''Spadek byłby dla nich katastrofą'' (OPINIA EKSPERTA)
fot.: Paweł Kot
Śląsk Wrocław na pierwszy po przerwie na kadrę mecz uda się do Gdańska, by tam poszukać punktów przeciwko Lechii, która znajduje się na przedostatnim miejscu w tabeli. Czy będzie efekt nowej hiszpańskiej miotły? Jak drużyna poradziłaby sobie bez lidera? Jakie są szanse na utrzymanie zespołu w ekstraklasie? O tym wszystkim porozmawialiśmy z dziennikarzem Przeglądu Sportowego Onet, Jakubem Treciem.
Warto zacząć od najważniejszego wątku związanego z Lechią Gdańsk podczas przerwy na kadrę. Czy nowy trener David Badia okaże się remedium na kłopoty klubu? Zrezygnowano bowiem z Marcina Kaczmarka, który lechijne DNA miał we krwi, natomiast postawiono na zagraniczną opcję, która nie wiadomo, czy wypali w ekstraklasie. Czy to jest już chwytanie się ostatniej deski ratunku w walce o utrzymanie czy być może jakiś rozsądny ruch klubowych władz?
Podkreślałem to od początku, że jeśli zmieniać trenera, to na takiego, który minimalizuje ryzyko, bo gwarancji utrzymania nie daje nikt. Lechia zagrała va banque i to jest rzeczywiście ostatnia szansa, danie impulsu. Jeśli nie wyjdzie Davidowi Badii, to nie wyjdzie już nikomu. Myślę, że on popracuje w Gdańsku do końca sezonu, ale patrząc na ilość czasu spędzoną przez niego w ostatnich klubach, można mieć obawy, czy sobie poradzi. Nie przemawia do mnie fakt, że to jest ekstraklasa i wbrew logice powinien dać radę. Tak mogą mówić kibice i dopasowywać do tego teorie. Jeśli władze klubu decydują się na taki ruch w tak newralgicznym momencie, to ryzykują bardzo dużo.
Z drugiej strony, trener Badia z racji tego, że nie zna polskiego środowiska i języka, będzie mógł skupić się tylko na murawie i piłkarzach, nie będzie zmuszony do rozwiązywania konfliktów poza boiskiem. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, pierwszy odbiór nowego szkoleniowca wśród piłkarzy jest pozytywny. Postawiono w Lechii na twardy reset, bo oprócz Marcina Kaczmarka wymieniony został cały sztab. To może zadziałać, ale mimo wszystko jest to ryzykowne posunięcie. Większe szanse dawałbym Lechii na utrzymanie, gdyby trener Kaczmarek był wspierany, ale nie w ostatnich tygodniach, a po lutowej porażce z Koroną Kielce (0:1), od której zaczęły się spore problemy gdańszczan.
Można powiedzieć, że Lechia poszła też za tym trendem rozkręcającej się ostatnio w ekstraklasie trenerskiej karuzeli (zwolnienie Bartoscha Gaula i Adama Majewskiego – przyp.red.).
Funkcjonowanie z Marcinem Kaczmarkiem obecnie mijałoby się z celem, bo jak trener ma wierzyć w słowa wsparcia i komunikaty z zarządu, jak na jego miejsce jest szukany ktoś inny? Lechia już przed Davidem Badią była pewna, że porozumiała się z jednym z trenerów. Zgłaszała się także do kilku kolejnych – z Polski i zza granicy. Tak naprawdę nie wiem, według jakiego klucza postawiono na Hiszpana. Ktoś mówi, że jego wyniki na Cyprze były słabe, ale to było determinowane przez problemy, które tam napotkał. To co w takim razie powiedzieć o Lechii, w której ten bałagan jest ogromny? Warto zauważyć, że inne zespoły z Cypru od grudnia nie zabijały się o tego trenera, więc dla mnie to jest ryzykowny ruch. Skoro jednak zdecydowano się na zmianę, to trzeba być konsekwentnym.
Patrząc na nieliczne pozytywy Lechii w tym sezonie – jest Łukasz Zwoliński, czyli zdobywca dziewięciu bramek. Wydaje się, że bez niego drużyna mogłaby się powoli godzić ze spadkiem z ligi…
Łukasz Zwoliński miał kłopoty na początku sezonu, spowodowane głównie problemami zdrowotnymi z plecami. Jednak jak już się rozkręcił, to w ostatnich tygodniach zdobywa bramki regularnie. To jest na pewno nadzieja dla Lechii, ale ktoś tę piłkę musi mu przecież dostarczać. Trzeba także lepiej zagrać w defensywie. To nie jest tak, że Lechia straciłaby szansę na utrzymanie bez Zwolińskiego, jeśli pozostali nie wzięliby ciężaru na siebie. Każdy musi sobie zdawać sprawę w Gdańsku z powagi sytuacji. Myślę, że w przypadku spadku Lechia nie zatrzymałaby się na I lidze, tylko kryzys by postępował. Byłyby problemy, żeby skompletować kadrę, spiąć budżet i otrzymać licencję na grę na zapleczu ekstraklasy, bo sytuacją klubu ostatnio zaniepokoiło się także miasto. Jego przedstawiciele cały czas wystosowują pisma, żeby w jakiś sposób zainterweniować. Te 10 milionów złotych, które miasto daje na promocję Lechii Gdańsk, w I lidze by z pewnością nie obowiązywało. Problemów nagromadziłoby się dużo i spadek byłby po prostu katastrofą. Nikt z osobna nie może toczyć teraz w gabinetach swoich wojenek. Powinna obowiązywać zasada „wszystkie ręce na pokład”, bo jeśli komuś jeszcze zależy na Lechii, to jest to ostatni dzwonek.
