Ambitny podróżnik
Do pierwszego zespołu Śląska trafił trochę niepostrzeżenie. Ryszard Tarasiewicz zdecydował się zabrać zawodnika z Młodej Ekstraklasy na przedsezonowy obóz przygotowawczy w Niemczech. – Zrobił na mnie latem naprawdę dobre wrażenie – mówi o nim Antoni Łukasiewicz. Defensor rodem z Białegostoku nieco ponad miesiąc temu zadebiutował w Ekstraklasie, zaliczając kilkanaście minut w meczu przeciwko Ruchowi Chorzów. Ambicje Bartosza Kaśnikowskiego sięgają jednak znacznie dalej. – Daję sobie półtora roku na to, żeby wywalczyć miejsce w pierwszym składzie Śląska – zapowiada dwudziestolatek. A mógł dziś reprezentować barwy Jagiellonii Białystok, a nawet warszawskiej Legii. O tym, że tak się nie stało, zadecydowała konkurencja. Kaśnikowski, który w Warszawie podpisał roczny kontrakt, w czwartoligowych rezerwach Legii zagrał kilka spotkań. W defensywie rywalizował jednak z Tomaszem Sokołowskim, Marcinem Rosłoniem i Arturem Jędrzejczykiem. Z powodu problemów z przebiciem się do składu po rocznym pobycie w stolicy postanowił wrócić na rodzinną ziemię. Trafił jednak nie do Hetmana Białystok, którego jest wychowankiem, lecz do Jagiellonii.
Tam konkurencja nie miała już wiele wspólnego z duchem sportu. – Nie wydaje mi się, żebym był słabszy od zawodników, którzy wtedy grali w Jagiellonii ME – zaznacza na początku wychowanek Hetmana. – Między młodzieżą i trenerami była taka rywalizacja o miano najlepszej drużyny w Białymstoku. Hetman to wygrywał i trenerzy, którzy prowadzili Młodą Ekstraklasę, nie stawiali na nas, wychowanków Hetmana. Było nas stamtąd trzech czy czterech i wszystkich odstawiono na boczny tor – wspomina Kaśnikowski. Młody zawodnik nie dał się namówić na przedłużenie umowy. Jego przygoda z Jagiellonią trwała zaledwie jedną rundę.
W seniorach swojego macierzystego klubu Kaśnikowski grał już regularnie przed wyjazdem do Warszawy. Miał wtedy szesnaście lat i Hetman z nim w składzie zajął pierwsze miejsce w czwartej lidze. – Awans oddaliśmy jednak drugiej drużynie – niespodziewanie mówi Kaśnikowski. – Hetman nie miał pieniążków, bo tam stawiano na boks – wyjaśnia zawodnik. Gdy po wojażach w Legii i Jagiellonii wrócił do Hetmana, trafił do juniorów, którzy walczyli o mistrzostwo Polski. W seniorach paradoksalnie grali wówczas zawodnicy, którzy nie mieścili się w składzie juniorów.
W Śląsku znalazł się latem 2008 roku. – Zadzwonił do mnie menadżer i powiedział, że mam się stawić na testach. Trzy dni później przyjechałem do Wrocławia – opowiada młody gracz. Testy na stadionie Ślęzy wypadły pomyślnie i trener Ignasiak zaprosił zawodnika na obóz w Wołowie. Po jego zakończeniu Kaśnikowski podpisał ze Śląskiem kontrakt, który obowiązywać będzie jeszcze przez półtora roku. Co ciekawe, młody obrońca mógł w tym czasie powrócić do Jagiellonii. – Mój trener z Hetmana dostał propozycję pracy w Młodej Jagiellonii, ale pomyślałem, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi – wyjaśnia Kaśnikowski.
W barwach Śląska ME pierwsze spotkania rozgrywał, tak jak dotychczas, na prawej obronie. W trzech meczach wchodził na plac gry dopiero po przerwie. – Przestawienie mnie przez trenera Ignasiaka na środek obrony miało korzystny wpływ na moją grę – mówi piłkarz, który po jednej rundzie wybrany został kapitanem zespołu. – Otrzymanie opaski podbudowało mnie – wspomina. – Zrozumiałem, że trener i koledzy z drużyny na mnie liczą.
