Jakub 'Mały' Małecki (cz.2)

Jakub 'Mały' Małecki (cz.2)

fot.: Marcin Karczewski

Kiedy jego kariera w reprezentacjach młodzieżowych i pierwszej drużynie Śląska zaczęła nabierać jeszcze większych rumieńców, dostał od piłkarskiego życia dwa poważne ciosy – 2004 roku złamał prawę noga, w 2007 lewą. Okoliczności jednej i drugiej kontuzji są kuriozalne, wręcz nierealne. Jakub Małecki się jednak nie załamał. – Jestem bardzo szęśliwym człowiekiem – mówi o sobie obecnie. Zapraszam do drugiej odsłony rozmowy z wychowankiem Śląska, w której przeczytacie nie tylko o dwóch fatalnych urazach i dochodzeniu do zdrowia, ale też o gorzkim pożegnaniu z klubem, życiu po Śląsku i problemach niższych lig. Pierwszą część rozmowy możecie znaleźć TUTAJ. Ostatnia, trzecia część historii – tym razem w formie zdjęć – znajduje się TUTAJ. Na samym dole artykułu znajduje się skrót tragicznego dla Małeckiego meczu z Unią Janikowo.



 

Do tego pierwszego złamania doszło w kuriozalnych okolicznościach…

No tak. Po meczu z Rozwojem Katowice mieliśmy krótki, lekki rozruch i na koniec mieliśmy krótką gierkę. Ja zawsze do każdego treningu podchodziłem ambitnie. Tomek Kosztowniak składał się do strzału, wybiłem mu piłkę, Tomek już nie zdążył się zatrzymać z oddaniem strzału i niestety trafił w moją prawą nogę, która nie wytrzymała. Szpital, gips i czas. Czekanie na wyleczenie… (zawieszenie w głosie).

Ile trwało leczenie? 

Dosyć długo, bo to były czasy, gdzie nogę wsadzało się w gips. Noga nie za bardzo chciała się zrosnąć i w końcu zrosła się w innym kształcie, co powodowało później ból praktycznie we wszystkich partiach mięśniowych nogi. Ktoś kiedyś mi powiedział, że to psychika, ale ciężko mi się z tym zgodzić. Jak ktoś nie jest w ciele człowieka, który złamał nogę, nie do końca wie jak to jest. Jeździłem po lekarzach, którzy po roku proponowali mi ponowne złamanie nogi i ustawienie jej na nowo. To były przykre momenty. Doktor "czas" leczył, ale trwało to sporo, a niewątpliwie był to znaczący okres dla młodego piłkarza pod kątem rozwoju. Właśnie wtedy trzeba było zbierać szlify, wtedy trzeba było grać, a ja musiałem się leczyć. Tak wyszło. 

Jak wyglądał powrót do gry? 

Trwało to długo, bo ta kość nie chciała się zrosnąć i nie zrosła się tak jak trzeba, przez co wszystko się przedłużyło. Dodatkowo wracałem przez mecze rezerw w okręgówce i IV lidze. Kiedyś boiska w tych niższych ligach nie wyglądały jak obecnie - gram teraz w A Klasie w Burzy Godzieszowa, więc mam porównanie. Murawy w A klasie teraz bywają lepsze niż kiedyś w ekstraklasie. Powrót po takiej kontuzji na nierównych boiskach był trudny. Człowiek chciał grać i funkcjonować tak jak wcześniej, ale trzeba było się zmierzyć z trochę inną piłkarską rzeczywistością, która nie sprzyjała do powrotu do dawnej formy. Trzeba było szukać motywacji w samym sobie.

Chciałabym mu poprostu podziękować. Grał dla Śląska w czasach trudnych biednych i gdy Śląsk podnosił się z kolan. Dozgonny szacunek za bramkę z Wisłą Płock. (Franciszek, Facebook)

Jak doszedłeś do siebie Śląsk był w II lidze, nie było łatwo się przebić? 