Warto także poruszyć kwestię zimowego okienka transferowego. Z graczy pozyskanych niedawno tylko Jakub Bartkowski (nie zagra ze Śląskiem z powodu żółtych kartek – przyp.red.) występuje regularnie w pierwszym składzie. Kevin Friesenbichler powrócił do Lechii po kilku latach przerwy, a Louis Poznański ma nikłe doświadczenie w piłce seniorskiej. Można porównać go z Marcelem Zyllą ze Śląska, który występował w kilku niemieckich klubach, ale na poziomie juniorskim. To nie są realne wzmocnienia, które przyniosłyby Lechii nagły zastrzyk jakości…
Te transfery były robione za późno i było ich za mało. Uważam też, że za słabo przewietrzono szatnię, bo kilku zawodników powinno odejść z klubu zimą. Co do Louisa Poznańskiego, to rozmawiałem z jedną z osób z rady nadzorczej, która powiedziała, że to bardziej budowanie przyszłościowe. Natomiast Lechia potrzebuje transferów „na już”. Kevin Friesenbichler kilka razy dawał impuls z ławki czy wchodząc dobrze w mecz od początku, ale czy został zbawieniem problemów ofensywnych Lechii? Raczej nie. Jakub Bartkowski to na pewno solidny ruch, biorąc pod uwagę, jak wyglądała prawa strona defensywy w Gdańsku. David Stec cały czas zmagał się z jakimiś urazami, natomiast Bartkowski zabezpiecza na razie tę flankę. To też nie jest tak, że do Lechii przyszedł zawodnik z wyższej półki, bo podobnie jak w przypadku Steca, Pogoń nie walczyła o ich pozostanie za wszelką cenę.
To chyba nie pierwsze takie przeciętne okienko transferowe w wykonaniu Lechii. W lecie sprowadzono zawodników, którzy dzisiaj albo nic nie dają, albo grają mało, jak chociażby Joel Abu Hanna czy Łukasz Zjawiński, który odszedł do Widzewa. Na dłużej ostatnio miejsce w wyjściowym składzie wywalczył sobie tylko młody Dominik Piła, który przychodził do Gdańska z łatką dużego talentu…
W Gdańsku przespano kilka okien transferowych i ten zespół stał się wypalony. Ktoś powie, że to jest drużyna, która na koniec poprzedniego sezonu zajęła 4. miejsce i grała w eliminacjach do europejskich pucharów. Natomiast już rok temu w rundzie wiosennej Lechia miała problem, żeby wygrać dwa mecze z rzędu i mieszała wyjazdowe porażki ze zwycięstwami u siebie. Dopiero pod koniec ubiegłych rozgrywek złapała względny rytm. Ci zawodnicy też mają swoje ograniczenia, głównie związane z wiekiem. Kryzys całego klubu zupełnie nie dziwi ludzi, którzy są blisko niego i opisują jego losy od wielu lat. To było do przewidzenia, tylko nie wszyscy chcieli to widzieć.
Patrząc na tę przygodę z europejskimi pucharami, to Lechia jest niczym Śląsk pod wodzą Jacka Magiery. Zadziałał słynny pocałunek śmierci i teraz oba zespoły walczą o utrzymanie…
Trochę tak, natomiast jak prześledzimy tabelę ekstraklasy z ostatnich lat, to Lechia jednak częściej gościła w TOP5 niż wrocławianie. Ta drużyna Jacka Magiery przynajmniej na początku nieźle radziła sobie z łączeniem rozgrywek ligowych i grą w Europie, natomiast później popełniono te same błędy, które obserwujemy teraz w Gdańsku. Nie wzmocniono odpowiednio tej drużyny, nie przewietrzono szatni i nie zaufano trenerom, którzy przy pierwszym lepszym kryzysie zamiast wsparcia otrzymali wypowiedzenie. Pod tym względem można mówić, że są to podobne zespoły. Śląsk też zmaga się obecnie z problemem, gdzie trenerzy są trochę zakładnikami szatni.
Podsumowując naszą dyskusję, po spojrzeniu na terminarz Lechii do końca sezonu na pewno nie można stwierdzić, że droga do utrzymania będzie łatwa. Gdańszczanie zagrają jeszcze m.in. z Rakowem Częstochowa, Legią Warszawa i Pogonią Szczecin. Zważając na przedostatnie miejsce Lechii w lidze i tych zbliżających się rywali – jest szansa na pozostanie w ekstraklasie na kolejny sezon?
To jest właśnie ta niewiadoma Lechii, bo jeśli drużyna zacznie np. od zwycięstwa ze Śląskiem, a później wywiezie chociaż punkt z Białegostoku, to będzie nadzieja. Łatwo to już było. Na pewno w starciach z tą trójką rywali, o których wspomniałeś, gdańszczanie nie będą faworytami. W Gliwicach też ważne będzie, w jakiej sytuacji znajdzie się Piast. Jeszcze wcześniej bardzo trudne mecze z Zagłębiem Lubin i Stalą Mielec. To są zespoły bezpośrednio walczące o utrzymanie, a mimo wszystko prezentujące się lepiej od Lechii. Trudno wskazać jakiekolwiek spotkanie, w którym podopieczni trenera Badii byliby faworytem. Drużyna pokazywała w tym sezonie, że może ją ograć niemal każdy, dlatego kluczowe będzie koncentrowanie się osobno na kolejnych rywalach. Od tych dwóch pierwszych meczów po przerwie będzie zależało, czy Lechia da sobie nadzieję, czy może wpadnie w spiralę, z której nic jej nie uratuje.