ANALIZA: Śląsk miał Legię na widelcu. Te liczby pokazują, dlaczego remis tak boli
fot.: Hubert Łukaszewski
Śląsk Wrocław przez długie fragmenty oddawał Legii piłkę i inicjatywę, ale wcale nie oznaczało to, że pozostawał pod całkowitą kontrolą gospodarzy. Wojskowi potrafili ograniczać zagrożenie pod własną bramką, a po odzyskaniu futbolówki tworzyli sytuacje, które mogły przesądzić o zwycięstwie. Remis 1:1 przy Łazienkowskiej pozostawia więc spory niedosyt, bo Śląsk miał wystarczająco dużo argumentów, by wywieźć z Warszawy komplet punktów.
Legia miała piłkę. Śląsk miał to, co ważniejsze
Jeśli spojrzymy wyłącznie na najbardziej podstawowe liczby, można odnieść wrażenie, że Legia zdecydowanie kontrolowała spotkanie. Gospodarze mieli 62% posiadania piłki, wykonali 506 podań przy 322 Śląska, zanotowali 66 wejść do strefy ataku wobec 41 Wrocławian i oddali 21 strzałów przy 13 próbach gości.
Problem w tym, że im bliżej bramki Otto Hindricha, tym obraz meczu coraz mniej odpowiadał przewadze Legii.
Oba zespoły oddały po 5 celnych strzałów. Współczynnik goli oczekiwanych wyniósł 1,82:1,76 dla gospodarzy, czyli przy przewadze Legii aż 21:13 w liczbie uderzeń różnica jakości całego dorobku strzeleckiego była właściwie symboliczna. Przeciętna próba Warszawian miała wartość około 0,09 xG, Śląska około 0,14 xG.
Jeszcze ciekawsza jest liczba dogodnych okazji: 0:3 na korzyść Śląska. Wrocławianie wykorzystali jedną, a 2 zmarnowali. Legia, mimo wszystkich swoich prób, według danych ani razu nie doprowadziła do sytuacji zakwalifikowanej w ten sposób.
Kapitalnie obrazuje to również liczba kontaktów z piłką w polu karnym przeciwnika. Legia zanotowała ich 34, a Śląsk – 36. Wojskowi zatem przy zaledwie 38% posiadania potrafili znaleźć się z futbolówką w szesnastce gospodarzy częściej od zespołu, który wymienił o 184 podania więcej.
Plan Śląska nie zakładał wygrania meczu liczbą kontaktów z piłką. Miał wygrać jakością tego, co wydarzy się po jej odzyskaniu. I przez 94 minuty ten plan funkcjonował.
Legia dyktowała warunki? Liczby mówią coś innego
Już przed przerwą zaznaczył się schemat, który później zdefiniował całe spotkanie. Legia miała 60% posiadania, wykonała 258 podań wobec 176 Śląska i oddała 10 strzałów przy 7 próbach przyjezdnych.
Tyle że tylko jeden strzał gospodarzy był celny. Śląsk trafił w światło bramki dwukrotnie, a przede wszystkim wygrał pierwszą część pod względem xG aż 1,06:0,60.
Oczywiście zdecydowaną część tej wartości stanowił rzut karny Samca-Talara, wyceniony na 0,79 xG. Nie można więc przedstawiać tej różnicy jako dowodu na stałą dominację ofensywną Wrocławian. Istotne jest jednak coś innego: jedenastka nie pojawiła się znikąd.
Akcję rozpoczęła dłuższa wymiana piłki, później Marc Llinares zagrał do Luki Marjanaca, ten przesunął futbolówkę w kierunku Piotra Samca-Talara, a kapitan wypatrzył wbiegającego Enissa Shabaniego. Pomocnik został zatrzymany w polu karnym przez Rafała Augustyniaka, a arbiter podtrzymał decyzję o jedenastce również po obejrzeniu sytuacji na monitorze. Samiec-Talar wykorzystał rzut karny.
To ważne, bo prowadzenie Śląska nie wzięło się z przypadku. Wojskowi spokojnie rozegrali akcję, znaleźli miejsce między liniami Legii, a po podaniu do wbiegającego Shabaniego wymusili błąd Augustyniaka i rzut karny.
