplecie punktów Śląska, a szczególnie niepokojące, jeśli znowu zdarza się to przed własną publicznością. Praca nad odpowiednią koncentracją czy nastawieniem mentalnym, w tym momencie wydaje się dość pilnym zagadnieniem do poprawy.
WYDARZENIE MECZU
Bukowski od początku
Po kartkowej pauzie w Mielcu do dyspozycji trenera Djurdjevicia w sobotę ponownie był Patrick Olsen, jednak miejsce do obsadzenia w środku pola pozostawało, bo z powodu kontuzji kostki krótko przed weekendem wypadł Petr Schwarz. Po kiksie Hyjka ze Stalą nie ostrożność szkoleniowca Śląska przed zafundowaniem mu kolejnej szansy nie dziwiła, a w tej sytuacji od pierwszej minuty wybiegł Adrian Bukowski. 19-letni pomocnik w pierwszym zespole wcześniej zanotował trzy krótkie ligowe wejścia z ławki plus dodatkowo w Pucharze Polski. Swoją jakość regularnie udowadniał w drugoligowych rezerwach wrocławian, a przy okazji pierwszej tak dużej szansy w ekstraklasie postawił na bezpieczne granie. Bukowski przeciwko Lechii nie wykazał się niczym specjalnym ani na plus, ani na minus, jego 90 minut można potraktować bardziej jako nabieranie bezcennego doświadczenia. Biorąc pod uwagę przedłużającą się nieobecność Michała Rzuchowskiego, Djurdjević potrzebuje wyboru w środku pola, Bukowskiemu z pewnością należy przyglądać się z zainteresowaniem.