2526 powodów, aby walczyć do końca (REPORTAŻ)
fot.: Mateusz Włosek
Starcie zaprzyjaźnionej ze Śląskiem Miedzi i prowadzonego przez duet Piotr Jawny - Marcin Dymkowski Podbeskidzia kusiło nas od początku roku. Poddaliśmy się temu niesfornemu kuszeniu i wielkoczwartkowe popołudnie spędziliśmy w podróży na jeden z najlepiej zapowiadających się meczów pierwszoligowej kolejki. Zapraszamy na reportaż z tego wyjazdu.
Czwartek, 14.04, około godziny 18.00, podróż do Bielska-Białej.
Po wielu dniach wiosny chłodnej, która spóźniała się niczym wiele tramwajów w naszym mieście, wreszcie zaczęło dominować przejrzyste niebo, dzięki czemu podróż z Wrocławia pod czeską granicę upłynęła nam znacznie lepiej. Z przodu redaktorzy Luberda i Rudzik dokonywali popisów wokalnych, jakby to było sobotnie karaoke, a koledzy Bugajski i Włosek z cierpliwością znosili te występy, momentami nawet przysypiając (tak Mateusz, obudź się) przy gitarowych riffach kolejnych szalonych piosenek ze spontanicznie wybranego repertuaru. Szczęśliwy był zwłaszcza Karol, że po raz pierwszy przy okazji naszych wyjazdów nie był męczony wysokimi wokalami do pewnego utworu Kiss.
940-stką wjeżdżamy do Bielska-Białej, a zza drogi wita nas panorama osadzonego u podnóża Klimczoka miasta. Trzeba przyznać, że miejscowość ta jest naprawdę uroczo położona, z niską zabudową tworzy klimat spokojnej, leżącej jakby mimochodem obok śląskiej aglomeracji. Wjeżdżając w ulicę Żywiecką, przy której znajduje się cel naszej drogi, mijamy dwie świątynie. Dla wierzących w Boga Kościół pw. Opatrzności Bożej, a dla wyznających konsumpcjonizm i pośpiech - McDonald’s. Niewiele dalej między blokami przebija się konstrukcja trzeciej świątyni: miłujących futbol, w tym przypadku wierzących jest jednak znacznie mniej. Pierwsza z wymienionego trio będzie dla nas punktem odniesienia, gdy będziemy zataczać dwa okrążenia wokół stadionu poszukując bramy wjazdowej.
Wjeżdżamy na parking, a opiekun tego miejsca gestykuluje intensywnie, kierując nas do wyznaczonego miejsca tak, jakby to nie było poczciwe Clio ze skromnymi redaktorami, ale elegancki pojazd wiozący jakiegoś VIP-a. Przez chwilę odczuwaliśmy już nawet klimat padoku Formuły 1, jakby nasz mechanik prowadził nasz wóz do garażu po udanych kwalifikacjach. A wyścig przecież ciągle był przed nami. Arena była znana - Stadion Miejski w Bielsku-Białej, którego modernizacja na tę obecną, ekstraklasową wersję, miała swój koniec w 2015 roku. Już trochę miejsc zwiedziliśmy, ale tak poprowadzeni zostaliśmy po raz pierwszy. Zabieramy rzeczy, nagrywamy kilka słów do kulis i ruszamy dalej.