Do przerwy gospodarze częściej byli przy piłce, oddali więcej strzałów i wykonali więcej podań. To Śląsk potrafił jednak stworzyć groźniejszą sytuację i zamienić ją na prowadzenie.
Legia naciskała, ale to Śląsk mógł zamknąć mecz
Po zmianie stron dysproporcja terytorialna jeszcze wzrosła. Legia miała 65% posiadania, wykonała 248 podań przy zaledwie 146 zagraniach Wojskowych, wygrała rzuty rożne 6:0 i oddała 11 strzałów wobec 6 prób Śląska.
Wrocławianie zostali zmuszeni do coraz głębszej obrony. Doskonale pokazują to liczby dotyczące interwencji, tylko w 2. połowie gracze Śląska zanotowali aż 28 wybić, podczas gdy Legia miała ich 9. Do tego doszło 6 przechwytów gości przy 3 po stronie gospodarzy.
Legia napierała i zgromadziła po przerwie 1,22 xG przy 0,70 Śląska. Jednocześnie znów nie wykreowała ani jednej dogodnej okazji, podczas gdy Wojskowi mieli aż 2.
To pozorny paradoks, ale właśnie on najlepiej opisuje mecz.
Warszawianie produkowali zagrożenie liczbą kolejnych ataków, dośrodkowań i strzałów. Śląsk bronił coraz niżej, ale kiedy odbierał piłkę i miał przed sobą przestrzeń, był w stanie jednym podaniem stworzyć sytuację lepszą niż Legia kilkoma minutami ataku pozycyjnego.
Najpierw Piotr Samiec-Talar wyprowadził Przemysława Banaszaka niemal przed samego Hindricha. Zmiennik Śląska trafił jednak w bramkarza. Chwilę później kapitan posłał kolejne znakomite zagranie, tym razem do Marjanaca. Napastnik miał przed sobą wyłącznie golkipera, lecz również przegrał ten pojedynek.
To właśnie tam Śląsk przegrał ten mecz o zwycięstwo.
Nie przy 21. strzale Legii. Nie przy 9. rzucie rożnym gospodarzy. Przegrał go w dwóch kontratakach, po których powinien odebrać przeciwnikowi nadzieję.
Śląsk potrzebował akcji, Legii wystarczył jeden strzał
Gol Śląska był efektem kombinacji. Wojskowi przemieścili przeciwnika, Marjanac znalazł przestrzeń pomiędzy formacjami, Samiec-Talar zobaczył ruch Shabaniego, a ten swoim wejściem doprowadził do rzutu karnego. Kapitan następnie pewnie wykorzystał jedenastkę.
Wyrównanie Legii wyglądało zupełnie inaczej.
Warszawianie nie rozmontowali defensywy serią podań w centrum. Paweł Wszołek dostał miejsce po prawej stronie i posłał mocne dośrodkowanie w pole karne. Rafał Adamski wygrał walkę o pozycję i głową skierował piłkę do bramki.
Tutaj szczególnie interesujące są liczby.
Sam strzał Adamskiego miał wartość zaledwie 0,07 xG. Po uwzględnieniu miejsca, w które napastnik skierował piłkę, jego xGOT wzrosło jednak aż do 0,76. To ogromna różnica. Legia nie wykreowała w tej akcji sytuacji, która statystycznie powinna kończyć się golem. Adamski po prostu wykonał bardzo trudne uderzenie znakomicie.
Dlatego też trudno obciążać Karola Niemczyckiego. Przy jakości samego strzału jego możliwości interwencji były minimalne.
I właśnie tak brutalna potrafi być piłka. Śląsk nie wykorzystał dwóch znacznie łatwiejszych okazji, a Legia uratowała punkt próbą o wartości 0,07 xG.
Mur przed Niemczycki, jeden z nich był niemal bezbłędny
Karol Niemczycki po raz kolejny był jednym z fundamentów wyniku. Zanotował 5 interwencji, dokładnie tyle samo co Otto Hindrich, ale jego wskaźnik powstrzymanych goli wyniósł aż 0,77, podczas gdy bramkarz Legii zakończył spotkanie z wynikiem 0,42. Niemczycki obronił między innymi strzały Kamila Piątkowskiego, Wojciecha Urbańskiego, Łukasza Zjawińskiego oraz Rafała Adamskiego, zanim ten doprowadził do remisu.