Po awansie klub funkcjonował trochę inaczej. Było trochę perturbacji związanych z trenerami i właścicielami. Trener Żurek i trener Kubik ściągali swoich ludzi, skład z III ligi się wykruszał, pojawili się zawodnicy znani z reprezentacji – Paweł Kaczorowski czy Rafał Lasocki. Coraz trudniej było o rzetelną ocenę formy. Jak trener kogoś ściąga to chce, żeby to ta osoba grała. Coraz ciężej było dostać szansę z prawdziwego zdarzenia. Szczególnie po kontuzji potrzebne są mecze, żeby powoli dojść do formy. Tymczasem ja zaliczałem tylko epizody. 

Wyczuwam, że masz pretensje do klubu i trenerów o to.

W tamtym okresie nie miałem pretensji, robiłem co do mnie należało, ciężko pracowałem na treningach. Wiadomo, że chciałem grać, ale nie same walory piłkarskie miały znaczenie. Wtedy nie wiedziałem, że tak to może wyglądać. Teraz po latach wiem, że jak się ściąga tzw. "swoich" zawodników, to oni mają u trenera pierwszeństwo. Trener jak kogoś ściąga, tzn. że mu ufa i chce, żeby to on grał. Ja ciężko pracowałem i czekałem na swoją szansę, którą w końcu dostałem. 

Trener Żurek zaczął z ciebie korzystać, ale niestety doszło do kolejnego złamania, tym razem była to lewa noga. Jak sobie tę sytuację przypominam, to mam dreszcze, bo stałem wtedy za bramką i widziałem wszystko z bliska…

To przynajmniej widziałeś pięknego gola (śmiech). 

Heh, to niesamowite, że potrafisz tak o tym mówić, śmiać się. Czytałem też twoją wypowiedź dwa dni po tym drugim złamaniu – powiedziałeś wtedy w szpitalu, że najważniejsze, że zdobyliście trzy punkty.

Tak, tak powiedziałem. No taki byłem, tak to czułem. Wtedy wszystko inne odchodziło na bok, liczyło się dla mnie dobro klubu i zwycięstwo, bo w tabeli to średnio wyglądało, topornie to szło. Cieszyłem się, że zdobyliśmy trzy punkty, tym bardziej na Oporowskiej, na którą ludzie przychodzili i zawsze nas dopingowali.  Nie byłem może też do końca świadomy konsekwencji tego drugiego złamania. Co prawda wcześniej złamałem drugą nogę i wiedziałem jak to jest, ale wróciłem na boisko i jakoś to zaczęło funkcjonować...

Pamiętam i widać to też na zdjęciach, że pomimo pewnie niesamowitego bólu podniosłeś się i podziękowałeś kibicom.

Tak, dostałem szybko na boisku zastrzyk, wzięli mnie na nosze. Kibice skandowali moje nazwisko – dla mnie to był obowiązek, żeby im podziękować za to. „Ty to jesteś wariat, zamiast cierpieć to dziękowałeś kibicom” – tak mówili. No taki byłem i jestem – ten aspekt kibicowski był dla mnie ważny. Jestem stąd i dużo znajomych uczęszczało na mecze i dopingowało mnie, nas, klub. 

Ten mecz od początku układał się dla ciebie pechowo. 

To spotkanie było pod nasze dyktando, ale jak to często bywa - czegoś nam brakowało przy wykończeniu akcji. Było ciągle 0:0 - z Unią Janikowo u siebie… Musieliśmy zdobyć trzy punkty. W 75 minucie trener Żurek zawołał Zbigniewa Wójcika i chciał go wpuścić na boisko, chyba jako ostatnią zmianę (Wójcik był środkowym obrońcą - przyp.red.). Kibice z drugiego słynnego młynu na Oporowskiej dali swoje poglądy na ten temat (śmiech), więc trener zmienił zdanie i mówi do mnie "Mały, chodź, zrób co możesz, zrób swoje, daj z siebie wszystko."