Udajemy się w ekspedycję po odbiór akredytacji, jednak dochodzi do rozdzielenia grupy. Kacper decyduje się skorzystać z pozostałego czasu do meczu i zaczepia grupkę prosząc o poratowanie ogniem (choć zapalniczka cały czas w kieszeni była). Jest to też okazja, aby wybadać nastroje wśród trójki miejscowych kibiców. Jak się okazuje, nie są regularnymi kibicami, przyszli po prostu na mecz. Bo Podbeskidzie, bo gra całkiem niezłą piłkę jak na nasze warunki. Jeden z nich jest bardziej zorientowany w temacie:
- Przyszliśmy się spotkać przy okazji meczu. Wejście w rundę jest rozczarowujące, gra nie jest zła, ale brakuje przede wszystkim jakości i skuteczności. Czytam fora kibicowskie, jest złość na taki obrót spraw, bo po jesieni apetyty były większe. Z drugiej strony, Miedź tydzień temu też przegrała chyba (ze Stomilem 1:2 - przyp.red.)…
_625ad3ffe49c7.png)
Papieros się skończył, tym samym i czas na dyskusję, a w międzyczasie redaktorzy odebrali akredytacje. Ruszamy więc już w kierunku trybun, odbywamy jeszcze uprzejmą rozmowę z rzecznikiem prasowym, która zresztą jest symboliczna w kontekście atmosfery. Krążąc później po obiekcie, czy też w samych rozmowach z kibicami, nie czuło się wrogości, wszyscy mimo rozczarowujących wyników byli sympatyczni i rozmowni, choć w typowo polskim stylu, początkowo lekko nieufni. Było w tym miejscu czuć zainteresowanie lokalsów futbolem, choć było ono lekko przygaszone. Wszak kibice TSP zwycięstwa nie widzieli od listopadowego rozgromienia polkowickiego Górnika (4:0), co w łatwym rachunku oznaczało 9 kolejnych weekendów bez hoholego tańca radości.
Ponownie zaczepiamy inną grupę fanów, która obserwując panoramę miasta dyskutuje o grze swojego klubu, więc wtrącamy się do rozmowy. Tak jak wcześniej, dyskutujemy z trójką kibiców. Najprawdopodobniej ojciec z synem i jakiś znajomy. Najbardziej wylewny okazuje się dżentelmen około 40-tki z lekkim zarostem i błyskiem w oku, który pojawia się, gdy ma możliwość podzielenia się swoją opinią:
- Gra ogólnie jest dobra, ale wyników nie ma, w drużynie brakuje trochę szczęścia i skuteczności, bo sytuacji nie brakuje. Futbol to jednak nie jazda figurowa, tutaj nie ma punktów za ładną grę.
Gdy pytamy o analogię do rundy jesiennej, to otwiera się drugi:
- Wtedy chyba jednak nie było aż tak źle…
Ten pierwszy jednak uzupełnia, że skoro wtedy udało się wygrać choćby z Widzewem 4:0, to dlaczego dziś by nie mieli sprawić niespodzianki. Omawiamy jeszcze zimowe transfery, a zasadniczo to jeden:
- Od początku rundy broni Igonen, ale nie mam do niego przekonania. Chyba miał zagwarantowane miejsce w składzie, przez to może poczuł się zbyt pewnie, popełnił kilka prostych błędów. Polacek nie zasłużył na zmianę…
- No to co Igonen zrobił z ŁKS-em… - wtrąca drugi.
A co zrobił? Podał pod nogi Trąbki, co dało prowadzenie drużynie z Łodzi, choć była ona zdominowana przez zespół duetu Jawny-Dymkowski.
No ale kończymy rozmowy i ruszamy dalej, aby sprawdzić co dobrego serwują punkty gastronomiczne, bo przecież nie samym futbolem człowiek żyje. A tam jesteśmy świadkami rozczarowania kolejnych kibiców, którzy pragną zbliżające się 45 minut meczu obejrzeć z piwem w dłoni, zgodnie z popularnym hasłem “Nie ma futbolu bez alkoholu”. Muszą jednak obejść się smakiem lub zadowolić sokami czy wodą, bo jest to mecz podwyższonego ryzyka, a tym samym złocisty napój nie jest sprzedawany. Kolejny raz nieludzkie prawo odbiera radość życia. Gdy w pierwszych tygodniach roku błotniste boiska utrudniają ładną grę, to chociaż w ten sposób można było sobie umilić wieczór, a tak pozostaje wiara, że wydarzenie będzie stało na wysokim poziomie.
_625ad3ffbfd32.png)
Trybuna prasowa, 20.30, początek meczu.