Znacznie gorzej wyglądało rozegranie. Celnych było tylko 8 z 25 podań Niemczyckiego, czyli 32%. Bramkarz zanotował też 18 utrat posiadania. Trzeba jednak dodać kontekst, mapa jego zagrań pokazuje dużą liczbę prób bezpośredniego przeniesienia piłki daleko od własnej bramki. Część strat była więc ceną za unikanie ryzyka pod pressingiem Legii.
Michał Rosiak wrócił do podstawowego składu i miał sporo pracy bez piłki. Zakończył spotkanie z 9 działaniami defensywnymi i 6 wybiciami. Przy piłce prezentował się solidnie, trafiło do partnerów 17 z 20 podań, co dało 85% skuteczności. Znacznie słabiej wyglądały bezpośrednie starcia: wygrał tylko 3 z 9 pojedynków i żadnego z 3 w powietrzu. Dołożył również zablokowany strzał o wartości 0,04 xG.
Jehor Macenko rozegrał natomiast imponujące spotkanie pod względem czysto defensywnym. 13 działań obronnych było najwyższym wynikiem spośród wszystkich zawodników obu zespołów. Do tego Ukrainiec zanotował 8 wybić i 4 przechwyty.
Jeszcze lepiej prezentują się pojedynki, Macenko wygrał wszystkie 6, w których uczestniczył, w tym 5 z 5 starć powietrznych. Dla porównania Kamil Piątkowski, jeden z najbardziej aktywnych zawodników Legii w tym elemencie, wygrał 5 z 7 pojedynków główkowych. Słabszą stroną występu stopera było rozegranie: tylko 22 z 31 podań było celnych.
Lamine Ba nie imponował liczbą pojedynków, przegrał wszystkie 3, w których uczestniczył, w tym oba powietrzne. Znacznie lepiej wyglądała jednak jego gra pozycyjna. Zanotował 6 działań defensywnych, w tym 5 wybić i przechwyt. Z trójki podstawowych środkowych obrońców był także najdokładniejszy z piłką: 25 z 29 podań dotarło do adresata, czyli 86%. Dołożył również jedno kluczowe zagranie.
Mariusz Malec miał zdecydowanie lepsze liczby w bezpośredniej walce. Wygrał 4 z 5 pojedynków, w tym komplet 3 starć w powietrzu. Zanotował 9 działań defensywnych, 4 przechwyty, 3 wybicia oraz zablokował jeden strzał. Gorzej prezentowała się dystrybucja, 30 celnych podań na 42 próby oraz 14 utrat posiadania. Mapa zagrań pokazuje, że bardzo często próbował od razu przesuwać futbolówkę do przodu, dlatego część niedokładności była efektem bardziej ryzykownego profilu podań.
Marc Llinares miał znacznie trudniejsze spotkanie. Wygrał tylko 2 z 8 pojedynków, w tym żadnego z 3 powietrznych. Do tego przy 45 kontaktach z piłką zanotował 14 strat, a skuteczność podań wyniosła 74%, 20 celnych z 27 prób. Hiszpan miał udział w dobrze rozegranej akcji prowadzącej do rzutu karnego, ale przy bronieniu własnej strony boiska brakowało mu skuteczności w pojedynkach.
Dominik Szala dostał zaledwie kilkanaście minut, ale zdążył wykonać jedną z najważniejszych interwencji całego spotkania. Przy strzale Zjawińskiego zatrzymał piłkę zmierzającą do bramki, ratując Śląsk przed wcześniejszym wyrównaniem. Statystycznie jego wejście było niewielkie, 8 kontaktów, 4 celne podania na 4 próby oraz 2 działania defensywne, ale znaczenie jednego z nich było ogromne.
Tej roboty nie widać w skrócie. Środek Śląska miał co robić
Grzegorz Tomasiewicz był jednym z tych zawodników, których występu nie sposób ocenić tylko przez pryzmat gry z piłką. Zanotował 7 działań defensywnych i aż 5 zablokowanych strzałów. Właśnie w tej statystyce był zdecydowanie najbardziej aktywnym zawodnikiem Śląska.
