Plusy i minusy meczu z Piastem
fot.: Paweł Kot
Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po czwartkowej porażce 0:1 (0:0) z Piastem Gliwice? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.
Jak dobrze, że to koniec…
"Sędzia powinien mieć prawo niektóre mecze nie tyle wydłużać, co skracać" - to zdanie Leszka, montażysty, który niejedno w Ekstraklasie już widział, a o taką refleksję pokusił się dopiero montując skrót batalii Śląska z Piastem. #ŚLĄPIA
— Piotr Bugajny (@pbugajny) April 6, 2023
Michał Rzuchowski
Były zawodnik Chrobrego Głogów czwarty raz z rzędu otrzymał szansę od trenera Ivana Djurdjevicia i tym razem dobitnie udowodnił, że korzyści Śląskowi Wrocław nie przyniesie. Po meczu z Koroną Kielce (1:1) wszyscy zastanawiali się, jaka tak naprawdę była pozycja Rzuchowskiego na boisku. Podobnie było z resztą w czwartkowy wieczór, gdy kręcił się ni to w środku, ni to na skrzydle. Jego występ znów przemknąłby bez żadnego echa, gdyby nie dwie dobre okazje, kiedy miał piłkę na nodze w polu karnym, ale nie potrafił zrobić z nią czegoś pożytecznego. Widać po zachowaniu tego zawodnika, że nie ma w sobie już jakości i walorów piłkarskich, które pozwoliłyby mu na grę w ekstraklasie. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że serbski szkoleniowiec zrobił mu krzywdę, biorąc go ze sobą do stolicy Dolnego Śląska po dobrym ubiegłym sezonie w I lidze (sześć goli i osiem asyst). Rzuchowskiemu w meczu z Piastem piłka wybitnie ciążyła i przeszkadzała u nogi, a gdy wydawało się, że to może być dla niego spotkanie z rodzaju „make or break”, ten tylko udowodnił, że zerowy dorobek w obecnych rozgrywkach przy jego nazwisku nie jest przypadkiem. 2/12 wygranych pojedynków na ziemi woła o pomstę do nieba, podobnie jak 12 strat piłki, których dopuścił się pomocnik Śląska. Z takimi „indywidualnościami” w ekstraklasie utrzymać się nie da…
„Bez serc, bez ducha…
… to szkieletów ludy.” Nieprzypadkowo w kontekście meczu Śląska pojawia się tutaj pierwszy wers „Ody do młodości” Adama Mickiewicza. Wrocławianie w Wielki Czwartek snuli się po boisku jak nie chcące być zauważone zjawy, których celem jest prześlizgnięcie się przez mecz i zainkasowanie jednego punktu. Wcześniej Śląsk przejechał się na takim podejściu w Łodzi, gdzie w ostatniej akcji stracił gola na 0:1, ale kompletnie nie wyciągnął z tego wniosków. Brak jakiegokolwiek celnego strzału ze strony gospodarzy całkowicie oddawał ich podejście do tego meczu. Minimalizm i myślenie nastawione na „byleby tylko nie stracić” doprowadziło do tego, że klub znalazł się w gorącej strefie tuż nad strefą spadkową. Zestawiając to z często podkreślaną przez trenera Djurdjevicia młodością zespołu, którego średnia wieku wyniosła w meczu z Piastem 27,1 lat, można mieć obawy, czy na tych wszystkich graczach z Akademii (przecież pełno ich w pierwszym składzie) i CLJ-ki (dajcie pograć trochę starszym), da się utrzymać w ekstraklasie. Śląsk jest najnudniejszą drużyną w całej lidze, pozbawioną jakiegokolwiek pomysłu na nawet najprostsze rozstrzygnięcie spotkania na swoją korzyść. Jeśli każdy z zespołów posiada w swojej tożsamości jakieś DNA, to te śląskowe stworzone jest z ledwo trzymającej się sklejki.
To koniec Sztylki
Do całego festiwalu marazmu doszedł jeszcze pomeczowy komunikat klubu, w którym pożegnano się po ponad czterech latach z dotychczasowym dyrektorem sportowym – Dariuszem Sztylką. Nietrudno szukać tutaj analogii, skoro znajdujemy się w wielkanocnym czasie. Były zawodnik Śląska posłużył tylko jako element gry i postać, która musiała ponieść karę, by pokazać gawiedzi, że klub rzeczywiście wyciąga wnioski ze swojej fatalnej działalności. Nie mógł być to kolejny trener (budżet by tego nie zniósł), więc poleciała głowa tego, który od wielu miesięcy polaryzował opinię publiczną i był odpowiedzialny za sprowadzanie na Oporowską zawodników. W tamtym sezonie dało się wyczuć przedsmak obecnych poczynań właściciela klubu, bowiem wtedy po meczu z Bruk-Betem (0:4) Sztylka oddał się do dyspozycji zarządu. Teraz poszła ostateczna decyzja z góry. Wyrzucamy, to znaczy, że coś robimy. Z tym jest jednak jak z nieudolnie zrobionym makijażem – nie ukryje niedoskonałości, które cały czas przebijają się na światło dzienne. Aż w końcu wybiją, jak słynne toalety…