W końcu po stadionowym tourze zasiadamy na trybunie prasowej, na której zmieściłaby się największa stacja telewizyjna jaka istnieje (warunki TOP!), a w tle rozbrzmiewa pierwszy gwizdek sędziego Pawła Pskita (jeszcze nie wie, co go czeka) i zaczyna się prawdziwa walka. Walka, bo dobrego futbolu jest w tym mało, brakuje składnych akcji. Redaktor Włosek po 20 minutach stwierdza, że jesteśmy świadkami festiwalu przesuwania i jest to najcelniejsze podsumowanie toczącego się widowiska. Chwilę później do głosu dochodzą przyjezdni z Legnicy, którzy poczuli klimat zbliżającego się Świętego Graala, utraconego przecież stosunkowo niedawno:
“Wiara, wiara jest w nas,
ekstraklasy nadchodzi czas”
I ta pieśń zadziała mobilizująco, bo 3 minuty później drużyna Wojciecha Łobodzińskiego wyjdzie na prowadzenie: Zapolnik zagrywa w pole karne, gdzie jeden z piłkarzy gości zgrywa piłkę tak, że spada pod nogi Juniora Caroliny, a ten prostym podbiciem kontruje ją, jakby był doświadczonym snookerzystą, z perfekcyjną rotacją wpada tuż przy słupku. Bramka, dla których chodzi się na stadiony. Ale nie uczęszczamy na nie, aby zachwycać się przesuwaniem, a na wiele minut znów piłkarski Bóg postanowił odgrzać nam ten dobrze znany od pierwszego gwizdka scenariusz.
Aż w 41. minucie doszło do ostrego starcia Romana Goku z Maxime Dominguezem, sędzia pozwolił grać dalej, w efekcie czego Biliński posłał płaskie podanie do Merebashiviliego, a Gruzin umieścił z kilku metrów piłkę w siatce. Na stadionie rozbrzmiało “Chelsea Dagger”, by z czasem przejść w ciszę, zmąconą trwającą analizą VAR. Ta z czasem została przerwana przez grupy kibiców domagające się uznania gola chóralnym “Nic nie było”. Sędziemu zabrakło tylko popcornu przed monitorem, bo cały proces wyglądał, jakby oglądał Władcę Pierścieni w wersji reżyserskiej. Ale jednak na nic zdały się nawoływania kibiców - po kilku długich minutach sędzia Pskit odgwizdał faul, o którym mówiło się jeszcze kilkukrotnie.
W przerwie ruszamy aby zebrać nagrania, porozmawiać z kibicami lub też uzupełnić nikotynę. Jeden z fanów w trakcie rozmów zwraca uwagę, że arbiter dzisiejszego spotkania już dał się we znaki miejscowym w jesiennym meczu, kiedy to też przyczynił się jego zdaniem do straty punktów (w październiku ubiegłego roku, gdy Podbeskidzie uległo Sandecji 0:1).
Wracamy po kwadransie uniesieni nadzieją, że obejrzymy wreszcie dobry futbol. Dzieje się to przy pomocy szkoleniowców “Górali”, którzy wymieniają dużą część pomocy, wprowadzając Celtika, Frelka i Bonifacio. To zupełnie zmienia obraz gry, zwłaszcza młody Polak ma duży wpływ na grę, rozrzucają piłki raz po raz do boków, a przy tym nie boi się starć ciało w ciało z rywalami. Aktywizuje on także Milašiusa, który jak prawdziwe wahadło pracuje na całej długości boiska. Wreszcie obserwujemy kombinacyjne akcje, szybkie wymiany podań, jednak brakuje chłodnej krwi pod bramką. Miedź jest kompletnie zdominowana. Młodych kibiców miejscowych jednak najbardziej ucieszyły odpalone po kwadransie race bawiących się w najlepsze fanów Miedzianki, którzy chwilę wcześniej zniknęli z trybuny, by przygotować krótkie show.
Po początkowych zrywach gospodarzy i ich całkowitej dominacji, momentami gra traci tempo, a nasze rozmowy stają się coraz bardziej odbiegające od zielonej murawy. W powietrzu czuć woń jakiejś nowej mieszanki Guessa, a obok w najlepsze harcuje duet Bugajski-Luberda, który chyba zapomniał, że nie mamy z tego meczu transmisji w formacie radiowym, bo nadaje aż miło. Aż kusiło zapytać, kiedy pokażą boisko. I wtedy w podłamanych wynikiem kibicach odżywa uczucie i głęboka wiara, bo dzieje się piłkarski cud.