Do tego wygrał 3 z 5 pojedynków i zachował niezłą jakość w rozegraniu, 33 celne podania na 40 prób. Oddał również jeden celny strzał. Próba miała tylko 0,01 xG, ale po uderzeniu xGOT wzrosło do 0,06. Tomasiewicz nie był kreatorem, lecz wykonywał ogromną liczbę działań pozwalających przetrwać kolejne ataki Legii.
Eniss Shabani miał zupełnie inny profil. Szczególnie imponowała jego skuteczność w walce po ziemi, wygrał 8 z 11 pojedynków, czyli ponad 72%. Nikt ze Śląska nie wygrał tylu bezpośrednich starć tego typu. Zanotował również 7 działań defensywnych, a 19 z jego 23 podań było celnych.
Najważniejszy moment przyszedł jednak pod bramką Legii. To właśnie ruch Shabaniego za linię obrony zakończył kombinację Wojskowych i wymusił interwencję Augustyniaka, po której sędzia podyktował rzut karny. Pomocnik nie zapisał przy tej akcji gola ani asysty, ale bez jego odpowiedniego wejścia Śląsk nie objąłby prowadzenia.
Jorge Yriarte zastąpił Shabaniego w 64. minucie i miał przede wszystkim pomóc w zabezpieczeniu centrum. Zanotował tylko 11 kontaktów z piłką i wykonał 5 podań, z których 4 były celne. Wygrał 2 z 5 pojedynków i zaliczył 3 działania defensywne. Nie dał zespołowi większej kontroli nad futbolówką, ale przy coraz głębszej obronie jego obecność była bardziej związana z pracą bez piłki.
Samiec-Talar dawał gotowe gole. Partnerzy tego nie wykorzystali
Piotr Samiec-Talar znów był centrum ofensywnej gry Śląska. Zdobył bramkę, ale samo trafienie z rzutu karnego pokazuje tylko fragment jego występu.
Kapitan zanotował 4 kluczowe podania, najwięcej w zespole i ex aequo z Bartoszem Kapustką najwięcej w całym spotkaniu. To on zagrał do Shabaniego w akcji zakończonej jedenastką. To również jego podania po przerwie otworzyły drogę do bramki Banaszakowi i Marjanacowi.
Gdyby obaj napastnicy wykorzystali swoje sytuacje, Samiec-Talar mógł zakończyć wieczór z golem i co najmniej 2 asystami.
Przy tym wszystkim miał 49 kontaktów, trafił do partnerów 23 razy na 31 prób i wygrał 5 z 9 pojedynków. Zanotował aż 17 utrat posiadania, ale w jego przypadku trudno odrywać tę liczbę od roli. To właśnie kapitan brał na siebie ryzyko, którego potrzebował Śląsk, by z małej liczby posiadań tworzyć duże sytuacje.
Malaly Dembele nie wykorzystał natomiast przestrzeni, jaką dawała Legia. Oddał 2 niecelne strzały o łącznej wartości 0,09 xG, dołożył jedno kluczowe podanie, ale miał duże problemy w pojedynkach. Wygrał zaledwie 4 z 14, a piłkę stracił 15 razy. Celnych było też tylko 10 z jego 15 podań. Przy 32 kontaktach z futbolówką udział w ofensywie nie przełożył się na konkretną sytuację pod bramką Hindricha.
Luka Marjanac był znacznie bardziej niebezpieczny. Oddał łącznie 5 strzałów, 2 celne i 3 zablokowane, o wartości 0,63 xG. Pod względem liczby uderzeń był najaktywniejszym graczem Śląska.
Problemem pozostaje wykończenie. Szczególnie bolesna była sytuacja z 75. minuty, próba o wartości około 0,29 xG została zatrzymana przez Hindricha. Marjanac miał już wówczas przed sobą przede wszystkim bramkarza. Wcześniej Rumun obronił również jego uderzenie głową.
