''Trener Lenczyk powiedział mi kiedyś piękne słowa...''

06.11.2020 (06:00) | Krzysztof Banasik
uploads/images/2020/11/barylski6_5f9ecdb1612e8.jpg

fot.: Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl

Rozmowa z Pawłem Barylskim jest jak niekończąca się opowieść – zarzucasz mu jeden temat, a ten wariat na punkcie piłki porusza 10 różnych wątków. – Proszę napisać, że lubię gadać – poprosił. Potwierdzam, asystent trenera Vitezslava Lavicki to prawdziwa gaduła, ale takie gawędzenie to czysta przyjemność. Pierwsza część rozmowy dostępna jest TUTAJ.



 

Co się dzieje ze Śląskiem na wyjazdach? Bilans poza Wrocławiem jest katastrofalny - 9 porażek, 1 remis i tylko 2 zwycięstwa. Nie ma w ekstraklasie gorszej drużyny pod tym względem.

Mocno się nad tym zastanawiamy, z czego to wynika. Nasze założenia taktyczne na mecze wyjazdowe są takie same jak na te u siebie, czyli to nie jest tak, jak wszyscy myślą, że my specjalnie ustawiamy drużynę bardziej defensywnie. Nikt nikomu nie mówi na wyjeździe, że ma grać bardziej z tyłu. Wszyscy w sztabie trenerskim szukamy odpowiedzi na pytanie, czy te słabe wyniki poza Wrocławiem wynikają może ze sfery mentalnej zawodników, czy może trzeba coś zmienić w organizacji wyjazdów.

Z punktu widzenia sportowego, naszym problemem na wyjazdach jest konstruowanie zbyt małej liczby sytuacji bramkowych. Gra defensywna wypada dobrze. W większości sytuacji, w tym elemencie, są realizowana założenia taktyczne. Problem polega jednak na przejściu z obrony do ataku, brakuje nam w tym determinacji.

Duży nacisk kładziemy na balans między defensywą i ofensywą i może nieco podświadomie zawodnicy nie angażują się w te ofensywne aspekty, tylko pilnują swoich stref w obronie. Szukamy cały czas odpowiedzi, dlaczego nie jesteśmy tak błyskotliwi, jak u siebie.

Zawodnicy mają jakieś swoje pomysły, spostrzeżenia?

Tak, rozmawiamy oczywiście dużo na ten temat i mamy nadzieję, że to nam pomoże w znalezieniu odpowiedzi. Nikogo oczywiście taka sytuacja nie zadowala, każdy zdaje sobie sprawę, że nasze wyjazdowe wyniki są złe. Chcemy wygrywać na wyjazdach, ale zanim to się stanie, musimy znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje, że jest taka różnica w naszej grze między spotkaniami u siebie a poza Wrocławiem. Mamy swoje pomysły i chcemy trochę popracować nad kwestiami organizacji treningów i wyjazdów.

Kibice często w komentarzach zarzucają trenerowi, że na wyjeździe Śląsk jest ustawiony bardziej defensywnie, ale z tego co pan mówi rozumiem, że założenia taktyczne są takie same.

Dokładnie, nie ma żadnej różnicy w naszym ustawieniu, zadaniach, sposobie doboru graczy. Oczywiście u trenera Lavicki widać od początku, jak przyszedł do Śląska, że kładzie duży nacisk na organizację gry w defensywie. Gdyby ktoś przeanalizował nasze porażki, to my rzadko przegrywamy większą różnicą goli, zazwyczaj to jest jedna bramka (w tym roku Śląsk przegrał większą różnicą bramek tylko dwa razy - 1:3 przeciwko Zagłębiu i 0:2 przeciwko Legii przyp.red.).

Nie da się tak przygotowywać zespołu, żeby inaczej grał u siebie, a inaczej na wyjazdach. To raczej polega na niuansach, że trochę inaczej się ustawia pod przeciwnika, ale skupia się głównie na swojej grze.

