ANALIZA: Od szoku do rozpędu. Liczby pokazują, jak Śląsk II nauczył się wygrywać po swojemu
fot.: Jan Kurgan
Dostępne dane SofaScore z ostatniego okresu rezerw Śląska Wrocław obejmują cztery spotkania: z Podbeskidziem Bielsko-Biała, Zagłębiem Sosnowiec, Stalą Stalowa Wola i Resovią Rzeszów. To nie jest pełny obraz całego etapu, bo brakuje statystyk z meczu z Olimpią Grudziądz, ale nawet ten wycinek bardzo dobrze pokazuje, jak mocno zespół Michała Hetela zmienił się po fatalnym wejściu w rundę.
Pierwszy wniosek jest prosty: ten okres miał dwa zupełnie różne oblicza. Na otwarcie Śląsk II przegrał z Podbeskidziem 0:5, mimo że miał 58% posiadania piłki i wykonał więcej podań od rywala. Problem w tym, że za tym posiadaniem nie szła żadna realna przewaga: tylko 0.39 xG, osiem strzałów i zaledwie dwa celne uderzenia. Podbeskidzie było konkretniejsze, agresywniejsze i znacznie groźniejsze pod bramką, co widać choćby po 2.51 xG, 17 strzałach i aż dziewięciu próbach w światło bramki. Potem jednak przyszła reakcja, która robi wrażenie: 4:1 z Zagłębiem, 1:0 ze Stalą i 5:0 z Resovią. W czterech kolejnych meczach rezerwy zdobyły 11 bramek i straciły tylko jedną.
Co ciekawe, poprawa nie polegała na tym, że Śląsk II zaczął dominować piłką. Właśnie odwrotnie. W Sosnowcu miał tylko 31% posiadania, w Stalowej Woli 38%, a z Resovią 42%. Mimo to wygrał wszystkie te spotkania. To bardzo ważny trop interpretacyjny, bo mówi, że drużyna nie uzależniała jakości gry wyłącznie od liczby podań czy procentów przy piłce. Po klęsce z Podbeskidziem zespół stał się bardziej elastyczny: potrafił oddać inicjatywę, bronić niżej, a potem uderzać szybciej i konkretniej. Z Zagłębiem przy mniejszym posiadaniu oddał 15 strzałów i pięć celnych, ze Stalą wytrzymał napór przy 19 strzałach rywala, a z Resovią zagrał zabójczą pierwszą połowę, choć to goście dłużej utrzymywali się przy piłce.
Od obrony wszystko się zaczęło
Największą zmianę widać było w defensywie, bo po meczu z Podbeskidziem właśnie tam najłatwiej było wskazać źródło problemów. Śląsk II dopuścił wtedy rywala do 17 strzałów, 10 uderzeń z pola karnego i 2.51 xG, a sam Szymon Rygiel został nisko oceniony. To był bardzo trudny początek także dla Mikołaja Tudruja i całego bloku obronnego. Później jednak ten sam zespół zaczął wyglądać dużo dojrzalej. W Stalowej Woli, mimo przewagi gospodarzy w strzałach, posiadaniu i liczbie podań, Śląsk II zachował czyste konto. W meczu z Resovią też nie dał się złamać, a najlepszy zawodnik całego spotkania, Hubert Muszyński, był przecież stoperem. To dobrze pokazuje, że odpowiedź po otwarciu rundy nie była tylko ofensywna, ale przede wszystkim organizacyjna.
Wśród bramkarzy ten okres rozłożył się na dwóch ludzi. Bartosz Głogowski był jednym z nielicznych, którzy po Podbeskidziu nie zeszli całkiem pod kreskę, bo zanotował pięć interwencji. Potem z Resovią dołożył czyste konto i dużo większy spokój w zarządzaniu polem karnym. Hubert Śliczniak dostał dwa wyjazdy i oba były inne. W Sosnowcu nie miał wiele pracy, bo Zagłębie przy wysokim xG samo marnowało sytuacje, ale w Stalowej Woli musiał bronić aż pięć razy i właśnie tam jego występ miał realny wymiar. Wśród defensorów na pierwszy plan wysuwa się Muszyński: solidny w Sosnowcu, odpowiedzialny w Stalowej Woli i kapitalny z Resovią, gdzie nie tylko zdobył bramkę, ale też został najlepszym zawodnikiem spotkania. Obok niego Rygiel po słabym początku wrócił do znacznie stabilniejszego poziomu, a Mateusz Cegliński w Sosnowcu dał zespołowi jakość w rozegraniu. Tudruj miał sinusoidę, lecz po nieudanym otwarciu również zaczął wyglądać pewniej. Epizody Oleksandra Hawryłenki były krótkie, ale wpisywały się w szerszy obraz rotacji bez totalnej utraty struktury.
Na bokach i w półprzestrzeniach też widać było wyraźny rozwój. Adrian Żulewski zaczął ten okres od bardzo trudnego meczu z Podbeskidziem, ale potem urósł szczególnie w spotkaniu z Resovią, gdzie miał asystę. Łukasz Gerstenstein przez chwilę wyglądał bardziej jak zawodnik od wykonywania zadań niż od dawania przewagi, ale z czasem zaczął mocniej uczestniczyć w budowaniu akcji i przeciwko Resovii również zaliczył bardzo dobry występ. Krótko grający Maksymilian Dziuba nie miał jeszcze materiału na wielkie oceny, lecz ważne było to, że wejścia młodszych piłkarzy nie rozsadzały ustawienia. To samo dotyczyło Wiktora Niewiarowskiego, który pojawił się na boisku w Stalowej Woli.
