Ameryka oczami kierownika
Choć podróż ze Stanów Zjednoczonych do Wrocławia była bardzo męcząca, to chwilę po wyjściu z autokaru Zbigniew Słobodzian, kierownika drużyny Śląska ochoczo dzielił się spostrzeżeniami z wyprawy za ocean.
- Wszyscy jesteśmy bardzo zmęczeni podróżą. Pierwsza grupa zawodników w drogę na lotnisko wyjechała już pięć godzin przed planowanym odlotem. Potem okazało się, że samolot jest opóźniony o godzinę. Następnie spędziliśmy 8 godzin w samolocie, no i teraz jechaliśmy autokarem z Berlina. Także w sumie jesteśmy w podróży ponad 21 godzin. Wyjazd był bardzo męczący i nie chodzi tylko o podróż. Przez pierwsze dwa dni musieliśmy się zaaklimatyzować i dostosować do zmiany czasu. Ciężkie były też na miejscu dojazdy, spędziliśmy po kilka godzin w autokarze podróżując na mecze, czy do miejsc, które zwiedzaliśmy. Wszędzie były korki, odległości nie określali milami tylko godzinami jazdy. Ale to drobna uciążliwość, ogólnie wyjazd na pewno był udany. Myślę, że my także pozostawiliśmy po sobie dobre wrażenie, Polonia chyba była zadowolona. Byłem zaskoczony, że tak wielu kibiców Śląska jest na miejscu, mieli koszulki, szaliki. Wspominali mecze na Oporowskiej, grę trenera Tarasiewicza. Na szczęście byliśmy dobrze przygotowani marketingowo, mieliśmy sporo gadżetów, które rozdawaliśmy fanom.
Każdy wykorzystał okazje na zrobienie zakupów, bo wiadomo że ceny są niższe. Jest bardzo tania elektronika, odzież i chyba te produkty cieszyły się największą popularnością. Po świątecznym Indyku, następnego dnia był tak zwany „Czarny piątek”, gdy była totalna wyprzedaż i ludzie stali pod sklepami od 3 rano. Rozmawialiśmy z Polką, która pracuje w jednym ze sklepów i mówiła, że przez pół godziny można było kupić pakiet trzech laptopów za 400 dolarów! Nie dziwię się, że ludzie z Europy latają do Stanów na zakupy, szczególnie gdy dolar teraz jest tani. Taka Ameryka nam się na pewno podoba, nie to co było kiedyś, gdy się przeliczało ile to złotówek kawa kosztuje.
Zszokowali mnie kibice z Wrocławia i nie tylko, którzy pokazali że mimo dalekiej odległości są ze Śląskiem. Zapraszali nas nawet do domów. Cieszy fakt, że Polacy osiągają sukcesy w Ameryce. I nie tacy, co są tam od paru pokoleń, ale tacy ludzie, którzy wyjechali niedawno. To jest bardzo budujące. Przykładem tego były dwie osoby, które tam poznaliśmy. Jeden Polak z New Jersey, który urodził się w Zgorzelcu i od dziecka kibicuje Śląskowi, a drugi z Nowego Jorku. Dorobił się masy pieniędzy, taki „Król Greenpointu”. Może te kontakty zaprocentują w przyszłości. Pewnie nastąpi ich rewizyta w czerwcu.
Duże wrażenie zrobiło na mnie kasyno, w którym byliśmy koło New Britain. Prowadzone jest przez Indian i przypomina taką wielką wioskę indiańską. Piękna rzecz. Spędziliśmy tam dwie godziny i oczywiście spróbowaliśmy szczęścia. Trener Tarasiewicz wygrał 110 dolarów na jednorękim bandycie. No i wiadomo, że Manhattan też zrobił piorunujące wrażenie. Widzieliśmy „strefę zero” i choć brakowało tych dwóch „zębów trzonowych”, to widok zapierał dech w piersiach. Obrazował siłę Ameryki. Widać było także, że na każdym kroku są zabezpieczenia, żeby nie doszło do ponownego ataku terrorystycznego. Każda wywrotka, która wjeżdżała była dokładnie kontrolowana. Na lotnisku w Newark, gdy teraz wracaliśmy, każdy przechodził szczegółową kontrolę i bez wyjątku musieliśmy nawet ściągać buty.
źródło: własne