Ale jednak Śląsk u siebie i Śląsk na wyjeździe to dwa różne zespoły.

Tak i tak jak powiedziałem, cały czas to analizujemy i chcemy to zmienić. Na pewno sprawy nie ułatwia nam fakt, że terminarz jest taki, że są duże przerwy między meczami: przesunięcia, odwołania i ciężko jest to wszystko poukładać. W mojej przygodzie z piłką jeszcze nigdy coś takiego nie miało miejsce. Każdy trener to powie, że te mikrocykle teraz są strasznie trudne do zaplanowania.

Pamięta pan swoje początki w Śląsku?

Tak, zaczynałem tu pracę w 2000 roku. To ja zakładałem “gniazdo”, które dzisiaj nosi nazwę FC Academy. W Śląsku zaczynałem od trenowania juniorów - Maćka Wilusza, Błażeja Augustyna, Konrada Hajdamowicz. Później przez chwilę mój świętej pamięci profesor Ryszard Panfil chciał mnie bardziej ukierunkować na zawód menedżera, ale się uparłem, że przyjechałem do Wrocławia na studia po to, żeby być trenerem, po to kończyłem AWF. 

Pracę w pierwszym zespole zacząłem w lipcu 2007 roku, awansowaliśmy z Ryszardem Tarasiewiczem do ekstraklasy, zdobyliśmy Puchar Ekstraklasy. W listopadzie 2015 roku Paweł Żelem mnie zwolnił, wróciłem w lutym 2018 roku.

Czyli prawie całe dorosłe życie jest pan związany ze Śląskiem. To tak jak ja. Kiedy porównuję obecną drużynę do tych wcześniejszych, licząc od II ligi, to moim zdaniem obecna kadra ma największy potencjał.

Gdybym ją porównał do drużyny, która zdobyła mistrzostwo świata… (śmiech) mistrzostwo Polski chciałem powiedzieć (śmiech). To tamta złota drużyna miała więcej zawodników na wysokim poziomie, była bardziej wyrównana.

Na pewno drużyna z sezonu 2011/2012 była lepsza, ale wyciśnięte z niej było 200% i później patrząc na to, jak potoczyły się losy zawodników z tamtej ekipy uważam, że dzisiejsza kadra ma większy potencjał.

Odkąd jestem w Śląsku, nigdy nie było sytuacji, żeby w pierwszej drużynie było 10 zawodników o statusie młodzieżowca. Oczywistymi plusami tego jest perspektywiczność takiego składu i większa rywalizacja wśród młodych. Minusem - w niektórych przypadkach spada jakość treningu, bo ci młodzi nie wykonują jeszcze wszystkiego tak precyzyjnie jak doświadczeni piłkarze. Kadra, łącznie z zawodnikami grającymi w drugiej drużynie, jest bardzo duża, bo liczy 29 zawodników plus 4 bramkarzy. Na pewno nie mamy jeszcze takiego potencjału piłkarskiego jak np. Lech Poznań, ale on sobie na to zapracował przez ostatnie 15 lat. Sposób zarządzania Śląskiem jest jednak obecnie moim zdaniem na takim poziomie, na jakim powinien być, czyli pozyskujemy przede wszystkim polskich, młodych graczy, a obcokrajowcy wprowadzają odpowiednią jakość na boisku i poza nim, bo charakter, atmosfera w szatni są dla nas też bardzo ważne. 

Kadra jest szeroka dzięki włączaniu do niej zawodników rezerw. Trenerzy Piotr Jawny i Marcin Dymkowski łatwej roboty przez to jednak nie mają, bo często o tym, kto będzie do ich dyspozycji, dowiadują dzień przed meczem.