Na jego dobrą grę liczy również szkoleniowiec pierwszego zespołu. Ryszard Tarasiewicz we wrześniowym meczu z Ruchem pozwolił Kaśnikowskiemu zadebiutować w Ekstraklasie. – Nie odczułem wielkiego stresu przed wejściem na boisko – wspomina to wydarzenie piłkarz. – Wszystko się szybko potoczyło. Trener Tarasiewicz kazał mi iść na rozgrzewkę. Po dziesięciu minutach zawołał mnie i powiedział, że muszę wejść na środek obrony za Tadka Sochę – opowiada Kaśnikowski. – Myślę, że nie popełniłem rażących błędów. Debiut uważam za udany – podsumowuje.
Mocne strony Kaśnikowskiego? – Charakter – odpowiada bez wahania nasz bohater. – Jestem zawzięty i chcę dążyć do wyznaczonego celu – opowiada o sobie. – Sprawia wrażenie zawodnika, który wie, czego chce. Rozumie się z nami coraz lepiej – mówi Antoni Łukasiewicz. – Dobrze gra głową w obronie. Lubi grę agresywną, na pograniczu faulu, a środkowy obrońca musi zachowywać się w ten sposób – chwali starszy kolega z zespołu. – Dobry w odbiorze, wyważony – dodaje trener Tarasiewicz.
Wśród swoich wad Kaśnikowski wymienia...grę głową, choć zarówno Łukasiewicz, jak i trener WKS-u chwalili młodego piłkarza za ten element gry. – Na pewno brak doświadczenia jest u niego widoczny – mówi Łukasiewicz. – Ale jest młodym zawodnikiem i dobrze, że wszedł do kadry pierwszego zespołu, bo ma szansę dużo się nauczyć od naszych obrońców i posmakować piłki ligowej – zauważa wychowanek warszawskiej Polonii. Trener Tarasiewicz mówi o nim „dynamiczny i silny”, lecz dostrzega również elementy, nad którymi Kaśnikowski musi starannie popracować. – Po odbiorze piłki pierwsze podanie nie zawsze jest dobre, a wybór trafny – ocenia szkoleniowiec. – Trzeba czytać grę wcześniej, zobaczyć gdzie są ustawieni partnerzy jeszcze przed odbiorem, odzyskaniem lub przyjęciem piłki. Nieraz piłkarze podejmują nieodpowiednie decyzje, bo są zaskoczeni, że odebrali lub niespodziewanie otrzymali piłkę – analizuje „Taraś”. Kaśnikowski zgadza się ze swoim opiekunem. – Pracuję nad tym podczas indywidualnych treningów z trenerem Czajką. Dążę do tego, aby to poprawić.
Zawodnik z Białegostoku od czasu rozpoczęcia treningów z pierwszym zespołem Śląska poczynił postępy. – Nabrał pewności w swojej grze – zauważa Tarasiewicz. – Można powiedzieć, że u sportowca sfera psychiczna to połowa sukcesu. To tylko pozytywnie może wpłynąć na rozwój jego przygody z piłką, a później może i kariery – kończy trener WKS-u. –Zawsze jest na treningu skoncentrowany, zaangażowany na sto dwadzieścia procent, pokornie podchodzi do obowiązków – docenia Łukasiewicz. – Jeśli będzie dalej tak postępował, to ma dużą szansę, by zostać w przyszłości klasowym obrońcą – nie ukrywa starszy kolega Kaśnikowskiego.
– Daję sobie półtora roku, żeby grać – zdradza młody defensor. – Wiem, że czeka mnie ciężkie zadanie, bo defensywa Śląska jest młodym zestawieniem. Ale każdy musi sobie stawiać cele. A moim nie jest wchodzenie na parę minut w każdej rundzie. Będę się starał, żeby mieć przynajmniej taką pozycję jak Tadek Socha. Gdy nie ma zawodnika, to trener nie kombinuje, nie szuka alternatyw, tylko stawia na Tadka.
Prywatnie Kaśnikowski trzyma się z Mariuszem Baranowskim i Marcinem Trojanowskim. Do Wrocławia trafił razem z tym pierwszym, swoim krajanem. Ich futbolowa droga jest podobna. Zaś wszyscy trzej mieszkają razem nieopodal stadionu przy Oporowskiej. Wcześniej jednak byli zakwaterowani na Brochowie. Mieszkańcem tego osiedla jest także Kamil Biliński, który pomógł kolegom w aklimatyzacji w stolicy Dolnego Śląska. Obrońca WKS-u rozpoczął także studia stacjonarne w prywatnej szkole na kierunku Wychowanie Fizyczne. Niedawno musiał wziąć dziekankę. Treningi pierwszej drużyny kolidowały z zajęciami na uczelni.