Później pamiętam, że ktoś w komentarzach na waszej stronie napisał, że przeprasza mnie, bo to on krzyczał, żeby trener mnie wpuścił na boisko (śmiech). Po tym jak zmieniłem Sebastiana Dudka w 84 minucie w pierwszym możliwym momencie ktoś wybijał piłkę spod linii i trafił mnie z metra w głowę. To mnie oszołomiło, potrzebowałem pomocy lekarskiej. Wróciłem na boisko, nagle znowu osłabłem i na chwilę padłem na murawę. Lekarz pokazuje palce i pyta ile ich widzę, ja mówię "nie róbcie ze mnie wariata, no dwa palce widzę, dawaj, wchodzę na boisko, bo przecież czas leci", no i mnie wpuścili. Roman Masztalerz, mój bardzo dobry trener z juniorów, którego chciałbym przy okazji wyróżnić jako mojego mentora i wychowawcę z czasów juniorskich, mówił mi, że gdyby mnie wtedy nie wpuścili, to bym tej nogi później nie włożył. 

Ostatnie minuty meczu, doliczony czas gry, ciągle 0:0. Ulatowski wrzucił z lewej strony, Benek Imeh zgrał głową i taka stykowa sytuacja, gdzie ludzi mówili, że nie każdy by nogę włożył… Ja nigdy nie kalkulowałem, zawsze dawałem z siebie wszystko, tym bardziej z herbem Śląska na koszulce. To była dla mnie oczywistość, że ja tę nogę muszę włożyć. I tak zrobiłem. Zdobyłem bramkę, chciałem wstać – mam takie zdjęcie z ręką do góry jak się cieszyłem. Podbiegali do mnie inni zawodnicy i na początku z radości rzucali się na mnie – dobrze, że nie na tę nogę, bo ona tak bezwładnie wisiała. Co prawda nie było otwartego złamania, ale była bardzo zniekształcona. Także dobrze, że mi jej nie przygnietli, bo w takiej euforii byli (śmiech). Później na nagraniu widziałem, że jak już ktoś kolejny przybiegał, to wołał lekarza i masażystę. Zatrzyk w pupę, noszę, podziękowanie kibicom, szpital i życie toczyło się dalej.

Przekażcie wielki szacun. Największy wroclawski talent w tym wieku. Gdyby nie kontuzje mógłby być legendą. Szkoda, szkoda, szkoda. (Tomek, Facebook)

Jak dostałeś to podanie od Imeha czułeś, że wkładając tam nogę do tej piłki – ryzykujesz?

Nie, nie. Ja nie kalkulowałem w ten sposób. To była dobra akcja, ostatnie sekundy meczu. Byłem zadowolony z tego, że się w tej sytuacji znalazłem i mogłem ją wykorzystać. Nie raz udowodniłem, że potrafię znaleźć się w akcji bramkowej i ją zakończyć golem. Moje nieszczęście polegało na tym, że w bramce stał Michał Wróbel – człowiek o wielkiej posturze. Ja mam 175cm wzrostu i ważyłem wtedy około 65kg, a on miał ponad 2 metry i ponad 100kg. Gdyby nie ta jego tężyzna, tego złamania by nie było. Niestety tak niefortunnie mnie zablokował i spadł całym ciałem na nogę… Bo to w sumie nie było uderzenie, to nie był taki typowy faul. Bardziej zbieg okoliczności, przypadek. I noga nie wytrzymała.

Ciężko mi się tego wszystkie słucha, jestem pod wrażeniem, że tak lekko, otwarcie i trochę z poczuciem humoru o tym mówisz.

Teraz, jak człowiek ma rodzinę – żonę i dzieci – patrzy się na ten moment inaczej. Mam w gablotce zdjęcie jak wyciągam tę nogę i strzelam i na tym się skupiam – że ten strzał dał nam zwycięstwo. Staram się patrzeć więc na tę przyjemniejszą stronę. Ale wiadomo – poświęciłem swojemu ukochanemu klubowi, w którym się wychowałem, jedną z dwóch najważniejszych rzeczy na świecie – zdrowie. Druga to oczywiście rodzina. Czasami człowiek zastanawia się, co by było gdyby… Każdy ma takie momenty w życiu.

Grałeś z koszulką z numerem 13. Szczęścia nie przyniosła i w końcu została zniszczona.