Tak, to na pewno nie pomaga w zbudowaniu “teamu”, czasami jeden wspólny trening musi im wystarczyć. Ale to nie jest tak, że ci zawodnicy na meczu widzą się po raz pierwszy, oni bardzo często długo się już znają. Występują też na pozycjach, na których na co dzień trenują i ze sobą współpracują.

Ta współpraca pomiędzy pierwszą a drugą drużyną byłaby na pewno łatwiejsza, gdybyśmy mieli bazę, w której moglibyśmy wszyscy przebywać i blisko siebie trenować. Oczywiście pandemia teraz i tak na to nie pozwala, ale myślę przyszłościowo. Mam nadzieję, że w perspektywie 2-3 lat będzie to miało miejsce, czyli we Wrocławiu powstanie inwestycja w obiekty dla akademii, z której będzie mogła korzystać cała brać Śląska - od pierwszego zespołu, po drużyny młodzieżowe.

Obecnie, przez dbałość o boiska przy Oporowskiej, liczba treningów na nich musi być ograniczona, a przecież rozgrywane są tu również mecze ligowe. Chociaż muszę podkreślić, że nasi greenkeaperzy wykonują fantastyczną pracę. Nie pamiętam, żeby były w tak dobrym stanie jak teraz.

Jak pan ocenia obecne warunki do pracy w Śląsku?

Kiedyś Tomek Hryńczuk (trener bramkarzy w Akademii Śląska - przyp.red.) powiedział mi taką rzecz: “Paweł, gdzie w Polsce możesz pracować, żeby warunki były lepsze - w Lechu, Lechii i gdzie jeszcze?”. I faktycznie tak jest. Czasami narzekamy na Śląsk, że może być lepiej, no bo może być, ale deficyty są wszędzie. Kiedyś Antek Łukasiewicz, kiedy przyjechał do Wrocławia po pobycie w ŁKS-ie powiedział mi: “ja cię sunę…”, był pod wrażeniem tego, co udało nam się w Śląsku zrobić.

To samo teraz mówił Maciek Pałaszewski po powrocie ze Stomilu Olsztyn, z całym szacunkiem dla tego klubu. Przez to, że zawodnicy widzą warunki w innych klubach, to jednak doceniają to, co mamy w Śląsku i stwierdzają, że wystarczy tylko pracować, skupić się na robocie. Tak jak Kuba Łabojko i Przemek Płacheta - oni wykonali kawał pracy, nikt ich nie musiał pilnować, gonić ich, swoją harówą zasłużyli, żeby być w tym miejscu, gdzie teraz są.

Bycie piłkarzem to jest zawód i to od piłkarza zależy, od jego pracy, co osiągnie. Diego Simeone w swojej książce napisał: “Trener? To nie trener decyduje decyduje o tym, czy będę grał. Jak będę lepszy na swojej pozycji, to będę grał. Jak nie będę lepszy, to nie będę grał.”. To są proste rzeczy. Młodzi muszą podejmować rywalizację, a w Polsce mamy z tym problem, brakuje nam tej rywalizacji. Później ktoś idzie za granicę i jest zdziwiony, bo nagle okazuje się, że na swoją pozycję ma 3-4 zawodników. Ale są tacy, którzy stwierdzają: “nie ma problemu, pokonam ich”.

Czemu młodzi zawodnicy w Polsce tak późno “dojrzewają”?

My chcemy, żeby taki 17-18 latek był już gotowy i stanowił o sile zespołu. Ale my nie mamy całego łańcucha produkcyjnego, który jest za granicą - w Anglii, Niemczech i tak dalej. My dopiero tę strukturę wypracowujemy, to są procesy, a nie działania doraźne. Na zachodzie jest tak, że do kadry pierwszego zespołu wchodzi już zawodnik “gotowy”, ukształtowany. U nas jest tak, że trzeba jeszcze z tym piłkarzem dużo popracować indywidualnie. Widzimy, że na przykład w akademii Lecha odbywa się to wzorcowo nie tylko na skalę naszego kraju, ale Europy. Trwało to latami, ale teraz można zbierać owoce i Śląsk musi iść w tym kierunku, nie ma innego wyjścia.

