Plusy i minusy meczu z Koroną
fot.: Paweł Kot
Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po sobotnim remisie 1:1 (0:0) z Koroną Kielce? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.
Rafał Leszczyński
Już po wygranym meczu z Pogonią (2:0) wielu kibiców obok strzelców goli na piedestale postawiło Rafała Leszczyńskiego, którego interwencje utrzymywały wrocławian w grze na Pomorzu Zachodnim. Po meczu z Koroną śmiało można powiedzieć, że rannych jest dwóch, a mąż opatrznościowy ciągle jeden. Gdyby nie były golkiper Chrobrego Głogów, Śląsk napytałby na siebie jeszcze więcej kłopotów, niż tylko jeden stracony gol wskutek nieuwagi Łukasza Bejgera i faulu w polu karnym na Dawidzie Błaniku. Popularny „Leszczu” musiał zachować koncentrację przez całą nudną pierwszą połowę, by w drugiej popisywać się nieprawdopodobnym refleksem na linii. Najpierw bramkarz Śląska instynktownie interweniował po potężnej dobitce Jakuba Łukowskiego, gdy chwilę wcześniej w słupek trafił Jewgienij Szykawka, a później znów przypomniał się najskuteczniejszemu Polakowi w obecnych rozgrywkach (dziewięć goli). Łukowskiemu podczas autobusowej drzemki w trakcie powrotu do Kielc śnił się z pewnością tylko Leszczyński, bowiem 30-latek w ostatnim kwadransie fantastycznie odbił jego strzał głową, gdy był niekryty, a później dołożył interwencję przy uderzeniu z pola karnego. W przypadku skrzydłowego Korony zadziałała zasada do trzech razy sztuka, bowiem pewnie wykonany rzut karny sprawił, że Leszczyński nie mógł skończyć spotkania z czystym kontem. Jeśli najmocniejszym ogniwem zespołu w meczu z drużyną aktywnie walczącą o utrzymanie jest bramkarz, to nie jest to dobra wróżba.
Michał Rzuchowski
Na półtorej godziny przed rozpoczęciem meczu z Koroną niejeden obserwator gry Śląska mógł się zdziwić, widząc na grafice ze składem Michała Rzuchowskiego w miejsce Caye Quintany. Oczywiście, Hiszpan nie dał na tyle pozytywnego impulsu w Szczecinie, by stawiać na niego ponownie, ale w jego miejsce pewniakiem do gry wydawał się Dennis Jastrzembski. Ostatecznie wyszło tak, że w różnych fazach meczu Rzuchowski znajdował się w różnych sektorach boiska. Trener Ivan Djurdjević na pomeczowej konferencji tłumaczył, że plan ten się sprawdził, ale nietrudno pozbyć się wrażenia, że eksperymentalne ustawienie byłego pomocnika Chrobrego Głogów nie przyniosło Śląskowi dodatkowych korzyści. Środek pola momentami był tak zaryglowany, że nie obserwowaliśmy w jego obszarze jakichkolwiek prób przedostatnia się wyżej. Rzuchowski ponadto nie robił przewagi w grze 1 vs 1, bowiem wygrał zaledwie dwa na siedem stoczonych na ziemi pojedynków z rywalem. Był to jego pierwszy mecz w tej edycji ligowych zmagań rozegrany od początku, a przeciwko Koronie na jesień (1:3) Rzuchowski zadebiutował w zielono-biało-czerwonych barwach. Występ ten nie dorównał jednak pucharowemu starciu w Niepołomicach z Sandecją Nowy Sącz, gdy ustawiony na „dziesiątce” 29-latek siał spustoszenie w szeregach rywali i zanotował asystę przy golu Johna Yeboaha.
Indywidualne błędy
Kibiców zgromadzonych w sobotnie popołudnie na stadionie we Wrocławiu mogło irytować rwane tempo meczu Śląska z Koroną. W samej pierwszej połowie miało miejsce kilka rzutów wolnych, podyktowanych w zupełnie prozaicznych sytuacjach. Efektem tego były żółte kartki, które pod koniec pierwszych 45 minut wylatywały z kieszeni arbitra Pawła Raczkowskiego ze zwiększoną prędkością. Szczególnie jednak raziła niedokładność w podstawach piłkarskiego rzemiosła, czyli podaniach i przerzutach. Najlepszym przykładem jest Victor Garcia, który kilkukrotnie miał przed sobą autostradę na lewej stronie. Wykorzystywał ją tylko do tego, by dośrodkować piłkę wprost w ręce Marcela Zapytowskiego lub bezpiecznie zagrać piłkę na przedpole lub wycofanie. Hiszpan nie przypominał tego gracza, który w Szczecinie idealnie dograł na głowę Erika Exposito, notując tym samym trzecią asystę w sezonie. Brak koncentracji odbił się na Śląsku w ostatnich minutach, gdy na dobrą pozycję wyszedł wprowadzony chwilę wcześniej Dawid Błanik, którego „zabrał za sobą” kopnięciem w nogę postawną Łukasz Bejger. Młodzieżowiec Śląska w tym sezonie zdołał otrzymać już dwie czerwone kartki, a sprokurowany rzut karny z pewnością nie podbije jego akcji u trenera Djurdjevicia. Wrocławianie mogą pluć sobie w brodę, patrząc na fakt, że do tego momentu defensywa pracowała niemal bez zarzutu.
Ciągle bez serii
Temat ten pewnie będzie powracał po każdym pojedynczym zwycięstwie, ale prawda jest taka, że od przełomu sierpnia i września 2021 roku Śląsk Wrocław nie potrafi wygrać dwóch meczów z rzędu. Ta statystyka najlepiej świadczy o chimeryczności zespołu Ivana Djurdjevicia, który wyrywa punkty mocniejszym, by później potknąć się na mniejszej kłodzie. We wspomnianym już czasie wrocławianom udało się zdobyć komplet punktów na wyjeździe w Lubinie (3:1) oraz w domowym meczu z Legią (1:0). Teraz z kolei po obiecującym spotkaniu z kręcącą się w czołówce ligowej stawki Pogonią przyszedł mecz, który trzeba było w piłkarskiej nomenklaturze „przepchnąć”. Ta sztuka udała się nieco na raty po golu Johna Yeboaha, gdzie na krawędzi spalonego balansował asystujący Diogo Verdasca, ale cenna wygrana uleciała szybko niczym uderzenie z jedenastu metrów Jakuba Łukowskiego. Mecz z Koroną miał miejsce równo rok po wydarzeniach z Łęcznej, gdy Śląsk na śniegu zdołał wyszarpać remis po golu Adriana Łyszczarza. Jak widać, beniaminkowie też nie do odczarowania…