W juniorach często grałem z 7, jak wchodziłem do pierwszej drużyny nikt nie brał 13, więc mówię – wszystko mi jedno, biorę, przyniesie mi szczęście. I do pewnego momentu przynosiła (śmiech). Wiem, że chyba mój tato po tym drugim złamaniu zniszczył ją i od tej pory nikt w Śląsku z 13 nie grał. To tak jak bym był w galerii sław (śmiech). Kokoszka chciał 13, ale mu nie dali i do tej pory nie dają. Ja się tak śmieję, że ta 13 zawisła gdzieś na stadionie.

Po powrocie do treningów byłeś krótko na wypożyczeniu w Gawinie, a w Śląsku grałeś już tylko w Młodej Ekstraklasie.

Tak i tu trochę mam żal, bo nie dostałem tak naprawdę jakiejkolwiek szansy. Trenowałem z pierwszym zespołem przez rok, ale nie zagrałem w Ekstraklasie ani minuty. Wiadomo, że trener Tarasiewicz mnie widział na co dzień na treningu, ale to nie to samo co mecz. Nie chcę się użalać czy mówić, że mam do kogoś pretensje, ale czułem wtedy, że mogę jeszcze w piłce zafunkcjonować. Nie prezentowałem się wtedy tak słabo, żeby nie zagrać np. obok Sebastiana Mili (na pozycji ofensywnego pomocnika grali wtedy też m.in. Sebastian Dudek i Krzysztof Ulatowski, kilka okazji dostał również Patryk Klofik – przyp.red.). Mogłem zagrać chociażby w Pucharze Ekstraklasy, a nie zagrałem nawet w momencie, kiedy mieliśmy już pewny awans. W podobnej sytuacji do mnie trochę na bok został też odsunięty Krzysiu Kaczmarek, też zdolny wychowanek. Nie wiem czym to było spowodowane i nie chcę tak głęboko sięgać, ale uważam, że mogłem dostać jakąś szansę i pokazać się, że jestem.

W końcu nie przedłużono ci umowy.

Tak, przyszedł moment, że skończył się kontrakt. Zabrałem swoje rzeczy, wyszedłem z budynku klubowego… Po tylu latach… Wielka pustka. Powiedziano mi, że mogę do końca życia korzystać z obiektów klubowych, ale że kontratku mi nie przedłużą, że nie ma takiej opcji. Nigdy nie uważałem, że powinien za jakieś zasługi z przeszłości coś dostawać, chciałem to sobie wywalczyć na boisku, ale skoro nie dostałem żadnej szansy, żebym mógł się pokazać – kibicom, działaczom.

Miałeś jakieś ciekawe oferty?

Później gdziekolwiek nie pojechałem, mając już dziecko i inne zobowiązania, proponowano mi niezbyt dobre. Na przykład trenowałem tydzień w Zniczu Pruszków, który był na zapleczu ekstraklasy. Na treningu przeszedłem przez 30 zawodników. Idę do prezesa, ten siedzi przy kompie i patrzy na 90minut i mówi do mnie „ale ty w młodej ekstraklasie teraz grałeś, mogę ci dać 1000zł”. 1000zł za grę w mieście prawie 400km od Wrocławia. To mówię „no, chyba nie” (śmiech). Wtedy zacząłem się zastanawiać jak znaleźć jakiś dobry klub, żebym mógł dalej żyć z grania. Brakowało wtedy kogoś, kto mógłby mi w tym pomóc.

Nie musiałem nie wiadomo ile zarabiać, nie chodziłem z głową w chmurach, wiedziałem, że miałem za sobą rok grania tylko w Młodej Ekstraklase i po jakich kontuzjach jestem. Chciałem tylko zapewnić podstawowe potrzeby swojej rodzinie, a byłem jeszcze w takim wieku, że czułem, że dałbym radę. Była opcja wyjazdu za granicę, ale podjęliśmy z żoną decyzję, że nie jest zbyt atrakcyjna. Jak szło mi dobrze, to menadżer Jarosław Kołakowski i jego prawa ręka Daniel Weber potrafili przyjechać do Wrocławia i opowiadać różne rzeczy, ale jak pojawił się dołek – nie było komu takiej realnej pomocy zaoferować. Nie było żadnej poważnej propozycji, bo ludzie o mnie przez kontuzję i brak szans zapomnieli. Były telefony, że mogę tu czy tam przyjechać, to był już też taki okres, że składy były podopinane. Nie było jednak oferty, która satysfakcjonowałaby obie strony. Później pojawiła się opcja u Zbyszka Smółki w Żaganiu, w którym gralem przez rok.