W ostatnim okienku transferowym kilka istotnych zmian miało miejsce, przede wszystkim nie ma Płachety i znacząco zmienił się środek pola. Przeszło to bez większego echa, bo ci, którzy zastąpili Chrapka i Łabojkę, czyli Praszelik i Sobota, grają dobrze. Gorzej wygląda to za to na skrzydłach.

W zeszłym sezonie wypracowaliśmy sobie taki solidny środek pola Łabojko - Mączyński - Chrapek. Wszyscy mówili wtedy, że Chrapek nie jest “dziesiątką”, ale dzisiaj nie interesuje nas, czy ktoś jeszcze graczem nr 6, 8 czy 10. My mówimy, że to jest po prostu zawodnik środka pola. Czyli jeśli ktoś w początkowym ustawieniu gra na 10, musi umieć wrócić też na pozycje 8 czy 6. Dlatego Chrapek był tak ważnym piłkarzem, bo potrafił to robić. Wielu ludziom się nie podobał, części się podobał, ale moim zdaniem Michał był w swojej najlepszej, życiowej formie. Dojrzał też do tego, żeby być liderem. Trwało to długo, bo stało się to w wieku 28 lat, ale uważam też, że on ma na tyle duże umiejętności piłkarskie, że obroniłby się w wielu zagranicznych ligach.

Dzisiaj szukamy trochę innego zestawienia środka pola, został tylko Krzysiek Mączyński, nie ma już “Łaba” (Jakuba Łabojki - przyp.red.). Ci, którzy znają się trochę na piłce wiedzą, jak ważną rolę Kuba pełnił w zespole. Był trochę takim “murarzem”, który zalepiał luki w ustawieniu.

Ten układ trzeba teraz stworzyć na nowo. Mamy Marcela Zyllę, Mateusza Praszelika, Rafała Makowskiego - to są nowi ludzie, którzą muszą się nauczyć innego grania i wpasować się w styl drużyny. Ważna jest też rywalizacja, mamy w środku pola chyba 10 zawodników, którzy walczą o miejsce w składzie. Oprócz Waldka Soboty mamy jeszcze Marcina Szpakowskiego, Maćka Pałaszewskiego, Szymka Lewkota, Przemka Bargiela, jest aktualnie kontuzjowany Adi Łyszczarz. Bardzo dobrze, że jest drugi zespół, w którym można się fajnie pokazać trenerowi Laviczce i dać sygnał “trenerze, jestem!”.

Zna pan Macieja Pałaszewskiego bardzo długo. Po powrocie z wypożyczenia do Stomilu Olsztyn może pan o nim powiedzieć, że się rozwinął? Moim zdaniem w tych dwóch meczach, w których zagrał od pierwszej minuty, spisał się dobrze, a przeciwko Jagiellonii był jednym z lepszych zawodników.

Maciek to jest piłkarz, który ma szansę zastąpić Kubę Łabojkę. W dodatku to jest chłopak stąd, jest wychowankiem Polaru Wrocław. Maciek zrobił duży postęp przede wszystkim mentalny. Myślę, też, że dojrzał do pewnych rzeczy z punktu widzenia taktycznego. Jego wielką zaletą jest doświadczenie, które już zebrał, bo na poziomie ekstraklasy i I ligi zaliczył już około 50 meczów. Ma też bardzo dobre dobre parametry wydolnościowe.

Musi na pewno popracować nad jedną rzeczą, czyli trochę “prościej” grać. On by chciał też w każdym momencie dostać piłkę, choć czasami swoim ruchem otwiera partnerom możliwość zagrania, co jest oczywiście plusem. Zwracamy mu też uwagę, żeby starał się grać praktycznie na zero strat, tu ma trochę do poprawy.