Środek pola i wahadła napędzały drużynę
Jeśli szukać twarzy tego okresu, to jedną z pierwszych będzie Oskar Wojtczak. Z Podbeskidziem jego wpływ na mecz był jeszcze ograniczony, ale potem wszedł na poziom lidera. W Sosnowcu został wybrany piłkarzem meczu, zdobył bramkę i zamknął spotkanie. Z Resovią nie wpisał się na listę strzelców, ale zanotował dwie asysty i znów należał do najważniejszych zawodników na boisku. To właśnie on najlepiej łączył w tym okresie intensywność, odwagę i zdolność do ostatniego podania. Kiedy Śląsk II wyglądał jak drużyna naprawdę dobrze zorganizowana w ataku pozycyjnym albo w szybszym ataku, bardzo często ślady prowadziły właśnie do Wojtczaka.
Bardzo mocny okres miał też Jan Chodera. Z Zagłębiem zaliczył asystę przy golu Pawła Kosmalskiego, a ze Stalą został najwyżej ocenionym zawodnikiem Śląska II. To nie jest przypadek, bo Chodera nie musi robić najbardziej efektownych rzeczy, żeby porządkować grę. W liczbach nie zawsze błyszczy jak typowy ofensywny lider, ale daje zespołowi rytm, stabilność i właściwe decyzje. Obok niego ważni byli Michał Milewski oraz Adam Ciućka. Milewski w całym okresie pracował na różnych wysokościach boiska, a z Resovią eksplodował skutecznością, zdobywając dwa gole. Ciućka najpierw był jednym z nielicznych pozytywnych impulsów po wejściu z ławki przeciwko Podbeskidziu, a później sam otworzył wynik meczu z Resovią. Simon Schierack nie miał tak mocnych liczb, ale dawał drużynie pracę bez piłki i łączenie linii. Miłosz Kurowski to z kolei przypadek bardziej nierównego okresu, z mniejszym wpływem na ostatnią fazę akcji niż inni gracze środka i skrzydeł. Dorian Markowski dostał mniej minut, lecz w takich meczach też widać, że sztab chce utrzymywać szeroką rotację.
Z przodu przyszła skuteczność, której brakowało na otwarciu
Najbardziej namacalna zmiana nastąpiła jednak z przodu. W meczu z Podbeskidziem Śląsk II oddał tylko osiem strzałów, wygenerował 0.39 xG i praktycznie nie istniał w polu karnym rywala. W trzech kolejnych spotkaniach ofensywa wyglądała już zupełnie inaczej. Krystian Rostek zdobył bramkę w Sosnowcu i dołożył gola z Resovią, a przy tym dawał bardzo potrzebną dynamikę. Wiktor Kamiński też miał swój ważny moment, bo podwyższył wynik w meczu z Zagłębiem. Paweł Kosmalski wpisał się na listę strzelców w Sosnowcu i dobrze pracował tyłem do bramki, choć jego okres nie był tak równy jak u Rostka. Oskar Gerstenstein miał mecze bardziej i mniej wyraziste, ale z Resovią znów pokazał, że potrafi być częścią płynnej, kombinacyjnej gry w tercji ataku. Nawet jeśli nie każdy z tych piłkarzy dawał liczby co tydzień, to łącznie stworzyli ofensywę, która po pierwszym ciosie zaczęła odpowiadać błyskawicznie i bez wahania.
Warto też zwrócić uwagę na stosunek jakości wykończenia do samego przebiegu meczów. Z Zagłębiem Śląsk II miał mniej piłki, mniej podań i niższy komfort w kontroli boiskowych zdarzeń, ale był zdecydowanie bardziej bezwzględny. Ze Stalą wygrał spotkanie, w którym statystycznie przez długie fragmenty był spychany do obrony. Z Resovią zaś zagrał na tyle konkretnie w pierwszej połowie, że później mógł zarządzać meczem. To ważne, bo drużyna aspirująca do walki o I ligę nie może być tylko ładna w odbiorze. Musi umieć wygrywać na różne sposoby. W tym właśnie kierunku rezerwy Śląska poszły po klęsce z Podbeskidziem.
Wnioski: To już nie tylko zespół dobry do oglądania
Ten okres, patrząc wyłącznie na dostępne dane, pokazuje drużynę, która bardzo szybko nauczyła się odpowiadać na własne słabości. Mecz z Podbeskidziem obnażył, że samo posiadanie piłki, liczba podań i odwaga w budowaniu akcji niczego jeszcze nie gwarantują. Kolejne spotkania pokazały jednak, że Śląsk II potrafi wyciągać wnioski. Stał się bardziej zdyscyplinowany bez piłki, wyraźniejszy w rolach poszczególnych zawodników i znacznie bardziej skuteczny w polu karnym. Najmocniej ten okres wygrali Wojtczak, Muszyński, Milewski, Chodera i Rostek, ale ważne jest też to, że szeroka grupa zawodników nie wyglądała jak przypadkowy zbiór nazwisk, tylko jak zespół z coraz lepiej rozumianą strukturą. Jeśli więc ktoś ma poczucie, że rezerwy Śląska naprawdę dobrze się ogląda i że ta drużyna kombinacyjną grą próbuje wejść do I ligi, to liczby w dużej mierze to potwierdzają. Z jednym zastrzeżeniem: najlepsze wersje tego zespołu nie rodziły się wtedy, gdy miał najwięcej piłki, tylko wtedy, gdy potrafił połączyć odwagę z konkretem.