Pamiętam te mecze międzyklasowe przez całą podstawówkę naszą klasa A z Małego E. Pozdro Kuba. Szkoda tych kontuzji. Fantastyczny piłkarz jeszcze lepszy człowiek (Mariusz, Facebook)

Zaliczałeś kolejne kluby, które grały w coraz niższych ligach.

Tak, było to spowodowane różnymi sytuacjami prywatnymi, o których nie chciałbym szczegółowo mówić. Pojawił się też problem z lewym kolanem, musiałem przejść rekonstrukcję więzadła. Lekarz powiedział mi, że to prawdopodobnie podczas składania tej nogi doszło do uszkodzenia. Ta kontuzja praktycznie przekreśliła moje szanse na poważniejszą grę. Po tym wszystkim doszliśmy z żoną do wniosku, że dłużej z samego grania w piłkę już nie jesteśmy w stanie się utrzymywać.

Po Śląsku, w ciągu 10 lat, byłeś w aż 14 klubach, ktoś cię kiedyś nazwał dolnośląskim obieżyświatem. Skąd tyle zmian?

Po pierwsze – jak człowiek jest starszy i bardziej doświadczony i nie tylko z pieca piłkarskiego jadł chleb na pewno rzeczy patrzy inaczej, widzi to, czego wcześniej nie dostrzegał. Dużo w tych niższych jest ludzi, którzy po prostu kłamią. Ja każdemu zawsze dawałem czystą kartę, ale na pewnych osobach się zawiodłem i to w wielu tych klubach. To powodało mniejsze lub większe konflitky, które brały się głównie ze sprawach organizacyjno-finansowych. Ktoś potrafił prost w oczy powiedzieć jedno, a później robić i mówić coś innego. Ludzie kosztem paru złotych staczali się w bagno kłamstw.

Gdyby ktoś mi powiedział „słuchaj Kuba, nie mam”, a nie kłamał, to bym zrozumiał, bo ja teraz w piłkę nie gram dla pieniędzy. Chodzi tylko o pewne zasady. Ludzie w regionie śmieją się ze mnie też, że jestem dobry Samarytanin, bo walczę nie tylko o swoje – na przykład jakiś klub do mnie dzwoni z propozycją grania, a ja wiem, że ten klub jest winny jakieś pieniądze moje znajomemu, to mówię, że jak mu zapłacą, to wtedy możemy zacząć rozmawiać. Chciałbym, żeby więcej osób w ten sposób do tego podchodziło, bo to jest trochę chermetyczne środowisko i każdy każdego zna. Te zakłamane osoby później się spotyka na Klasia A, B czy w okręgówce i ja bym nie mógł na ich miejscu patrzeć innym w oczy. Chodzi też o osoby, które są na świeczniku – nie chcę podawać nazwisk, ale mi byłoby wstyd na ich miejscu. Może któryś z nich to przeczyta i zrobi sobie rachunek sumienia.

Z drugiej strony – cieszę się, że byłem w tylu zespołach, bo spotkałem wielu wspaniałych ludzi, z którymi do tej pory mam kontakt. Dzięki tym piłkarskim boiskom poznałem mojego dobrego przyjaciela Mateusza Matkovicia. Chciałbym przy okazji podziękować wszystkim osobom, z którymi miałem przyjemność grać, trenować, współpracować, cieszyć się piłką, bawić się nią, ale też smucić. Serdecznie pozdrawiam i życzę samych sukcesów – nie tylko sportowych, ale też w życiu prywatnym.

Dziękuję też wszystkim tym klubom, który były wobec mojej osoby w porządku, tak jak ja byłem wobec nich. Mimo przeważnie jednego treningu w tygodniu, zawsze staram się być do meczu możliwe jak najlepiej przygotowany – niezależnie od ligi.

Czym się aktualnie zajmujesz?