Ale zgadzam się, że wykonał dużą pracę przeciwko Jagiellonii, mocno wsparł Krzyśka Mączyńskiego i zabezpieczył strefę przed środkowymi obrońcami, “zebrał” dużo podań. W newralgicznych momentach może być jednak lepszy. Jeśli przekona się i się nauczy, żeby grać jeszcze szybciej piłką, z mniejszą liczbą kontaktów, to będzie jeszcze lepszym piłkarzem.

On był od juniorów takim zawodnikiem, który zawsze chciał dostać piłkę. Są tacy piłkarze, którzy “żądają” piłki na boisku. Podsumowując - Maciek Pałaszewski teraz, a Maciek sprzed dwóch lat, to inni piłkarze. To zawodnik, który myśli już trochę innymi kategoriami, myśli bardziej o zespole.

Poprosiłem naszych czytelników o pytania do pana, kilka wątków już poruszyliśmy, ale dwie propozycje pytań szczególnie mnie zastanawiają. Pierwsze - jaka jest pana ulubiona kawa na zgrupowaniach przedmeczowych?

(śmiech) Po irlandzku. Irish. To jest mój rytuał, zawsze ją piję. Wystarczy dolać trochę whisky do kawy. Lubi pan taką kawę?

Nie próbowałem.

To polecam, to jest mój rytuał. Top, top, top… 

I drugie pytanie - czemu pana analizy pomeczowe trwają tak długo?

(śmiech) Bo lubię dużo gadać, sam pan widzi (śmiech). Kiedyś nie lubiłem tak dużo mówić, ale to znaczy, że już się starzeję. Nawet żona mi mówi: “jak ty zaczynasz coś mówić, to od razu 3-4 tematy poboczne poruszasz”. Proszę napisać, że lubię gadać.

Ma pan kontakt z trenerem Lenczykiem? Często zastanawiam się, co u trenera słychać.

Nie. Chociaż kiedy został zwolniony, przyszedł do naszego pokoju trenerskiego i powiedział, że jego dom zawsze będzie dla nas otwarty. Wiem, że czasami kontaktuje się ze Zbyszkiem Słobodzianem, naszym kierownikiem. Trener ma “zastrzeżony” numer, ja go nawet nie mam. Gdyby jednak do mnie zadzwonił i powiedział, że czegoś potrzebuje, od razu się stawiam i to robię.

Te dwa lata wspólnej pracy były niesamowite, chociaż były jednocześnie ciężkie. Niektórych spraw wtedy nie rozumiałem, dzisiaj je zdecydowanie rozumiem. To był bardzo mądry człowiek, bardzo mądrze zarządzał drużyną. Wiele rzeczy potrafił poświęcić, żeby osiągnąć cel. Nawet trochę siebie. Cieszę się, że mogłem uczestniczyć w tym projekcie, którym on zarządzał.

Nie ma trenera Lenczyka nigdzie w mediach, odciął się od wszystkiego.

Tak, on sobie bardzo ceni prywatność, życie rodzinne. Kochał piłkę, ale najważniejsza zawsze była i jest dla niego rodzina.

Ubarwiał ekstraklasę, nie zapomnę jego konferencji prasowych i pouczania dziennikarzy.

Tak, to jest człowiek, który jest w panteonie polskich trenerów. Osobowość, styl bycia, był jedyny w swoim rodzaju. Miał też specyficzne podejście do dziennikarzy, którzy się go obawiali i przez to nie zadawali trudnych pytań. To była jego strategia.

Trener Lenczyk powiedział mi kiedyś piękna słowa: “W dobie zwycięstw, ciężkie przewinienia uchodzą za błahostki. W dobie porażek, błahostki stają się ciężkimi przewinieniami”. Bardzo mądre słowa, działające nie tylko w piłce, ale też w życiu.

ZOBACZ też: Barylski: Przez brak meczów treningi są rozbite (WYWIAD cz.1)