Plusy i minusy meczu z Górnikiem
fot.: Jarosław Frąckowiak
Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po niedzielnej porażce 0:2 z Górnikiem Zabrze? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.
Rafał Leszczyński
Jeśli drużynie nie idzie gra defensywna i rywale często przedostają się pod bramkę Śląska, to jako ostatnia instancja zawsze pojawia się Leszczyński. Były golkiper Chrobrego Głogów tak jakby chciał zmazać plamę z Grodziska Wielkopolskiego, gdzie bezpośrednio spowodował stratę drugiej bramki. Mimo, że przy dwóch golach Górnika był niemalże bezradny (mógł minimalnie wyczekać Kanjiego Okonukiego przy akcji bramkowej), to swoimi interwencjami w drugiej połowie sprawił, że wrocławianie ciągle byli podłączeni w niedzielnym meczu do tlenu, który dawał nadzieję na odrobienie dwubramkowej straty. Piękna intuicyjna obrona przy strzale z najbliższej odległości Piotra Krawczyka, wygrany pojedynek z Lukasem Podolskim czy powtórne zatrzymanie atomowego strzału mistrza świata i sparowanie go na poprzeczkę – z tego zapamiętamy występ 30-latka. Chyba jako jedyny w drużynie mógł po tym meczu stanąć przed lustrem i z czystym sumieniem powiedzieć, że zrobił dla zespołu najwięcej, ile mógł. Spekulowano przed pierwszym gwizdkiem, że powrót trenera Jacka Magiery może oznaczać także rotację między słupkami i występ Michała Szromnika, ale ostatecznie nowy-stary trener postanowił nie burzyć hierarchii, czym z pewnością dodał pewności siebie Leszczyńskiemu. A pamiętamy, że zmiany bramkarzy nie do końca aktualnemu trenerowi Śląska wychodziły (patrz 1:2 w Szczecinie i dwa błędy Matusa Putnockiego).
Petr Schwarz
Błąd w newralgicznej strefie na środku boiska, nigdy nie powinien przydarzać się piłkarzowi o takiej klasie, który wcześniej był raczej synonimem solidności. Schwarz już po upływie dziesięciu minut został zaskoczony przez dyszącego mu w kark Lukasa Podolskiego, w efekcie stracił piłkę, a Śląsk stracił bramkę. Dokładając do tego fakt, że pierwszy kwadrans meczu Czech kończył z żółtą kartką, która eliminuje go z niedzielnego meczu z Radomiakiem Radom (30 kwietnia, niedziela, 12:30), można tylko przecierać oczy ze zdumienia, gdzie podział się środkowy pomocnik znany z dobrej symbiozy z Patrickiem Olsenem. Niestety, 31-latek od momentu odniesienia kontuzji mięśnia brzuchatego łydki pod koniec stycznia, jest kompletnie pod formą, tak jak większość zawodników wrocławskiego klubu. Nie pozostał już żaden ślad po niezłej w jego wykonaniu rundzie jesiennej, w której zanotował dwa gole i jedną asystę. Ktoś może stwierdzić, że na plecy Schwarza (zaledwie trzy wygrane pojedynki na ziemi na 11 podjętych!) kładę cały ciężar słabej i nieskutecznej gry zespołu trenera Magiery w Zabrzu, ale fakt jest taki, że wrocławianie od dawna cierpią na marazm w środku pomocy, czego głównym sprawcą jest czesko-duński duet, który nie wywiązuje się ze swoich działań kreacyjnych. Strata piłki to tylko symbol tego, jak przez niedokładność i brak komunikacji ucieka Śląskowi ekstraklasa.
Zatracone indywidualności
Mecz przy Roosevelta jeszcze bardziej uzmysławia ludzi śledzących losy Śląska w tym sezonie, jak wiele zależy od formy poszczególnych graczy. Jeśli nie ma zrywów ze strony Johna Yeboaha i Erika Exposito (nie wystąpił z powodu złamanych dwóch palców), to we wrocławskiej maszynie nie funkcjonuje nic. Próbował szarpać Łukasz Bejger, który odważnym rajdem w pierwszej połowie pokusił się o powtórzenie jesiennego starcia z Górnikiem (4:1), kiedy strzelił dwa gole i zanotował asystę. Przykry był w niedzielne popołudnie obraz rozgrzewających się przy linii bocznej rezerwowych Śląska, z których tak naprawdę o żadnym nie można powiedzieć, że mógłby dać drużynie impuls. Nawet Adrian Łyszczarz, który za pierwszej kadencji trenera Magiery we Wrocławiu był super jokerem w talii „Magica”, teraz jest mocno przygaszony brakiem zaufania ze strony Ivana Djurdjevicia w poprzednich kolejkach. Piotr Samiec-Talar miewa zbyt duże wahania formy, a Michał Rzuchowski to nadal jedna wielka niewiadoma. Z tak wątpliwą piłkarską jakością, która dodatkowo jest podparta trudną sytuacją psychologiczną zespołu, ciężko być pewnym utrzymania w lidze.
Porażka po powrocie na ławkę
Mecz w Zabrzu złamał pewną tradycję w Śląsku Wrocław, według której od awansu klubu do ekstraklasy w 2008 żaden trener WKS-u nie przegrywał swojego premierowego meczu. Zaczęło się od Ryszarda Tarasiewicza i jego remisu z Lechią Gdańsk (1:1), a później kontynuowane było to przez kolejnych opiekunów, a zatrudnianych przy Oporowskiej. Jacek Magiera swoją pierwszą przygodę ze Śląskiem ponad rok temu rozpoczął od skromnego zwycięstwa w Białymstoku z Jagiellonią (1:0), a debiutancką porażkę zaliczył dopiero w piątym meczu z Rakowem Częstochowa (0:2). Teraz sytuacja jest nieporównywalnie trudniejsza, bowiem doświadczony szkoleniowiec musi obdarzyć drużynę impulsem, który zaowocuje punktami w ostatnich pięciu kolejkach. Jak mówił na pomeczowej konferencji prasowej 46-latek, jest bogatszy o 50 godzin więcej wiedzy na temat Śląska Wrocław, jaki zastał po trenerze Djurdjeviciu. Czy kolejne godziny układania puzzli we Wrocławiu przełożą się na wymierny efekt w postaci utrzymania? Czasu pozostało mało – tylko 450 minut.