Po odejściu ze Śląska miałem jeszcze kilka epizodów w różnych klubach, ale później pewne życiowe wybory i sytuacje zmusiły mnie do podążania nową drogą, nową ścieżką. Aktualnie pracuję w rodzinnej firmie u teścia, dzięki któremu mogłem szybko się odnaleźć w nowym świecie.

Kilku byłych zawodników Śląska z twoich lat pracuje w klubie – Dariusz Sztylka, Krzysztof Ostrowski czy Tomasz Hryńczuk. Miałeś kiedyś propozycję pracy w klubie?

Szkoliłem się i pracowałem nad tym, by trenować młodzież – miałem okazję przez 2 lata pracować w akademii Olympic Wrocław należącej do Darka Sztylki i Krzyśka Wołczka. Prowadziłem zajęcia dla dzieci w wieku 4, 5, 6 lat. Zmierzyłem się z tym i myślę, że fajnie mi to wychodziło, ale kiedy urodziło mi się drugie dziecko – miałem dużo mniej czasu i musiałem zrezygnować.

Ze Śląska propozycji trenowania nie miałem – ja też jakoś o to nie zabiegałem. W pewnym momencie Radek Bąk, ówczesny człowiek z marketingu Śląska, zadzwonił do mnie z propozycją działania w jego zespole, ale nie mogłem sobie na to pozwolić czasowo. Może jeszcze kiedyś będzie okazja – zobaczymy. Na pewno cieszę się, że chłopacy, którzy grali kiedyś dla Śląska teraz w nim pracują. Nie jest to łatwe, bo wszystkim się wydaje, że były piłkarz, jako ktoś z samego środka tego środowiska, już wszystko będzie umiał i wiedział, ale to jednak jest inna rola, której się trzeba nauczyć. Na pewno chłopacy robią wszystko, żeby w klubie było dobrze.

Chodzisz teraz na mecze Śląska?

Sporadycznie, bo cały czas gram w piłkę i wiadomo, że często godziny się pokrywają. Muszę też zajmować się rodziną. Syn na razie piłką się nie interesuje, więc za bardzo nie mam też argumentu, żeby spędzić czas z dziećmi na stadionie. Ale kiedy jest okazja – to przychodzę i dopinguję.

Masz darmowe wejściówki?

Nie, nigdy nie prosiłem o to i nie starałem się ich zdobyć. Pewnie można by było zadzwonić, poprosić, ale jak mam iść na mecz, to kupię ten bilet. Jestem zdrowy, pracuję, więc mogę to zrobić.  

Twoja historia jako piłkarza jest naznaczona smutnymi historiami – spadek, kontuzje, brak miejsca w składzie ukochanego klubu. Ale jako człowiek, prywatnie – jesteś szczęśliwy?

Oj, jestem bardzo szczęśliwy. Mam wspaniałą żonę Karolinę, cudowne dzieci – 11-letniego Maćka i 4-letnią córkę Milenę. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej rodzinki. Wiadomo też, że jeśli całe swoje młode życie poświeciło się pasji, to gdzieś pewne rzeczy prywatne i dotyczące rozwoju osobistego były zaniedbywane i ciężko było mi się odnaleźć w pewnych sytuacjach. Myślę, że dużo osób z tym się boryka, ale siła charakteru, pomoc niektórych ludzi, w tym rodziny – to mi pomogło się odnaleźć i normalnie funkcjonować. W innej roli, w innym codziennym życiu.

Chciałbym przy okazji podkreślić rolę moich rodziców w mojej przygodzie z piłką. Jak zacząłem treningi, od początku mnie wspierali, pomagali mi. Moja mama oglądała ten mecz z Unią Janikowo w telewizji – to było dla niej wielkie przeżycie. Mamo, tato – dziękuję za wszystko!

Skrót meczu Śląska Wrocław z Unią Janikowo, w którym Jakub Małecki złamał lewą nogę

Krzysztof Banasik

Autor

Krzysztof Banasik

Ukończyłem dziennikarstwo sportowe i radiowo-telewizyjne. Ta część mojego życia stała się ogromną pasją, którą realizuje w Śląsknecie od 2007 roku. Od 2019 roku jestem redaktorem naczelnym i współwłaścicielem serwisu.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.