Niezauważenie sędzia dolicza kilka minut do regulaminowego czasu, a Podbeskidzie zawzięcie walczy o choćby jeden punkt - blisko tego jest Kowalski-Haberek, którego potężne z uderzenie z ponad 20 metrów nieznacznie mija okienko bramki. Chwilę później jęk zawodu zastępuje okrzyk radości, gdy dośrodkowaną piłkę wypluwa Lenarcik, ale tuż obok jest jest Biliński i jak na kapitana przystało - daje remis, wprawiając cały stadion w trwającą dłuższą chwilę ekstazę. Bramkarz nie będzie mógł sobie wybaczyć tego błędu, bo pozornie prosta sytuacja zamieniła się w straconego gola. To jednak nie był koniec emocji. W ostatniej akcji Makuch oddaje strzał sprzed pola karnego i piłka rykoszetuje w najgorszy możliwy dla bramkarza sposób - lobuje go. Bezradny Polacek tylko odprowadza ją wzrokiem, a lot się dłuży - na szczęście dla gospodarzy, bramki nie ma.
Sala konferencyjna, około 22.30, spotkanie z trenerami na konferencji.
Koniec (głębokie “ufff” wydobywa się z klatki piersiowej rozjemcy meczu), a my ruszamy na konferencję. Trener Łobodziński klasycznie cichy, stonowany odpowiada na pytania, jak zauważa: “Z perspektywy meczu Miedź nie zasłużyła na zwycięstwo”. Co ciekawe padają też mocne słowa o przeciwniku, które powinny być najlepszą tego dnia laurką dla “Górali”.
- Podbeskidzie, jeśli chodzi o umiejętności indywidualne, jest jednym z najmocniejszych zespołów w lidze -
- mówi szkoleniowiec lidera I ligi.
Po odpowiedzi na dające się policzyć na jednej ręce pytania w salce pojawia się wyczekiwany i znany nam duet, będący ewenementem na skalę naszego kraju. Na początku rzecznik informuje o tytułowej liczbie kibiców, a dalej posiadanie mikrofonu przejmują trenerzy. Obaj snują opowieść w odpowiedzi na każde pytanie, wzajemnie się uzupełniając tak, jak robią to w codziennej pracy nad rozwojem drużyny.
- Widzieliście, jak dominujemy lidera ligi. Widzieliście, jak doping niesie piłkarzy. Po tym meczu możemy mieć głowy uniesione wysoko -
- w ten sposób streszcza dobrą drugą połowę swojego zespołu Marcin Dymkowski.
Pada jeszcze kilka pytań, a my przenosimy się do pokoju dla dziennikarzy, gdzie dołączają do nas obaj szkoleniowcy. Dyskutujemy o Bielsku-Białej, warunkach do pracy i lokalnej atmosferze, o tym jak wyglądała jesień i rosnących apetytach.
- A co we Wrocławiu słychać? - dopytuje trener Jawny.
- Remonty się pokończyły - odpowiada redaktor Luberda, bo rozmowa o wynikach pierwszego zespołu czy rezerw jest doświadczeniem wręcz traumatycznym.
_625ad9c2bee36.png)
Dyskutujemy tak o naszym mieście i innych futbolowych historiach, ale przychodzi czas na rozmowę z Mathieu Scaletem. Po, jak sam zauważa, słabym występie, wielu piłkarzy wolałoby wrócić do domu, więc tym bardziej warto docenić chęć rozmowy.
Zbliża się północ, a my kończymy naszą pracę, zadowoleni z atrakcyjnego meczu oraz ciekawego materiału, który zebraliśmy tego wieczora. Nawet poranna pobudka w kontekście powrotu po 3. w nocy przestaje być problemem. Najważniejsze jest to, co zapisaliśmy na matrycy naszych wspomnień. Być może jesteśmy futbolowymi romantykami, bo w środku nocy na trasie budzi Mateusza puszczony przez siedzący z przodu duet komentarz meczu. Nocne Luberdy i Rudzika rozmowy doprowadziły do odsłuchu końcówki ubiegłorocznego pojedynku Śląsk - Bytovia i radości tego pierwszego po zwycięskiej bramce na 3:2.
- “Czy to był sen?” - chyba pyta sam siebie przebudzony Mateusz…
Z Bielska-Białej: Kacper Rudzik i Mateusz Włosek