Plusy i minusy meczu z Radomiakiem
fot.: Paweł Kot
Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po sobotnim spotkaniu z Radomiakiem Radom (0:2)? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.
PLUS MECZU
Rafał Leszczyński
W sobotnie popołudnie bramkarz Śląska co prawda kolejny raz nie zagrał na zero z tyłu, jednak gdyby nie seria czerwonych kartek, na którą nie miał wpływu, byłaby na to duża szansa. Leszczyński w ciągu dziewięćdziesięciu minut kilka razy uratował skórę gościom, miał też szczęście, gdy piłka zatrzymała się na słupku, a skapitulował dopiero w doliczonym czasie w dwóch sytuacjach z udziałem Mauridesa. To, co rzuca się w oczy po dwóch spotkaniach z nowym zawodnikiem między słupkami wrocławian to zdecydowanie większa pewność i spokój niż proponowane przez Michała Szromnika. Śląsk nadal nie rozpieszcza wynikami, ale przynajmniej przestał sam sobie komplikować życie niefrasobliwościami golkipera. Pytanie o obsadę bramki przy okazji środowego meczu 1/16 finału Pucharu Polski przy Bułgarskiej w Poznaniu jest wyjątkowo interesujące.
MINUSY MECZU
Objazdowy cyrk
Jeśli dawno nie widziałeś absurdalnej sytuacji piłce nożnej, włącz w tym sezonie mecz Śląska Wrocław. W spotkaniach z udziałem zespołu trenera Ivana Djurdjevicia tylko od początku września mieliśmy już gola samobójczego z połowy boiska i bramkarza, który wypuszcza piłkę niczym gorącego kartofla, a w sobotę dołożyliśmy do tego trzy czerwone kartki w ciągu pół godziny. Wrocławianie w tym sezonie jeżdżą od miasta do miasta dostarczając powody do dobrej zabawy kibicom drużyn przeciwnych, a sytuacje z ich udziałem co tydzień natychmiast stają się hitem mediów społecznościowych. Trudno nie odnieść wrażenia, że Śląsk jest jak objazdowy cyrk, który taki content przygotował jako program na tę jesień, ewentualnie w szatni poszedł jakiś gruby zakład, kto skompromituje się bardziej. W tym roku pozostało pięć meczów, aż ciekawe co jeszcze uda się wymyślić.
Patrick Olsen
Być może to pozostawiona przez Szromnika klątwa kapitańskiej opaski, pewne jest jednak, że po bardzo udanym występie przeciwko Górnikowi (4:1), Olsen w Radomiu znacznie spuścił z tonu. Wszystkie problemy Śląska na stadionie ubiegłorocznego beniaminka zaczęły się po godzinie gry właśnie w związku z katastrofalnym zachowaniem Duńczyka, który „wsadził na konia” Łukasza Bejgera zmuszonego do faulowania na czerwoną kartkę. To zagranie zupełnie nie pasowało do Olsena, który od początku swojej przygody z wrocławianami imponował boiskowym doświadczeniem, wizją i spokojem, a w sobotę zachował się jak Szymon Lewkot w najbardziej pamiętnych meczach poprzedniego sezonu. Jeśli zawodzą nawet tacy zawodnicy, Śląsk nie ma co myśleć o punktach. Kolejnym dowodem pechowego popołudnia Olsena była też sytuacja z pierwszym golem Mauridesa, gdy to on zgrał piłkę plecami po dośrodkowaniu z rzutu rożnego.
Ofensywa
Gdyby spróbować wybrać najsłabszy i najbardziej bezbarwny mecz Śląska w tym sezonie, konkurencja byłaby już spora, jednak ten w Radomiu chyba nie miałby sobie równych. Erik Exposito po bardzo dobrej grze w poprzedniej kolejce tradycyjnie nie poszedł za ciosem, zgonie z przewidywaniami nic nie wniosły zmiany Caye Quintany i Sebastiana Bergiera, a jedynym zawodnikiem, który starał się szarpać w ofensywie był John Yeboah. Z tego jednak również nie było żadnych spektakularnych efektów, bo Niemiec poprzestał na bardziej zaskakującym niż naprawdę groźnym strzale z pola karnego w pierwszej połowie. Ta próba to zresztą był jedyny celny strzał Śląska w Radomiu, co tylko pokazuje, z jak dużym problemem musi zmierzyć się trener Djurdjević. Wiadomo już, że cztery gole przeciwko zabrzanom w 12. kolejce były czystym przypadkiem.
WYDARZENIE MECZU
Trzy czerwone kartki
Zapewne najstarsi kibice Śląska nie pamiętają, kiedy po raz ostatni ich zespół został ukarany trzema czerwonymi kartkami w jednym meczu, a taka sytuacja to również ewenement na skalę ekstraklasy. Z poprzednią taką sytuacją w naszej lidze mieliśmy do czynienia na początku 2017 roku, kiedy w potrójny sposób w Poznaniu (0:1) wykartkowała się Lechia, wtedy jednak jednym z odesłanych do szatni przez sędziego był… rezerwowy. Wrocławianie w doliczonym czasie na stadionie w Radomiu z „asami kier” rozpędzili się na tyle, że co bardziej nerwowi kibice szukali już pewnie w przepisach, po której czerwonej kartce sędzia decyduje o walkowerze. Gwoli ścisłości, po czwartej. Tym razem Śląskowi jeszcze się udało, natomiast walor edukacyjny kolejnego jego meczu w tym sezonie z pewnością zasługuje na docenienie.