Napastnik miał 51 kontaktów i wykonał 19 celnych podań na 24 próby, ale przegrał większość bezpośrednich starć, wygrał tylko 4 z 13 oraz zaledwie jedno z 4 powietrznych. Zanotował również 16 utrat posiadania. Potrafił dochodzić do sytuacji, ale nie zrobił tego, co dla napastnika najważniejsze.
Przemysław Banaszak wszedł w 69. minucie i dostał niewiele czasu. A jednak wystarczająco dużo, by jego występ miał ogromny wpływ na ocenę całego spotkania.
Miał tylko 9 kontaktów z piłką, trafił do partnerów 3 razy przy 6 próbach i wygrał 2 z 6 pojedynków. Najważniejsza była jednak jedna liczba: 1 celny strzał z sytuacji wartej 0,16 xG. Hindrich obronił.
W spotkaniu, w którym przeciwnik doprowadził do remisu dopiero w 94. minucie, właśnie takie momenty ważą znacznie więcej niż cały pakiet pomniejszych statystyk.
Plusy i minusy
PLUS – jakość bronienia własnego pola karnego. Legia oddała aż 21 strzałów, ale nie zanotowała ani jednej dogodnej okazji. Wojskowi wielokrotnie zmuszali rywali do prób z trudniejszych pozycji.
PLUS – zagrożenie mimo małego posiadania. Śląsk miał tylko 38% piłki, a mimo to zaliczył więcej kontaktów w polu karnym przeciwnika, 36:34 i stworzył wszystkie 3 dogodne okazje w meczu.
PLUS – Macenko, Niemczycki i Tomasiewicz. Pierwszy miał najwięcej działań defensywnych w meczu i wygrał komplet pojedynków, drugi powstrzymał 0,77 gola ponad przeciętność, a trzeci zablokował 5 strzałów.
PLUS – Samiec-Talar. Gol i 4 kluczowe podania nie oddają nawet całego wpływu kapitana. Mógł skończyć spotkanie z jeszcze znacznie większym dorobkiem, gdyby partnerzy wykorzystali jego podania.
MINUS – skuteczność. Śląsk stworzył 3 dogodne okazje i wykorzystał tylko jedną. Przy prowadzeniu 1:0 Banaszak i Marjanac dostali sytuacje, którymi można było zamknąć spotkanie.
MINUS – coraz głębsza obrona po przerwie. 35% posiadania, 0 rzutów rożnych i aż 28 wybić w 2. połowie pokazują, jak mocno gospodarze zepchnęli Śląsk w kierunku własnego pola karnego.
MINUS – trudności części zawodników w pojedynkach. Llinares wygrał 2 z 8 starć, Ba 0 z 3, Dembele 4 z 14, a Marjanac 4 z 13. Przy dłuższych fragmentach gry bez piłki każda przegrana walka oznaczała kolejną falę ataku Legii.
Punkt, który smakuje jak dwa stracone
Remis przy Łazienkowskiej sam w sobie trudno uznać za zły rezultat. Śląsk grał na boisku lidera Ekstraklasy, przez większość meczu funkcjonował bez piłki i musiał wytrzymać 21 strzałów przeciwnika.
Ale analiza sytuacji, a nie tylko końcowego wyniku, zmienia perspektywę.
Legia miała przewagę terytorialną. Śląsk miał lepsze okazje. Legia oddawała więcej strzałów. Śląsk częściej trafiał z posiadaniem piłki w miejsca, z których naprawdę można było zrobić krzywdę przeciwnikowi.
Warszawianie wyprodukowali 1,82 xG z 21 uderzeń. Wojskowi 1,76 z zaledwie 13. Legia nie stworzyła żadnej dogodnej okazji, Śląsk stworzył 3. Oba zespoły miały po 5 celnych strzałów.
A na końcu gospodarze zdobyli bramkę po uderzeniu wartym zaledwie 0,07 xG, podczas gdy wcześniej Śląsk nie wykorzystał dwóch znacznie lepszych sytuacji.
To nie był więc punkt wyrwany dzięki szczęściu. To były dwa punkty pozostawione w Warszawie przez zespół, który wykonał większość trudniejszej pracy, ale nie postawił kropki nad i.
I właśnie dlatego po tym remisie niedosyt może być większy niż satysfakcja.
