Analiza upadku Śląska Wrocław
fot.: Krystyna Pączkowska / slaskwroclaw.pl
Jeśli mielibyśmy określić miniony sezon Śląska jednym słowem to byłoby to: rozczarowanie. Po obiecującym początku wrocławianie zaczęli toczyć się po równi pochyłej - od wicelidera do jednej z najgorszych drużyn ekstraklasy. Jak do tego doszło?
Aby zachować chronologię wydarzeń, na początku cofniemy się do momentu, gdy Śląsk został objęty przez Jacka Magierę. Trener ten wprowadził do drużyny swój pomysł na grę i spróbował uczynić ją nieco bardziej ofensywną. To poskutkowało wynikiem ponad stan - wrocławianie zakwalifikowali się do europejskich pucharów, choć uczciwie trzeba powiedzieć, że wynikało to bardziej ze słabości ich rywali, niż z wybitnej postawy zawodników Śląska. Progres w grze WKS-u był jednak widoczny gołym okiem.
LETNIE OKIENKO TRANSFEROWE
Po udanym początku przygody pod wodzą trenera Magiery Śląsk musiał postawić kolejny krok. Aby zrealizować pomysł szkoleniowca, należało sprowadzić zawodników na newralgiczne i wybrakowane pozycje. Letnie transfery trzeba jednak po czasie ocenić jako nieudane. Petr Schwarz grał sporo, lecz na przyzwoity poziom wszedł dopiero na sam koniec sezonu. Victor Garcia zaczął dobrze, ale od pół roku jest do bólu przeciętny, czy nawet słaby. Diogo Verdasca miał niezłe momenty, lecz jeszcze więcej momentów kiepskich. Caye Quintana zawodził na całej linii, a jakoś grać zaczął dopiero u trenera Tworka, a Jakub Iskra nie zaczął grać w zasadzie u nikogo, kończąc sezon z zawrotną liczbą 227 minut w ekstraklasie.
MENTALNOŚĆ PRZEGRANYCH
Kolejnym problemem WKS-u był fakt, że drużyna ta nie potrafiła dźwignąć się w trudnych chwilach. Śląsk w dwóch przełomowych momentach sezonu zawiódł po całości - porażki 0:4 z Hapoelem i Lechem były ogromnymi ciosami dla zawodników, które odbijały się później na ich grze przez resztę rozgrywek. Można gdybać, co stałoby się, jeśli wrocławianie w tych starciach wyszliby obronną ręką. Graliby w fazie grupowej Ligi Konferencji? Walczyliby o czołowe lokaty w ekstraklasie? Fakty są jednak takie, że w tych najważniejszych momentach zawiedli, na czym mocno ucierpiała ich pewność siebie w dalszej fazie sezonu. Piłkarze popełniali coraz więcej błędów, coraz rzadziej próbowali brać na siebie odpowiedzialność, a w drużynie ewidentnie brakowało liderów.
NIEEFEKTYWNA ZIMA
Światełkiem w tunelu miała okazać się przerwa między rundami. W zimowym oknie Śląsk wzmocnił się trzema konkretnymi nazwiskami. Dennis Jastrzembski na papierze wyglądał jak idealny zastępca Mateusza Praszelika, Leo Gretarsson wydawał się brakującym lewonożnym ogniwem defensywy, a Patrick Olsen swoim technicznym potencjałem zjadał ekstraklasę. Ostatecznie Jastrzembski grać na jakimś poziomie zaczął grać dopiero na koniec sezonu, Gretarsson złapał kontuzję, a do Olsena poza brakiem liczb trudno mieć większe zarzuty. W zimowych sparingach Śląsk znowu wyglądał jak drużyna z początku sezonu. Zawodnicy WKS-u cieszyli się grą i byli ofensywnie nastawieni, lecz wszystko runęło już w pierwszym meczu po powrocie. Porażka bez stylu z Lechią Gdańsk sprawiła, że stare demony wróciły, a mental u piłkarzy znów podupadł.
TRENERSKIE FIKOŁKI
Im dłuższa była seria bez zwycięstwa, tym gorzej wyglądał Śląsk Magiery. Punktem kulminacyjnym okazało się starcie z Legią, w którym wydawało nam się, że zobaczyliśmy najgorszy mecz WKS-u w sezonie (choć Piotr Tworek udowodnił nam później, że wcale tak nie było). Jacka Magierę zwolniono, a w jego miejsce sprowadzono szkoleniowca, który w tym samym sezonie niemal doprowadził do spadku Wartę Poznań, choć trenował ją zaledwie niecałą rundę. Piotr Tworek zaczął jednak nie najgorzej - ustabilizował grę w defensywie, udało mu się nawet wygrać mecz z Wisłą Płock, a w starciach z ligowymi potentatami wypadł całkiem przyzwoicie. Płynną pracę przerwała jednak całkowita kompromitacja z Bruk-Betem, od której na grę Śląska nie dało się patrzeć. Nowy szkoleniowiec się pogubił i choć ostatecznie utrzymał wrocławian w ekstraklasie, to ze średnią 0,9 punktu na mecz zapisał się w historii klubu jako jeden z najgorszych trenerów. Abstrakcyjna w momencie jej podejmowania decyzja, okazał się abstrakcyjna również po czasie. No kto by się spodziewał...
NIE POPEŁNIĆ TYCH SAMYCH BŁĘDÓW
Choć nastroje przed zbliżającym się sezonem są dużo gorsze niż przed poprzednim, to w gruncie rzeczy wiele aspektów jest takich samych. Śląsk znów końcowy wynik zawdzięcza nieudolności przeciwników, znów musi budować coś od zera i znów ma przed sobą okienko, w którym musi znaleźć zawodników pod nowego trenera. Nowe rozgrywki to też niejako nowa, czysta karta. Kluczowe będzie, aby nie popełnić jednak tych samych błędów. Na istotnym stanowisku dyrektora sportowego pozostał wciąż oddany do dyspozycji zarządu Dariusz Sztylka, dla którego była to pierwsza tak duża porażka w tej roli. Dla byłego zawodnika Śląska wszystko to zakończyło się tylko żółtą kartką, choć jest wielu takich, którzy w tej sytuacji widzieli raczej kartkę czerwoną. I mieli oni multum argumentów, które przemawiały na ich korzyść. Swoją drugą szansę Dariusz Sztylka musi odpowiednio wykorzystać, a żeby to uczynić, niezbędne będzie wyciągnięcie wniosków z niedawnych niepowodzeń.