Szczecińskie deja vu wyjazdowej niemocy (KOMENTARZ)
fot.: Paweł Kot
Każda porażka Śląska boli, ale nie każda tak samo. Sobotnią można na wiele sposobów usprawiedliwiać – drużyna przetrzebiona wirusem i kontuzjami, mocno zmieniona wyjściowa jedenastka. Czynników uśmierzających ból jest kilka. Bardziej niż te stracone punkty rozczarowujące jest to, że Śląsk stracił je w takim stylu, do jakiego przyzwyczaił na wyjazdach w zeszłym sezonie.
I właśnie to powoduje, że ta porażka jest trudna do przełknięcia. Wiele pozytywów można było znaleźć w grze Śląska w zeszłym sezonie, długo by wymieniać aspekty, które usprawnił trener Vitezslav Lavicka. Gdyby jednak zapytać o ten najsłabszy punkt, który trzeba poprawić, by kolejny sezon był jeszcze lepszy, odpowiedź była jedna: gra na wyjazdach. Dlatego wyjazdowy mecz z Wisłą Kraków w drugiej kolejce wlał sporo optymizmu w serca kibiców Śląska. Podopieczni trenera Lavicki byli nastawieni ofensywnie, kontrolowali grę i nawet stracona bramka nie wybiła ich z rytmu, po chwili wrócili do konstruowania groźnych ataków i ostatecznie wygrali 3:1.
W sobotę przyszedł czas na drugi wyjazd. Mecz w Szczecinie miał potwierdzić, czy Śląsk w tym sezonie rzeczywiście chce grać w ofensywnym stylu również poza Wrocławiam. Niestety nie potwierdził. Znowu zobaczyliśmy dobrze nam znany minimalizm, pozorną kontrolę nad spotkaniem, mozolnie konstruowane ataki, by wykorzystać ten jeden i bronić wyniku. Do pewnego momentu funkcjonowało to nieźle, Śląsk wykreował sytuacje i gdyby Piotr Celeban lub Dino Stiglec wykorzystali swoje sytuacje w pierwszej połowie, możliwe, że plan na ten mecz by wypalił. W piłce jednak nie liczy się gdybanie, lecz konkret, a ten znowu był po stronie rywala. „Gong”, jakiego otrzymał w 89 minucie Kamil Drygas od Matusa Putnockiego był również ciosem dla każdego kibica, który liczył, że nasz wyjazdowy minimalizm tym razem zapewni jakieś punkty.
Nie neguję takiej taktyki, tak przecież w dużej mierze zdobywaliśmy medale mistrzostw Polski z trenerem Orestem Lenczykiem. Problem tkwi w tym, że taki plan na mecze wyjazdowe obecnemu trenerowi Śląska, od początku jego pracy, zbyt wielu punktów nie przyniósł. Sobotni mecz był jego 60-tym na ławce trenerskiej WKS-u w oficjalnym meczu. Bilans meczów wyjazdowych stanowi największą skazę na tle dobrych wyników jego dotychczasowej pracy: 9 zwycięstw, 5 remisów i 15 porażek. Bilans bramkowy 24:32 (to bilans ligowy, były jeszcze dwa nieszczęsne pucharowe wyjazdy do Łodzi).
I niestety większość z tych spotkań kojarzy się z kunktatorstwem i brakiem animuszu. W zeszłym sezonie Śląsk tylko w trzech meczach wyjazdowych zdobył więcej niż jedną bramkę (3:1 z Lechem, 3:0 z Piastem, 2:1 z Wisłą Płock). To 2:1 w Płocku to też jedyny raz za kadencji trenera Lavicki, gdy Śląsk przegrywając na wyjeździe odwrócił losy spotkania. W pozostałych przypadkach, gdy Śląsk tracił gola jako pierwszy – przegrywał.
Czemu uważam, że mamy prawo wymagać więcej? Bo na stadionie we Wrocławiu obserwujemy inny zespół. Wiemy, że trener Lavicka stworzył maszynę, która jest w stanie kontrolować spotkanie, grać wysokim pressingiem, zmuszać rywala do błędu i narzucać swój styl. Mam wrażenie, że na wyjazdach pod pretekstem wyrachowania i kalkulacji gramy na zaciągniętym hamulcu, który tylko ogranicza nas w ofensywie, a wymiernych rezultatów i tak nie przynosi. Myślę, że kibice chcieliby zobaczyć Śląsk wychodzący na wyjazdowy mecz z takim nastawieniem jak na ostatnie domowe spotkanie z Lechem.
Rozumiem oczywiście, że aktualna sytuacja jest wyjątkowa, trener do ostatniego dnia przed meczem nie wie, z których zawodników będzie mógł skorzystać, a których mu wyślą na kwarantannę. Ale to tym bardziej jest test dla systemu gry, który czeski trener wypracował przez ostatnie półtora roku, a którego, nie wiedzieć czemu, wyrzeka się w meczach wyjazdowych. Zmienią się tylko wykonawcy, czasem z konieczności, ale to wciąż są piłkarze, którzy codziennie trenują pod tę taktykę i tylko czekają na swoją szansę. Spore grono kibiców nalegało, by młodzi zawodnicy dostali swoją szansę i teraz dla wielu z nich przychodzi weryfikacja.
W przyszłą niedzielę Śląsk czeka wyjazd na Łazienkowską. Dobry przykład dał w minionej kolejce Górnik Zabrze, który wywiózł stamtąd trzy punkty po bezkompromisowej grze.
21. wiek, Górnik przy Łazienkowskiej 0-2-17. Większość meczów wspominam jako nogi z waty i „byle nie przegrać”/„byle nie za wysoko”. Trochę inaczej niż zwykle nastawiona banda wpadła w gości do stolicy pic.twitter.com/avNqAssC5L
— Szymon Podstufka (@PodstufkaSzymon) September 19, 2020
Bilans Śląska nie jest aż tak zły, ale najnowsza historia naszych wizyt na Legii stanowi potwierdzenie tego wyjazdowego marazmu. Ostatni raz wygraliśmy tam w mistrzowskim sezonie 2011/12. Od tego czasu jedynym spotkaniem, które pozytywnie zapadło w pamięć, był mecz z sezonu 2014/15. Ekipa ówczesnego trenera Tadeusza Pawłowskiego wyszła na mecz w ofensywnym nastawieniu i po bardzo ciekawym meczu ostatecznie poległa 3:4. Jakkolwiek daleki jestem od gloryfikowania porażki, to bardzo chętnie zobaczyłbym podobnie nastawiony Śląsk w niedzielę na Łazienkowskiej.